Jak wygląda od środka działalność czołowych niemieckich organizacji społecznych? Dlaczego w Niemczech, jednym z najbogatszych państw świata, przybywa ludzi, których nie stać na podstawowe zakupy? Jacy ludzie angażują się w pomoc bliźnim? Kto puka do drzwi jadłodajni, świetlic, magazynów używanej odzieży? Czy można wyliczyć wartość ekonomiczną wolontariatu? Czy niemieccy emeryci powinni odbyć obligatoryjny rok pracy społecznej, jak zaproponował jeden z czołowych ekonomistów kraju? A może należałoby wysłać seniorów na szkolenie wojskowe? Dużo pytań. Wiele niejasności. Odpowiedzi można szukać w rozmowach z ekspertami, w analizach i raportach think – tanków, statystykach ministerstw i organizacji pomocowych. Można też wyjść do ludzi i zajrzeć pod podszewkę tego, o czym zazwyczaj słyszy się z drugiej ręki. To wyszłam.
W 1887 r. 24-letni dziennikarz Hans Richard Fischer w książce zatytułowanej „Wśród biedoty i nędzarzy Berlina” ukazał codzienność ludzi wyrzuconych poza nawias życia społecznego. W przebraniu bezdomnego przemierzał Fischer noclegownie, robotnicze kafejki, zaglądał do domów poprawczych i przytulisk dla kobiet. Książka cieszyła się ogromnym zainteresowaniem berlińczyków, również tych, którzy na co dzień popijali mokkę w Café Bauer i nie żyli utrapieniami prywatnego azylu dla bezdomnych czy podobnych przybytków.
Patrząc z dzisiejszej perspektywy, reporterska robota Fischera była pierwszą w historii niemieckiego dziennikarstwa „wcieleniówką”. Drugą taką próbę (podobną) podjął dopiero w 2009 r. Günther Wallraff, który swoją opowieść o kolońskiej i frankfurckiej bezdomności osadził w czasie Bożego Narodzenia, podczas gdy jego starszy kolega na początek swej odysei wybrał okres Wielkiej Nocy.
XIX-wieczny Fischer budzi więc się w poranek wielkanocny na dzwonek dyrektora noclegowni przy Friedensstrasse, XXI-wieczny Wallraff w wigilię Bożego Narodzenia puka do drzwi kolońskiego Domu Św. Jana. Obaj korzystają z gościnności noclegowni pod przybranymi tożsamościami i obaj z czasem będą już na tyle popularni, że pracownicy noclegowni nie raz zawahają się, zanim pozwolą im przekroczyć swój próg.
Fischer spędza swoją pierwszą noc w zimnym baraku mieszczącym ok. 200 skłębionych mężczyzn, część z nich śpi na stojąco oparta o ściany. Wallraff ląduje w czteroosobowym pokoju, z czystą zmianą pościeli pod pachą. Noclegownie dzieli 122 lat. Trudno powiedzieć, ile osób w Cesarstwie Niemieckim nie miało dachu nad głową, Fischer w swojej książce podpierał się tylko danymi z ksiąg noclegowni przy Friedensstrasse, a te wspominały o ponad 1,7 mln kobiet, mężczyzn, dzieci i noworodków, którzy przewinęli się przez te mizerne baraki w latach 1869-86. „Jak potoczą się ostatecznie losy tych setek tysięcy, tych milionów bezdomnych reprezentujących każdy stan i zawód? Nie znajduję odpowiedzi” – pisał młody dziennikarz.
W czasach Wallraffa również nie było statystyk ujmujących liczbę bezdomnych [rozumianych jako ludzi żyjących na ulicy, w parkach, na cmentarzach, korzystających z noclegowni] oraz „pozbawionych mieszkania” [w tekście -PM] co stanowi odrębną kategorię określającą osoby, które straciły swoje lokum i czasowo przebywają w hotelach, hostelach, domach pomocy, czy „na kanapie” u uczynnych znajomych.
Do dziś liczbę bezdomnych i PM w Niemczech szacuje się zresztą na podstawie danych organizacji dobroczynnych, które na którymś z etapów wchodzą w kontakt z tymi ludźmi. Najbardziej miarodajne szacunki bezdomności przedstawia Federalne Stowarzyszenie na rzecz Pomocy Bezdomnym (BAGW), według którego w 2024 r. ponad milion osób nie miało domu, z czego 765 tys. stanowili dorośli, a 264 tys. dzieci oraz młodzież poniżej 18 roku życia. Przy czym większość z małoletnich żyła przy rodzicach i było doraźnie zakwaterowanych w schroniskach, hostelach i innych placówkach, które mają niewiele wspólnego z tym, co zwykliśmy nazywać „domem”.
Kto ląduje w Niemczech najczęściej na ulicy? Wedle danych BAGW z 2024 r., 820 tys. osób bezdomnych na niemieckich ulicach nie miało obywatelstwa niemieckiego, 55 tys. z tej grupy było obywatelami państw UE. Wychodzi więc na to, że tylko 20 proc. wszystkich uznanych za bezdomnych to Niemcy. To „tylko” odpowiada mniej więcej 209 tys. ludzi.
Historia jadłodajni na granicy światów, albo: „Jak ludzie są głodni, to trzeba dla nich gotować”
Bernd Backhaus od jedenastu lat kieruje Franciszkańską Jadłodajnią w dzielnicy Pankow. Spotykamy się w wejściu do jadalni należącej do klasztoru Franciszkanów przy Wollankstrasse. Kierownik wita „gości” – tak osoby potrzebujące nazywa się tutaj, ale i w wielu noclegowniach i ośrodkach doraźnej pomocy dla osób bezdomnych.
Backhaus jest z wykształcenia psychologiem, wiele lat pracował jako wychowawca młodzieży. Po czterdziestych urodzinach zadał sobie pytanie, czy do końca życia chce robić, to co robi i odpowiedź brzmiała „nie”.
Przychodzi w życiu taki moment, że człowiek ma poczucie, iż nie jest do końca na właściwym miejscu. Kiedy zobaczyłem ofertę pracy u Franciszkanów, wysłałem CV i dostałem tę pracę. Jestem tu od listopada 2014 r. – mówi Backhaus i faktycznie wygląda na człowieka, który jest zadowolony z dokonanego wyboru, z pasją opowiada o tym miejscu i jego początkach. Jadłodajnia była pomysłem Siostry Moniki, Franciszkanki, która po upadku muru przybyła do Berlina z Turyngii. -Wysiadła pani na stacji Wollankstrasse? – pyta gospodarz. Potwierdzam. – Przed zjednoczeniem po jednej stronie dworca Wollankstrasse były Niemcy zachodnie, a po drugiej, wschodnie. I my, tutaj jesteśmy po stronie wschodniej. Wollankstrasse była granicą. Po upadku muru ludzie ze wschodniej części byli często bezradni. Wcześniej mieli zapewnione miejsce pracy, mieszkanie, a teraz zderzali się z sytuacją, że nagle tracą tę pracę i mogą stracić lokum, a państwo ich nie łapie, tylko mówi „radź sobie sam”.
Siostra Monika spotykała tu takich właśnie ludzi, przerażonych, że za chwile nie będą mieć co do garnka włożyć. I wtedy stwierdziła, że „jak ludzie są głodni, to trzeba dla nich gotować” więc zapytała braci, czy może założyć jadłodajnię. Zgodzili się. 4 kwietnia 1991 r. Siostra zaprosiła ludzi i stanęła za garem pełnym zupy. Zakładała, że jak już wszystkim pomoże i ludzie staną na własnych nogach, to zakończymy pracę, ale nic takiego nie nastąpiło. Jadłodajnia działa już 35 rok i nie zapowiada się, by miała przestać wydawać zupę – opowiada Bernd Backhaus.

Siostra Monika, kierowała jadłodajnią do 1998 roku. A potem przyszło nowe wyzwanie. Pod koniec lat 90. mnożyły się doniesienia o noworodkach porzucanych w kontenerach na śmieci. Te informacje bardzo poruszyły Siostrę. Postanowiła założyć w okolicy dom samotnej matki. I tak kawałek stąd przy Goethestrasse powstał „Dom Dziecka Słonecznik”, Siostra Monika prowadzi go już od 25 lat. To miejsce udzielające wsparcia kobietom w ciąży, towarzyszące im na wszystkich etapach. Bernd Backhaus jest więc u Franciszkanów sam „na gospodarstwie” a Siostra Monika od wyprowadzki nie miesza się do spraw jadłodajni.
– To jest niesamowita osoba. Jak jedenaście lat tu zaczynałem, poczułem, że chcę jej błogosławieństwa. Kiedy się spotkaliśmy, poprosiłem ją o radę, o to by jakoś mnie ukierunkowała, zanim wejdę w nową rolę. A Siostra spojrzała na mnie i powiedziała tylko: „Panie Backhaus, spodziewałam się takiej prośby, ale musi pan zaakceptować brak odpowiedzi. Nie chcę być szarą eminencją, o którą będzie się pan co krok potykał”.
Jak każdy stoi w kolejce tylko po zupę, to cierpliwie czeka na swoją kolej
Poza Berndem Backhausem Prowincja Franciszkańska zatrudnia do obsługi jadłodajni jeszcze dwóch kucharzy (jeden pracuje tu od 30, drugi od 5 lat) i pracownicę socjalną, która dwa razy w tygodniu udziela porad gościom, są również wolontariusze biegli w kilku językach obcych. – Jesteśmy gotowi udzielać takich porad nie tylko po niemiecku, ale również po polsku, bułgarsku, rumuńsku i rosyjsku – zapewnia Bernd Bauhaus. Wachlarz języków sugeruje, jakiej narodowości są najczęściej ludzie przychodzący tu na zupę. I faktycznie, jeszcze w drodze do jadłodajni spotykam grupę mężczyzn mówiących po polsku, z tobołkami i izomatami. Bernd Backhaus zapytany o Polaków mówi, że nikogo nie pyta o dowód osobisty, nie legitymuje gości jadłodajni, więc nie wie, ilu Polaków tu bywa, ale jest ich spora grupa.

Przy jadłodajni zatrudniony jest też kierowca, który odbiera busikiem żywność od darczyńców. Działa tu ponadto od 150 do 200 wolontariuszy. Trudno byłoby sobie wyobrazić to miejsce bez nich, ponieważ ono nie tylko żywi swoich gości, ale ich również ubiera i leczy. Dwa razy w tygodniu pod klasztor podjeżdża busik medyczny Caritas, we wtorki przyjmuje w nim internista, a w czwartki dentysta więc ci, którzy nie mają ubezpieczenia zdrowotnego, mogą regularnie skorzystać z porad i opieki doraźnej na miejscu.
Ta największa jadłodajnia dla potrzebujących w Berlinie wydaje zupę sześć dni w tygodniu, od wtorku do niedzieli, na dwie zmiany. Rano można się poczęstować herbatą i chlebem. Dziennie przychodzi ok. 250 osób, miejsca na sali wystarczy dla 160. W ciepłe dni posiłki są też spożywane na dworze. Na miejscu nie wydaje się paczek żywnościowych. Kiedyś wydawano, ale z czasem okazało się, że zapotrzebowanie jest większe od zasobów, więc poprzestano na obiadach.
– To jest tak, że jak człowiek stoi w kolejce po zupę i wie, że każdy dostanie to samo, to stoi spokojnie i czeka na swoją kolej. Jeżeli jednak ludzie wiedzą, że kto pierwszy ten lepszy, bo tylko ci z przodu mogą liczyć na lepszy produkt, a dla reszty może już nie starczyć, to ludzie robią się nerwowi. To zmienia charakter tego oczekiwania. Nie chcemy tego – mówi kierownik.
Bernd Backhaus opowiada, że jeden z kucharzy w listopadzie musiał się poddać operacji i do końca roku będzie na zwolnieniu, a drugi kucharz poszedł przedwczoraj [rozmawiamy 9 dni przed wigilią Bożego Narodzenia] na urlop. To kto w takim razie gotuje? – Ochotnicy – mówi kierownik. Chłopak, który przyjechał z grupą szkolną do Berlina i gościł w jadłodajni, okazał się kucharzem, młoda dziewczyna, która zgłosiła się na wolontariuszkę, ma ukończony kurs w szkole gastronomicznej.
Backhaus wspomina wieloletnią szefową kuchni za czasów Siostry Moniki, która po całym dniu ze lękiem zaglądała do pustej spiżarki i pytała: „Co my jutro ludziom jeść damy?”. Siostra odpowiadała „Bóg to załatwi”. I nazajutrz to się spełniało.
– To jest moje miejsce pracy, ale jest to też Dzieło Boże. I tak na to patrzę – dodaje kierownik. – Jak tu zaczynałem, był jeszcze pewien starszy Brat Johannes, który przed 20 lat posługiwał w jadłodajni. Dla wielu przychodzących Brat Johannes był personifikacją tej zupowej kuchni. Zmarł dwa lata temu. Wierzę, że potrzeba kogoś, kto byłby taką właśnie personifikacją tego miejsca, wierzę, że to jakoś na mnie przeszło. Każdego dnia staję w drzwiach, witam każdego gościa i czuję, że to jest moje miejsce na ziemi – mówi kierownik.
A czy zdarzyło się przez te 11 lat coś, co go jakoś negatywnie zaskoczyło? W końcu ludzie to nie same anioły. Owszem, było takie zdarzenie.
– Trzy lata temu zwrócono moją uwagę na kobietę, która siedziała na końcu sali i dziwnie się zachowywała. Kiwała się w tył i w przód, usiadłem przy niej i zapytałem, czy mogę jakoś pomóc. To była młoda kobieta, około 30-letnia. Nic nie mówiąc, wylała trochę zupy, a potem nagle sama się nią oblała. Postanowiłem wyprowadzić ją na zewnątrz. A ona nagle wstała i strzeliła mnie tak mocno jak nikt wcześniej. To było jak grom z jasnego nieba. Wywiązała się szamotanina i zostałem ugryziony. Jakoś w końcu udało mi się ją wyprowadzić, a ona przeskoczyła przez ogrodzenie do sąsiadującego z nami supermarketu. Opatrzyłem ranę, a potem widzę, że kobieta wraca. Zadzwoniliśmy po policję. Zanim przyjechał radiowóz, ta kobieta zdążyła jeszcze uderzyć jedną z naszych stałych bywalczyń. Powaliliśmy ją w końcu na podłogę, dwóch mężczyzn musiało ją trzymać za nogi.
Skąd ta agresja? Zdaniem Backhausa to, wina jakichś środków odurzających. Okazało się potem, że ta kobieta bywała w jadłodajni a jej ojciec przychodzi tu regularnie. Koniec końców wylądowała w więzieniu, ale niedługo – tak prognozuje Backhaus – powinna wyjść więc pewnie przyjdzie na zupę. Pracownicy postulowali objęcie jej zakazem wstępu, ale kierownik stwierdził, że skoro była wtedy pod wpływem jakichś substancji, a potem nawet przeprosiła za swoje zachowanie, to zasługuje na drugą szansę.

– To zresztą bardzo miła osoba, tylko zagubiona. Założyliśmy jej skrzynkę pocztową. Bezdomni mają możliwość założenia u nas swojej skrzynki, dzięki czemu przychodzi do nich poczta. Korzysta z tej możliwości ok. 50 osób – wyjaśnia Backhaus pokazując skrzynkę z karteczkami przypominającą katalog biblioteczny. – Te, które tu pani widzi to listy z października i listopada, których jeszcze nie odebrano. Zdarza się, że ktoś nie zgłasza się po swoje listy, bo na przykład trafił do więzienia, albo po prostu umiera. Na pewno ludzie cieszą się z każdego listu, który nie przychodzi z sądu – dodaje Backhaus. Jeżeli do jadłodajni dociera informacja, że któryś z jej gości zmarł, to albo kierownik, albo jego zastępca, Brat Christoph idzie na pogrzeb.
Rozmawiamy chwilę o tym jak w Warszawie osoby bezdomne włączają się co roku w akcję Fundacji Kapucyńskiej „Bezdomni dla Bezimiennych”, Bernd Backhaus nie słyszał o podobnej inicjatywie w Berlinie, ale wiem, że niektóre organizacje tu na miejscu walczą o zachowanie pamięci o bezdomnych zmarłych.
Prezydent Gauck u wrót
Nadszedł czas na oprowadzenie po jadłodajni i pomieszczeniach gospodarczych. Kierownik przedstawia mnie wolontariuszom i pracownikom kuchni, w jadalni stoi wieniec adwentowy i kilka miseczek z owocami, dzisiejszy deser. Wydawanie zupy dobiega już końca, przy stołach siedzi zaledwie kilka osób, nad sporym garem unosi w teatralnym geście łyżkę wazową wolontariusz André. Pozwala mi się sfotografować w tej pozie, wszyscy tu żartują i są pogodni, co wśród berlińczyków nie jest regułą. Dziś na dyżurze André towarzyszy Ulrike. – To pani koleżanka po fachu, też jest dziennikarką – przedstawia nas sobie Bernd Backhaus.
Ulrike od kilku lat udziela się w jadłodajni, m.in. wydając posiłki. Dlaczego to robi? – Mam poczucie, że moja praca w jakimś stopniu przyczynia się do zacieśnienia więzów międzyludzkich, byśmy byli bardziej solidarni, lepsi dla siebie. Poza tym wolontariat daje dużo radości. Lubię tu być – odpowiada Ulrike.
– A tu jest centrum zarządzania. Tu się gotuje – wskazuje szerokim gestem kierownik, kiedy przechodzimy z jadłodajni do kuchni. W jednym garze warzymy wersję mięsną, w drugim – wegetariańską, a jutro wszystko od nowa. Tu z kolei jeden z kolegów myje największe naczynia, które żadną miarą nie mieszczą się w zmywarce, a tu sortujemy co rano produkty zebrane w supermarketach i robimy kanapki – objaśnia gospodarz.

Wchodzimy po schodach, na pierwszym piętrze są pomieszczenia socjalne. – Mamy rzadki luksus posiadania pomieszczenia dla palaczy – wyjaśnia Backhaus. – A tu jest strefa beznikotynowa, ale dym nie zawsze wie, że nie wolno mu tu wchodzić. Spory roztrzygamy polubownie – żartuje, wskazując na sąsiednie pomieszczenie, które tak jak pierwsze jest wyposażone w duży stół, krzesła, kubki i inne potrzebne sprzęty.
– Tu planujemy – wskazuje na stół, nad którym wisi rysunek przedstawiający kilkudziesięciu wolontariuszy, posługujących w jadłodajni. Autor dzieła, jeden z gości jadłodajni, umieścił na rysunku postać św. Franciszka z Asyżu.Co dwa tygodnie mamy spotkanie z kucharzami, a kuchnia w tygodniu reaguje elastycznie, musi być przygotowana na różne warianty – wyjaśnia kierownik.
Po chwili Bernd Backhaus przypomina sobie anegdotę sprzed dekady. – Muszę to pani opowiedzieć. To było po moim pierwszym roku u Franciszkanów dokładnie 2 grudnia 2015 r. Dzwoni telefon, odbieram, a tu ktoś mówi, że dzwoni z kancelarii prezydenta Niemiec. W pierwszym odruchu pomyślałem, że ktoś mnie wkręca, ale to nie był żart. Głos po drugiej stronie oznajmił, że niedługo odwiedzi nas prezydent Joachim Gauck. I faktycznie, 15 grudnia 2015 roku przyjechał do klasztoru prezydent. To miał być gest uznania dla pracy naszych wolontariuszy, więc spotkanie odbyło się w naszym wewnętrznym gronie, ale prezydent przespacerował się też na salę, do naszych gości. My wcześniej nikogo nie uprzedzaliśmy, sami nie byliśmy do końca pewni, czy do tej wizyty dojdzie. Przecież po drodze mogło się wydarzyć coś ważniejszego. Kiedy jednak z samego rana, 15 grudnia przyszli funkcjonariusze z psami tropiącymi, stało się jasne, że prezydent będzie. Powiedzieliśmy więc ludziom, że taka wizyta będzie miała miejsce i że będzie jej towarzyszyć prasa. Nie chcieliśmy, by poczuli się nieswojo, jedząc zupę w błysku fleszy. Jak prezydent wszedł do sali, zobaczyliśmy, że tuż za nim wchodzi jeden z naszych gości taki chłop jak dąb, a prezydent Gauck jest niskiego wzrostu i trochę mnie to jakoś w środku zaniepokoiło, a pamiętajmy, że to było apogeum fali uchodźczej i wielu naszych niemieckich bywalców miało najróżniejsze, niekoniecznie przychylne podejście do uchodźców i niejeden na wieść, że przyjeżdża prezydent, odgrażał się, że „powie mu do słuchu”. A tu nagle wchodzi ten postawny mężczyzna i zaczyna: „Panie Gauck, niech pan powie pani Merkel, że to, co zrobiła z uchodźcami, uważam za słuszne, każdy ma prawo żyć po swojemu”. Stałem jak wryty. A Gauck odwrócił się do prasy i powtórzył to, co usłyszał od tego człowieka. To jest jedna z tych historii, o których człowiek potem długo pamięta – mówi Backhaus.
A czy po 2015 do jadłodajni zaczęli przychodzić uchodźcy z Syrii, Afganistanu? – Raczej niewielu, choć w 2015 r. prognozowano, że uchodźcy, którzy wypadną z systemu opieki społecznej, mogą nas znaleźć, tak się jednak nie stało. Zdecydowanie więcej jest uchodźców z Ukrainy. Ludzie, którzy przebywają w noclegowniach, zazwyczaj dowiadują się o istnieniu jadłodajni na miejscu, bo wszędzie wiszą nasze plakaty, ale ci, którzy tam nie docierają o nas nie wiedzą – mówi Backhaus.
„Bo każdy ma diabełka za pazuchą”
Poznaję Brata Christopha, zastępcę kierownika Backhausa. Franciszkanin oprowadzi mnie po pralni, w której bezdomni mogą wyprać swoją odzież i do magazynu ubrań. Klatki schodowe między kolejnymi piętrami wyglądają jak w starych berlińskich kamienicach, człowiek nie czuje, że znajduje się na terenie należącym do klasztoru. Brat Christoph tłumaczy, że cały obiekt znajduje się pod nadzorem konserwatora zabytków, że każdą najmniejszą zmianę trzeba konsultować. Od kilku miesięcy w klasztorze trwa remont, więc nie można zajrzeć do wszystkich budynków.

Wchodzimy do pralni. Każdy otrzymuje tu plastikowy koszyk z karteczką z imieniem i datą, w którym składa swoje ubrania. W przylegających pomieszczeniach są też łazienki z prysznicami, można zabrać stąd żele do mycia i dezodoranty. Przychodzi coraz więcej ludzi. Biorą prysznic i wychodzą w czystej odzieży. W pralni i magazynie ubrań pracują dwie osoby. Co sześć tygodni przychodzi podolog – mówi Brat Christoph, odsłaniając specjalistyczny fotel skryty za zasłonką. – Ludzie bezdomni dużo czasu spędzają na nogach, chcemy, by ktoś o te ich stopy zadbał – tłumaczy zakonnik. W magazynie odzieży goście otrzymują przed prysznicem wszystko, czego potrzebują. Osób pod wpływem alkoholu lub zachowujących się agresywnie nie wpuszcza się z zasady.
-Piętro wyżej mamy pomieszczenie, w którym przyjmuje pani Rothe, pracownik socjalny. Jest ona łączniczką między naszymi gośćmi a urzędami, pomaga im w rozwiązywaniu różnych spraw urzędowych – opowiada Brat Christoph. W poczekalni gabinetu, pod ścianami stoją krzesła, na ścianach powieszono portrety rysowane ołówkiem, węglem, innymi technikami. Wyglądają jak prawdziwe, małe dzieła sztuki. – Te portrety są dziełem Klausa, naszego bywalca, który jest adeptem akademii sztuk pięknych. Klaus sportretował wolontariuszy, pracowników, zakonników i stałych bywalców jadalni. Mieliśmy tu nawet wernisaż jego prac. Część portretów znalazło się w specjalnym katalogu świątecznym wydanym z myślą o naszych wolontariuszach. W tej galerii portretów jest i moja podobizna, proszę spojrzeć. To ja, z oczyma uniesionymi do góry i czarnym kleksem pod brodą, śmieję się, że to moja czarna dusza, bo każdy ma diabełka za pazuchą – żartuje Brat Christoph.

Trzeba przyznać, że portrety mają w sobie nutkę tej berlińskiej bezczelności pielęgnowanej w nielicznych już „Eckknajpach” i robią wrażenie gotowych ilustracji magazynów satyrycznych.
Gospodarz opowiada mi jeszcze o jednym z byłych gości klasztornej jadłodajni, o Josephie, który jest zdolnym malarzem. – Joseph od pewnego czasu wynajmuje niewielki pokój, więc już ma dach nad głową, pomalował ściany tego swojego pokoju w taki sposób, że przypominają marmur, to wygląda naprawdę pięknie – opowiada zakonnik.
Przemierzając kolejne pomieszczenia Franciszkanin zerka przez okno i zwraca moją uwagę na brodatego mężczyznę jedzącego zupę na stojąco, na zewnątrz. – On zawsze tak je, nie lubi wchodzić na salę, chyba ceni sobie samotność – zamyśla się mój przewodnik.
Wchodzimy do magazynu odzieży, jest sekcja dla kobiet i sekcja dla mężczyzn, na karteczkach notuje się co, kto wziąłby „ktoś na przykład nie zabrał sześciu kurtek”.
Na metalowych stelażach stoją buty, co najmniej kilkadziesiąt par, każda para z naklejoną i widoczną z daleka metką z numerem, na innym stelażu poukładano swetry, koszule, paski, koce i poduszki, wśród stosów ubrań ktoś powiesił czerwony garnitur męski w zielone choinki.

Na ścianie dostrzegam rysunek przedstawiający lwicę opatrzony słowami błogosławieństwa, gdzieniegdzie widać też ubranka dziecięce i zabawki. Brat Christoph prowadzi mnie też do pomieszczenia zawalonego wręcz do sufitu czarnymi workami z odzieżą, to są rzeczy przeznaczone do recyclingu, tylko od tygodni nie ma ich komu zawieźć do punktu, bo brakuje kierowców. Problem znany w Polsce z tzw. PSZOKami, nie jest obcy berlińskim Franciszkanom. Odzieży jest za dużo, a ta, która już nikomu się nie przyda, zalega, dlatego klasztor do odwołania wstrzymał przyjmowanie darów odzieżowych. Dalej widać regał przeznaczony na dary dla Ukrainy, co jakiś czas przyjeżdża tir i zawozi te rzeczy do konkretnych miejscowości.
Opuszczając magazyn, mijamy spiżarnię, obraz z wizerunkiem św. Franciszka z zawieszonym na ramie różańcem i świecę w kształcie księgi z wyrytym w wosku tekstem Pozdrowienia Anielskiego. Sala jadłodajni jest wysprzątana i gotowa do przyjęcia jutrzejszych gości. Czy jadłodajnia będzie otwarta w Święta Bożego Narodzenia? – W te Święta planujemy specjalne menu, zazwyczaj zgodnie z tradycją są to kiełbaski z sałatką ziemniaczaną, ale w tym roku sponsorzy dopisali i podamy naszym gościom udka z gęsi – mówi Brat Christoph.
Przedświąteczna samotność
Tu kończy się nasza trasa. Żegnam się z Berndem Backhausem, z Bratem Christophem i wolontariuszami, życzymy sobie radosnych Świąt Bożego Narodzenia. Idąc w kierunku stacji Wollankstrasse mijam bezdomnych mężczyzn. Siedzą na murkach, na ławce wiaty przystankowej, opierają się o ogrodzenia, objuczeni całym dobytkiem. Jedni trzeźwi, inni ledwo trzymający się na nogach. Za tydzień z kawałkiem Berlin będzie świętował Boże Narodzenie. Przypomina o tym każda świąteczna dekoracja, każdy jarmark buchający zapachem grzańca i kiełbasy z rusztu, każda szopka ustawiona w sklepowej witrynie, w pasażu handlowym, przed kościelnym ołtarzem.

W XIX-wiecznym Berlinie Hansa Richarda Fischera nie było inaczej. I tam miasto wyczekiwało świąt. On sam tak pisał w swojej reportażowej książce: „W żadne inne dni, bieda nie jawi się tak wyraźną w całej swojej nędzy wobec świata, jak w te, gdy każdy świętuje i jest szczęśliwy. Tyle że jak człowiek samą swoją zewnętrzną powłoką doszczętnie zmarniał, tak że zewsząd smagają go bezduszno-pogardliwe spojrzenia innych, to ulatniają się z niego wszelkie resztki dobrych myśli o tym najlepszym ze wszystkich światów”.
W Boże Narodzenie A.D. 2025 wielu bezdomnych będzie samotna. Wielu jednak zasiądzie do stołu przygotowanego przez Franciszkanów i w tym roku zamiast kiełbasek zje gęsinę. Inni będą gośćmi piosenkarza Franka Zandera, który od 30 lat z fundacją swojego imienia organizuje świąteczne spotkania dla 3 tys. bezdomnych i samotnych. Tradycją jest, że na tych spotkaniach w rolę kelnerów wcielają się prominentni politycy, piosenkarze i sportowcy. W tym roku do stołu podawała m.in. wiceburmistrzyni Berlina, Franziska Giffey (SPD).
Jeszcze inni dostaną ciepły posiłek i herbatę w tzw. Misjach Dworcowych, ekumenicznych schroniskach usytuowanych w Berlinie w okolicy Dworca Głównego (Hauptbahnhof) i Dworca Zoo. Przy odrobinie szczęścia można więc spędzić godnie wigilijny wieczór. Po świętach bezdomni znowu wrócą do rytmu „noclegownia-ulica-jadłodajnia-noclegownia”. A część z nich nie uzyska szybkiej pomocy udzielanej przez wolontariuszy z tak zwanych „Kältebusse”, aut wyjeżdżających w nocy w trasę po Berlinie ze śpiworami, izomatami, gorącą herbatą. Te busy są po to, by ludzie nie zamarzali na ulicach. Ich załogi monitorują okolicę i interweniują tam, gdzie jest to potrzebne, odwożąc też wychłodzonych ludzi do noclegowni. W nocy z soboty na niedzielę (z 27 na 28 grudnia) ktoś podpalił jedno z tych aut. Doszczętnie spłonęło. Drugie, zaparkowane obok zostało częściowo spalone. Wolontariuszom został tylko jeden bus. Każde z takich aut to koszt ok. 60 tys. euro.
Tafel: 265 tys. ton ocalonej żywności rocznie
Blisko 1,5 miliona osób w Niemczech korzysta z pomocy żywnościowej organizacji charytatywnej Tafel, 30 proc. z tych ludzi to dzieci, 20 proc. osoby w podeszłym wieku. Żywność ocalona przez wolontariuszy jest przekazywana setkom organizacji udzielających pomoc osobom bezdomnym i ubogim. Jakiś ułamek tej żywności trafia m.in. do jadłodajni Franciszkanów na Pankow, do Misji Dworcowych, do punktów wydawania żywności w całym kraju.
Słowo „Tafel” może oznaczać tablicę, stół, długą ławę, a nawet posiłek. Historycznie-literacko „Tafel” kojarzy się z mnisim refektarzem, ale i z sagą o królu Arturze i rycerzach okrągłego stołu (słynna „Tafelrunde”). W dzisiejszych Niemczech pierwszą myślą, jak przychodzi do głowy na hasło „Tafel”, jest organizacja działająca pod tą samą nazwą, która od 1993 roku, z początku tylko w Berlinie, a z biegiem lat na terenie całego kraju, zaczęła zbierać żywność przekazywaną przez sklepy, sortować ją przekazywać najbardziej potrzebującym. Osobom bezrobotnym, pobierającym zasiłki, bezdomnym, tym, którym w drodze ku samodzielności finansowej podwinęła się noga i stracili firmę, jak i emerytom z niską emeryturą, studentom. Rozmawiając z wolontariuszami Tafel i pokrewnych organizacji usłyszałam wiele historii, w pewnej chwili okazało się, że w kolejce po pomoc żywnościową ustawiają się ludzie reprezentujący cały przekrój społeczeństwa. Jak u Hansa R. Fischera. Tylko tu pomoc nie kończy się na czarnej kawie, bułce i wodnistej zupie. Można dostać wszystko. Wszystko, co zostaje sklepom. To, co jest już za mało atrakcyjne do sprzedaży, ale jeszcze zdatne do spożycia. Zdarzało się, że wracając z dyżuru w hali Tafel i idąc na zakupy do jednego z berlińskich marketów, trafiałam na te same produkty, które jeszcze kilka godzin temu przebierałam w poszukiwaniu plamek, śladów pleśni etc. Tu były ładnie podświetlone, wyeksponowane, tam mniej widowiskowe, ale wciąż zdatne do spożycia.

Wedle szacunków Federalnego Ministerstwa Rolnictwa i Żywności, tylko w 2022 r. w Niemczech wyrzucono 10.8 mln ton jedzenia. Tafel ocala przed śmietnikiem 265 tys. ton żywności rocznie. Warzywa, owoce, pieczywo i wiele innych produktów trafia dzięki temu do domów, których nie stać nawet na podstawowe zakupy w dyskoncie. Tak się bowiem składa, że drożyzna nie ominęła sklepów z niższej półki i sprawdzając różnice cenowe między „wyższą a niższą półką”, można się zdziwić. Zwłaszcza przy regałach z czekoladą, której ceny od kilkunastu miesięcy szybują w górę, skłaniając producentów do różnych trików, takich jak chociażby zmniejszania gramatury tabliczek mlecznej czy gorzkiej ze 100 do 80 gramów.
Gdzie cichy luksus spotyka obuwie robocze
Obuwie robocze w rozmiarach od 36 do 45 stoi na metalowych stelażach gotowe do przymiarki w pomieszczeniu gospodarczym kilka metrów od bocznego wejścia na halę. Przed założeniem i po zdjęciu butów należy je zdezynfekować specjalnym środkiem w sprayu.
Managerowie i kierowniczki działów poważnych koncernów w płaszczach à la quiet luxury siedzą na niskiej ławie i przymierzają kolejne pary, wymieniają się płynem do dezynfekcji, wpisują swoje nazwiska na krążącą od rąk do rąk liście obecności. Panuje ogólna wesołość i atmosfera wycieczki szkolnej. Część wolontariuszy nie mówi po niemiecku, mapa drogowa poruszania się po hali dociera do nas naprzemiennie po niemiecku i angielsku.
– Bierzcie zawsze o numer mniejsze, bo numeracja jest zawyżona. Jak ktoś potrzebuje dodatkowych skarpetek, tam jest skrzynka z czystymi – wskazuje opiekunka „szychty”. Jak jest skrzynka z czystymi, to i obok stoi na te użyte, na koniec dnia te drugie trafiają do prania. Podobnie jak fartuszki i zielone koszulki z logiem „Berliner Tafel”, które zakłada się już na ubranie, zanim ręce zawędrują po skrzynki z sałatą, pomidorami i mango. A tych skrzynek są tu tysiące. Czarne i zielone. Na jednej stercie brudne, na drugiej czyste. W rozmiarach od 10 do 24, zielone i czarne. Zanim się człowiek połapie, która skrzynka na co, minie trochę czasu. Dla opornych zostawiono instrukcje. Po kilku dniach i tak się okaże, że w miejscu, w którym jeszcze wczoraj stały skrzynki brudne, dziś stoją czyste, więc trzeba być czujnym.

W roboczych butach i fartuchach lądujemy w zachodniej części hali przy Beusselstrasse, jedną stację S-Bahn od Jungfernheide i Pałacu Charlottenburg. Tam mauzoleum pruskich władców i kolekcja porcelany, tu teren giełdy spożywczej z tirami, rampami i węzłem logistycznym łączącym egzotykę tropikalnych owoców z targiem rybnym, 12 tys. metrów kwadratowych giełdy ogrodniczej z mięsem zaopatrzonym wedle życzenia również w certyfikat koszerności i halal. A w tym wszystkim hala Tafel, z autami dostawczymi, rzeszą wolontariuszy i pracowników, z misją ratowania żywności dla tych, których na nią już nie stać.
Kto choć raz przekroczył próg hurtowni spożywczej, wie jak to mniej więcej, wygląda. Blacha falista, w środku raczej chłodno, wózki widłowe, palety na piętrowych regałach ustawione prawie pod sufit itd. I przy Beusselstrasse jest tak samo, z tą różnicą, że tu nie tyle przywozi się palety z towarami, nie tyle składuje je w ogromnych chłodniach, ile przede wszystkim w systemie dwuzmianowym sortuje się żywność pozyskaną od supermarketów i mniejszych sklepów. Jeżeli kierownik sklepu widzi, że towar za chwilę zmarnieje, że liście rzodkiewki już nieco przywiędły, banany dostają piegów, pieczarki za chwilę stracą datę ważności, a część mandarynek pęka przy delikatnym poruszeniu siatki – taki towar trafia do Tafel. Przy czym trafia go z roku na rok coraz mniej, ponieważ sklepy – coraz częściej przy wsparciu narzędzia sztucznej inteligencji (AI) – są w stanie lepiej oszacować skalę zamówień, tak by jak najmniej produktów lądowało w koszu lub w oddziałach Tafel.
Póki co, towar jest zwożony skrzynkami z całego Berlina do tej wielkiej hali, gdzie rozpruwa się te siatki z mandarynkami, by część uratować a zgniłe wyrzucić do kontenera na odpadki „bio”, gdzie wolontariusze oglądają każdą paprykę, pomidora, ogórka i wedle kryterium „czy sam wrzuciłbym to do swojej sałatki” i oddzielają żywność zdatną do spożycia od tej zepsutej. I tak to się kręci. Dzień za dniem, w systemie zmianowym (od poniedziałku do czwartku od 8:30 do 14:00 i od 13:00 do 17:00, w piątki od 11: 00 do 15.30 plus specjalna zmiana „po pracy”) i oddzielnym porządkiem weekendowym. W Berlinie żywność jest zwożona 21 samochodami dostawczymi, w tym 18 chłodniami na kółkach. Jak informuje Tafel, przy zakupie tych chłodni Mercedes Benz daje spore upusty. Jak człowiek wchodzi na halę od strony rampy, to te auta albo stoją gotowe do wyładunku, albo ruszają w dalszą trasę. Przy wejściu na halę co rano ustawia się też kontenery na odpadki organiczne, te puste wolontariusze zabierają jak najbliżej stołu, a potem pełne odstawiają na umówione miejsce w hali. Pchanie takiego pełnego kontenera to spory wysiłek, starzy wyjadacze wiedzą, jak je ustawić, by nie wyzionąć ducha.
Na hali, każdy ma swoje miejsce przy jednym z kilkumetrowych stołów z metalowym blatem. Na środek każdej sekcji (jest ich kilka) wjeżdżają co jakiś czas skrzynki. W mojej sekcji są to warzywa i owoce, w sekcji obok pieczywo, kawałek dalej w kartonach widać ozdoby świąteczne, słodycze i książki o Elfach, to już towar sezonowy, tym się nie zajmujemy. To, w jaki sposób wolontariusze dzielą się pracą, zależy od kilku czynników. Pierwszego dnia wszystko robi się na czuja, intuicyjnie. Opiekunowie wolontariuszy co prawda dają instrukcje, pokazują, gdzie są rękawiczki, noże, płyny do dezynfekcji blatów, kartony na plastikowe opakowania, dokąd biec po pierwszą pomoc w razie zranienia etc., ale zanim towarzystwo danego dnia zrozumie, na czym polega ta praca, minie kilka godzin.
Mój pierwszy dzień na hali spędzam z pracownikami Amazona i Porsche, którzy są tu w ramach tzw. Social Day, na który firmy regularnie wysyłają swoich pracowników oraz z kilkoma osobami, które tak jak ja wpadły na pomysł, by obejrzeć sobie to wszystko od środka. Jest tu m.in. Martina, architekt, która przedświąteczny tydzień poświęca na wolontariat w różnych zakątkach w Berlinie. Przez dekadę żyła i pracowała w Londynie, teraz w Niemczech na nowo układa sobie życie i chce zrobić „coś dobrego dla innych”. Dziś pomoże w sortowni Tafel, jutro będzie wydawać zupę w jadłodajni Franciszkanów na Pankow. To dzięki Martinie za kilka dni odwiedzę klasztor przy Wollankstrasse i poznam ludzi, którzy oferują pomoc berlińskim bezdomnym.
Pracownicy korporacji będą tu tylko tego jednego dnia, nie muszą zapamiętywać wszystkich szczegółów. Widać, że hierarchia firmowa przekłada się na podział kompetencji przy stole. Przy moim blacie szybko można się orientować kto tu jest szefem. Jedna z czterech młodych kobiet, wchodzi w rolę koordynatora szychty. Jako wolny elektron nie wchodzę w ten tryb, sama sobie przynoszę kolejne skrzynki, czasem podrzucam „grupie Amazona” pomidory, które właśnie sortują, a dziewczyny oddają mi produkty, które ja mam na swoim odcinku. Liderka grupy jest z Turyngii, ale pracuje pod Berlinem. Miała do wyboru „dzień wolontariatu” w Tafel lub w organizacji wspomagającej uczniów, wybrała sortownię. Jej podwładne też pochodzą z różnych części Niemiec. Żadna z nich nie brała wcześniej udziału w czymś podobnym. Kiedy dwa tygodnie później zapytam rzeczniczkę berlińskiej Tafel, Antje Trölsch o to ilu pracowników korporacji wzięło w mijającym roku udział w jednodniowym wolontariacie na hali, wyjaśnia mi, że dane spłyną dopiero w styczniu. Za to wiadomo, ilu wolontariuszy wspomaga Tafel. W Berlinie są to 3 tysiące osób w różnym wieku. 1,2 tys. pracuje w sortowni, 1,7 tys. przy wydawaniu żywności na terenie całego miasta w ramach projektu Laib und Seele, 100 angażuje się w skierowaną do dzieci i młodzieży akcję pomocową KIMBA.

W skali całych Niemiec Tafel przez 32 lata swojego istnienia założyła 970 punktów sortowania i ponad 2 tys. miejsc, w których wydaje się żywność potrzebującym. Spośród 75 tys. zaangażowanych w misję Tafel, 94 proc. stanowią wolontariusze. Ten system naczyń połączonych pozwala na obsługę 1,5 miliona klientów rocznie. Dlaczego „klientów”, a nie „potrzebujących”? Ponieważ w Tafel ludzi na życiowym zakręcie, którzy korzystają z jej wsparcia, traktuje się jak klientów sklepu, tu też przecież pobiera się symboliczne kilka euro (średnio 3 euro, ale to zależy od landu) za wydaną żywność. To podejście nie wszystkich przekonuje, na przykład socjolog Sebastian Selke w 2013 r. w swojej książce „Schamland. Die Armut mitten unter uns” („Państwo wstydu. Bieda pośród nas”, wyd. Econ) sprzeciwił się semantycznemu zabiegowi z „klientami”, ponieważ, jak podkreślał, „klient ma prawo wybrać, czego mu potrzeba, a w Tafel tego zrobić nie może”. Sama organizacja broni się przed tego typu krytyką, podkreślając, że słowo „klient” pozwala zachować godność ludziom ubogim, nie stygmatyzuje ich niepotrzebnie.
Debata nad działalnością Tafel nie ogranicza się do nazewnictwa, krytycy zarzucają organizacji „normalizowanie i utrwalanie nierówności społecznych”. Wśród wolontariuszy Tafel nie usłyszałam podobnych argumentów, ale spotkałam się z opinią, że jadłodajnie wyręczają państwo, że gdyby nie wolontariusze, „wszystko by się zawaliło”. Takiego zdania są najczęściej starsze pokolenia, które angażują się w wolontariat już na emeryturze.
Wracamy na halę przy Beusselstrasse. Po trzech godzinach sortowania i rozmów na różne tematy dzielimy się na dwie zmiany i idziemy na kawę do kantyny. Na kawę wpada też Martina. Kawę i herbatę ze sporych termosów nalewamy do firmowych kubków, dla chętnych istnieje możliwość zjedzenia ciepłego posiłku. Płacisz 1 euro i możesz sobie nałożyć makaron z jakimś sosem, do tego zupa krem z marchwi.
Z Martiną rozmawiamy o życiu w Niemczech i w Polsce, o wolontariacie świeckim i kościelnym, o naszej pracy, w pewnej chwili rozmowa schodzi na temat AfD. Martina patrzy na moją reakcję, kiedy mówi, że „sprawy idą w złym kierunku”, ale nie precyzuje, co ma na myśli. Podczas dwóch tygodni w Berlinie jeszcze kilka razy będę słyszeć od napotkanych ludzi, że „jest coraz gorzej”. Jedni powiedzą to w kontekście wzrostu ubóstwa, inni w nawiązaniu do żywo dyskutowanej w grudniu reformy emerytalnej, jeszcze inni, skarżąc się na drożyznę i to, że na emeryturze nie będą wcale odpoczywać, tylko dalej pracować, bo przy aktualnym wyliczeniu nie byłoby ich stać nawet na opłatę czynszu. Problemów i punktów zapalnych jest zatem sporo. Przy czym tylko jedna osoba i to niebędąca obywatelem Niemiec, sama z siebie wygłosi pochwałę AfD przeciwstawiając tej partii lata rządów Merkel, Scholza i Merza i wrzucając do jednego wora skutki kryzysu migracyjnego, spadek poziomu życia, i odklejenie od realiów „tych na górze”, z aktualnym kanclerzem Niemiec na czele.
Gorączka sobotniej szychty
Każda kolejna szychta przynosi nowe obserwacje, stawia „przy moim stole” nowych ludzi. Raz praca się zaczyna rano, innego dnia po południu, w soboty porządek, do którego już przywykłam, wywraca, się za sprawą energicznego pana w okularach, który patrzy w moim kierunku i pyta „co dziś sortuję”. W tygodniu brałam to, co było, jak były ziemniaki to ziemniaki, a jak maliny to maliny…w sobotę to tak nie funkcjonuje. Pan w okularach dzieli wolontariuszy na trzy grupy: warzywa, owoce i pieczywo. Jak sortuję marchew, to już nie mogę jabłek itd. Ta skrupulatność jest nawet zabawna. Zaczynamy rozmawiać. Klaus ma 75 lat i w Tafel działa od dziesięciu, ale bierze wyłącznie dyżury sobotnie. Przechodzimy „na ty”, ponieważ takie są tu zasady. Całe życie pracował przy biurku, tu na hali „może sobie pobiegać”.
Opowiada mi o swoich kolegach, którzy również są tu od lat. Przedstawia studentce z Wietnamu, młodemu Niemcowi, który w soboty odpowiada za donoszenie skrzynek na stoły (w tygodniu wolontariusze robią to sami), uprzedza, że „często będzie rzucał sucharami” i dotrzymuje słowa. W pewnym momencie mija m.in. moje stanowisko z wózkiem wyładowanym paletami, robiąc ponadprzeciętny hałas, kiedy podnosimy głowy znad skrzynek woła ucieszony: „moja desperacka próba zwrócenia na siebie uwagi podziałała” i znika za kolejnym zakrętem z paletami. Widać, że jest dobrym duchem tych sobotnich dyżurów. W tle z głośników płynie muzyka, raz hity lat 90., innym razem remix klasyki, hip-hop. Ludzie uwijają się przy pracy, niektórzy ze słuchawkami na uszach, starszym stażem zdarza się obsztorcować nowicjuszy, którzy ładują im na stół banany zamiast ziemniaków, kierowcy dowożą kolejne palety z towarem, te z posortowanymi warzywami jadą na rampę.

Przy moim stole jest dziś Anna i pewna bardzo żywiołowa blondynka. Anna przychodzi tu od trzech lat, jest w wieku przedemerytalnym, na co dzień pracuje w fundacji przydzielającej stypendia młodym ludziom. Przy pracy opowiada mi o ludziach, których tu spotkała. O anestezjologu, który „odpoczywał przy sortowaniu od swojej codziennej pracy”, o tych, którzy przychodzą na „firmowy dzień również z Tesli”, o tym, że sama zdecydowała się na Tafel by „pomagać innym i że to jej dobrze robi”. Wesoła blondynka to Katja. Jest tu po raz pierwszy i zamierza wpadać regularnie.
Przez wszystkie dyżury na hali spotkam jeszcze wielu ludzi, część z nich sama garnie się do rozmowy, część w skupieniu oddaje się sortowaniu żywności. Zależy mi, by rozmowy toczyły się naturalnie, nie napadam na wolontariuszy z moimi pytaniami, część z przychodzących tu wygląda jak ludzie odpoczywający od zgiełku świata przy pozornie jednostajnej czynności. Z czasem zaczynam dzielić wolontariuszy na kilka grup: emerytów, którzy przychodzą tu by pomóc w poczuciu, że „są coś winni społeczeństwu i chcą się odwzajemnić” [to zresztą najczęstsza odpowiedź, jakiej mi udzielano na pytanie „dlaczego pan/pani to robi?] ale i nie spędzać samotnie wszystkich dni tylko być wśród ludzi; bezrobotnych, którzy są tu kierowani przez urzędy pracy, imigrantów z Azji, Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej, z którymi też zdarzyło mi się pracować przy jednym stole. Do tego dochodzą grupy korporacyjne, czyli Amazon, Tesla, Porsche itd.

W sobotę do kantyny idziemy osobno, ja idę pierwsza, bo i przyszłam wcześniej. Tym razem na obiad jest pizza, do kawy mamy ciastka z piekarni. Dziś wolontariusze nie płacą symbolicznego 1 euro za posiłek. Pani z obsługi mówi mi, że „w soboty wszystko jest inaczej”. I faktycznie jest.
Wracam na halę. Jestem sama, bo teraz wszyscy pozostali z mojej sekcji poszli na obiad. Podbiega do mnie Klaus wyraźnie zaniepokojony, że jako jedyna zostałam na hali. „Jadłaś obiad?” – pyta. „Tak, dziękuję, poszłam wcześniej” – odpowiadam. Klaus uspokojony, że nie padnę z głodu między marchwią a brukselką, znika za drzwiami kantyny.
Na hali często słychać język polski. To polscy elektrycy, pracownicy niemieckich firm. Kładą instalację elektryczną m.in. w pomieszczeniu gospodarczym, w którym jeszcze niedawno stały regały z obuwiem roboczym. Hala jest w ciągłym ruchu, przybywa nowych pomieszczeń. Fachowcy z Polski mają pełne ręce roboty.
Sobotni dyżur kończy się o 14. Idę na stację S-Bahn w towarzystwie Anny i Klausa. Przy wyjściu możemy zabrać do domu wianuszki z choinki, kwiaty lub słomianego łosia wypełnionego ziemią na kwiaty. Łosia zgodnie ignorujemy, wybieramy wianuszki. Z tym zabieraniem czegokolwiek z Tafel nie jest tak prosto. To sytuacje wyjątkowe. Nie wolno na przykład wziąć sortowanych owoców czy warzyw, za to w sobotę można zabrać pieczywo z wyznaczonej puli. I wolontariusze z tej możliwości korzystają. Zdarza się też i tak, że osoby zaangażowane w pomoc same tej pomocy potrzebują. W takim wypadku zazwyczaj kieruje się wolontariuszy do jednego z punktu wydawania jedzenia, czyli do Laib und Seele. Tam można wedle ściśle ustalonego porządku połączyć wolontariat z uzyskaniem wsparcia dla siebie i swoich bliskich. W okresie przed Bożym Narodzeniem berlińska Tafel dostała dodatkowe wsparcie 300 wolontariuszy tygodniowo pomagających pakować świąteczne paczki. Jak podkreśla rzeczniczka, Antje Trölsch, torby nie zawierają typowo świątecznych produktów, chodzi bardziej o to, by dać ludziom więcej żywności zwyczajowo wydawanej w punktach. Osoby bezdomne otrzymują torby z produktami, które nie wymagają podgrzania, łatwymi do spożycia w każdych warunkach.
250 gospodarstw domowych w kolejce po jedzenie
„Laib”, czyli „bochenek”, ale i „ciało” w znaczeniu „Laib Christi” („Ciało Chrystusa”), oraz „dusza”, czyli „Seele”. Te dwa słowa oznaczają punkty wydawania żywności, również tej sortowanej w hali Tafel. Dostaję się na jeden dzień do punktu Laib und Seele położonego najbliżej mojego tymczasowego miejsca zamieszkania, nieopodal parku Jungfernheide.
Latem ta okolica to wymarzone miejsce na spędzenie miejskich wakacji, w parku działa wtedy kąpielisko utrzymane w klimacie retro, przypominające kąpieliska mazurskie lat 80. Jest też i mini-zoo z kozami, kurami, królikami i resztą futerkowców, park wspinaczkowy i mnóstwo dość absurdalnych drewnianych rzeźb zwierząt. Zimą park pustoszeje, okolica szarzeje, mało kto tu przychodzi. Kilkaset metrów od Jungfernheide znajduje się Wspólnota Ewangelicka Charlottenburg-Nord, wchodząca wraz z katolickim kościołem Maria Regina Martyrum (Maryi Królowej Męczenników) w skład Ekumenicznego Ośrodka Pamięci Plötzensee, przy więzieniu o tej samej nazwie, w którym w latach 1939-1944 stracono blisko 3 tys. osób.

Na parterze budynku Wspólnoty Ewangelickiej w każdą środę od 13 do 14 wolontariusze wydają jedzenie potrzebującym. Przychodzę kilka godzin wcześniej by pomóc w sortowaniu żywności (tej, która nie pochodzi z hali Tafel) i porozmawiać z zespołem Laib und Seele. Kościół Charlottenburg-Nord to jeden z czterech punktów Laib und Seele w berlińskich wspólnotach. Punktem od blisko pięciu lat dowodzi Martina Höpfner. Wcześniej wraz z innymi wolontariuszami Martina Höpfner pomagała przy wydawaniu paczek żywnościowych w innej wspólnocie na terenie Berlina, do czasu aż zarząd Laib und Seele zaproponował utworzenie osobnego punktu na terenie parafii Charlottenburg-Nord. Tym sposobem Höpfner wraz z posługującą na miejscu panią pastor założyły tu dodatkowe miejsce wydawania żywności.
-Po pomoc do nas zwraca się do nas ok. 250 gospodarstw domowych. Nie jest tak, że liczba zgłaszających się jest wciąż taka sama, czasem jest to 100 osób, czasem 150. Musiałabym zajrzeć do statystyk, by dokładnie odpowiedzieć na to pytanie – mówi Martina Höpfner. Zapytana o to, kto przychodzi, mówi „wszyscy”. Są to zarówno osoby starsze otrzymujące już emerytury, jak i bezrobotni i korzystający ze wsparcia socjalnego w postaci różnych zasiłków.
Czy wśród tych ludzi zdarzają się również dzieci? Martina Höpfner odpowiada twierdząco. Tak, dzieci przychodzą ze swoimi rodzicami. – Od trzydziestu lat w okolicy żyje pewien bezdomny człowiek, wszyscy go tu znają, mieszkał w kontenerze przy ogródkach działkowych, potem ten kontener gdzieś przeniesiono. Od ośmiu tygodni człowiek ten się u nas nie pokazuje, jakby się zapadł pod ziemię. Każdego tygodnia otrzymywał od nas kawę, coś do jedzenia, ciepłe ubranie. Zawsze mówił, czego mu brakuje i wtedy to organizowaliśmy. Był częścią wspólnoty. Nie wiemy co się z nim dzieje – mówi Höpfner.
W jej zespole działa łącznie 30 osób, prawie wszyscy poza kilkoma wolontariuszkami, szefową punktu i jednym kierowcą są na emeryturze. Dlaczego się angażują? – Chcą coś dobrego oddać społeczeństwu. Dostatnio jak do tej pory przeszli przez życie i czują, że mogą i chcą pomagać – odpowiada Martina Höpfner. Pytam, jak to jest, że z jednej strony są emeryci, którzy angażują się w wolontariat, a z drugiej tacy, którzy stoją w kolejce po żywność. – Cóż, za mało wpłacali do emerytalnego kociołka lub wcześniej przeszli na emeryturę. Kiedyś było więcej dzieci, teraz jest coraz mniej, system działa słabiej. Część ludzi nie płaciła składek emerytalnych, a mimo to dostają świadczenia, co w sumie jest katastrofą, tak nie powinno być. A potem uzależniono wysokość emerytury od jakichś punktów, gdzie za każdy punkt naliczano 40 euro, to wszystko jest dość zawiłe. Mam nadzieję, że ja dostanę jeszcze w miarę rozsądne pieniądze na emeryturze. Jak rozmawiam z tymi najstarszymi emerytami, to mówią, że dobrze im się wiedzie, dostają godne pieniądze, ale ci, którzy teraz przestają pracować, dostają zdecydowanie mniej za tyle samo lat pracy – tłumaczy Martina Höpfner.

Co do produktów wydawanych w punkcie, z Tafel pochodzi niewielka część, większość to żywność zebrana przez zespół wyjazdowy. – Dostajemy wspaniałe rzeczy. Części z nich nawet nie znałam. Potem zespół na miejscu to wszystko sortuje i zdarza się, że „ekspozycja” wygląda u nas lepiej niż w niejednym sklepie spożywczym. Wolontariusze też są zadowoleni, że to tak ładnie wychodzi – mówi szefowa punktu.
Po chwili dodaje, że w Niemczech przybywa ludzi, których nie stać na zakup podstawowych, produktów żywnościowych. – Ja już nawet nie wspominam o życiu kulturalnym, o ubraniach, tylko o zwykłych, potrzebach. To nie jest politycznie właściwe – ocenia.
Reforma emerytalna dopinana na ostatni guzik przez koalicję rządową nie napawa Martiny Höpfner optymizmem. Uważa, że system emerytalny nie powinien funkcjonować w ten sposób, że ci, którzy nie płacą składek, nabywają te same prawa, co płacący. – To nie może tak działać i jest niesprawiedliwe – stwierdza.
Martina Höpfner pokazuje mi pokój socjalny, gdzie członkowie zespołu spotykają się na kawie, by omówić zadania na bieżący dzień i zaplanować kolejne kroki. Podczas oprowadzania po budynku, gospodyni tego miejsca wspomina czasy obostrzeń związanych z pandemią koronawirusa. Dla większości potrzebujących to był trudny okres, ludzie nagle zostali odcięci od punktów wydawania żywności. Wątek ten ciekawie opisuje w książce „Leben ganz unten. Perspektiven vom Rand der Gesellschaft”, Christopher Wimmer (pol. „Życie na dnie. Perspektywy z marginesu społeczeństwa „, wyd. Pappy Rosa, 2025). Wimmer, który miejscami krytycznie odnosi się do samej instytucji Tafel, sam przyznaje, że pandemia przewróciła do góry nogami życie ludzi zdanych na pomoc żywnościową, że nagle (w początkach) nie było skąd tego brakującego jedzenia wziąć. W wywiadach z tymi ludźmi, z których składa się jego książka, pojawia się zresztą nie tylko problem ubóstwa dodatkowo pogłębianego lock downem, ale i to, że na przykład przestawione na naukę zdalną dzieci z ubogich rodzin nieposiadające laptopów przez dłuższy czas były odcięte nie tylko od wsparcia żywnościowego, ale i od możliwości uczestniczenia w lekcjach. To jednak osobny temat, choć temat dzieci jeszcze się pojawi. Póki co wracamy do Laib und Seele i Martiny Höpfner.
– W czasie pandemii bardzo nam pomógł rozkład budynku, to, że mamy dwie pary drzwi, jednymi wpuszczałyśmy ludzi, a drugimi wychodzili. Po dwie – cztery osoby. I nigdy nie praktykowaliśmy tu wydawania gotowych paczek z żywnością, cały czas ludzie mogli sami sobie wybrać ze skrzynek, czego im potrzeba, z czego jesteśmy dumni – mówi Höpfner.
Po drodzy poznaję Alfreda, który spina działalność punktu administracyjnie, Martina Höpfner pokazuje dzisiejszy asortyment – pieczywo, owoce, warzywa, wędliny, w skrzynkach dostrzegam słynne mleko skondensowane z misiem w nazwie, dalej skrzynkę daktyli, dressingi do sałatek, zioła w doniczkach, zioła cięte i przyprawy. Jaki system wydawania panuje w Laib und Seele?
Każdy klient musi się zarejestrować, a potem kolejno podchodzi do stanowisk, mówi czego mu potrzeba i dostaje to, o ile jest na stanie. W skrzynkach nie wolno grzebać. I tego się tu pilnuje.
Staję za wspólnym stołem, w odróżnieniu od hali przy Beusselstrasse miejsca jest mało, wolontariuszki sortują towary, zakładam fartuch i biorę się do pracy. Większość kobiet pomaga tu od początku działalności punktu. Jedna opowiada, jak zaczęła swój wolontariat przed Świętami Bożego Narodzenia w czasie pandemii i że był to wyjątkowo trudny czas. Inna wspomina, że jak tylko przeszła na emeryturę, pomyślała, że ma jeszcze dużo sił i chce jakoś spożytkować tę energię. Jacy są ludzie przychodzący po żywność? Różni, zazwyczaj jednak wdzięczni za otrzymaną pomoc, grzeczni. I rozumieją, że jeżeli danego towaru jest mniej, to on jest dzielony. „Jak mam dużo ziemniaków, to wiadomo, że wydaję więcej, ale jak mam mniej, to muszę uważać, by nikt nie został z niczym, po prostu zmniejszam wtedy rację” – słyszę od jednej z pań. Do czasu aż przyjedzie kolejny transport żywności, zespół Laib und Seele może sobie pozwolić na krótką przerwę. Wszyscy idą do pokoju socjalnego na pierwszym piętrze, tam w termosach już czeka kawa i herbata, są też kanapki i skrzynka daktyli.
Wysiłek liczony w dziesiątkach miliardów euro rocznie
Rozmawiamy o pracy społecznej, zwłaszcza tej podejmowanej przez ludzi na emeryturze. Wspominam, że 1 grudnia prezydent Frank-Walter Steinmeier odznaczył 20 osób zasłużonych dla wolontariatu w Niemczech Orderem Zasług Republiki Federalnej Niemiec, jedna z pań kwituje „to niewielu odznaczył”. I trudno nie przyznać racji, kiedy pije się kawę z ok. dwudziestoma kobietami, które zamiast myć skrzynki i sortować zieleninę mogłyby teraz w domu oglądać serial w telewizji. Pytam, czy znają mnie więcej wartość ekonomiczną wykonywanej tu pracy. Pytanie nie jest czysto teoretyczne. Jak wynika z rachunku Federalnego Instytutu Badań Społecznych (Bundesinstitut für Bevölkerungsforschung, BIB), tylko w 2019 r. praca wykonana w Niemczech przez wolontariuszy osiągnęła wartość 32,3 mld euro, co odpowiada 1 proc. PKB Niemiec z tamtego okresu. Z tych 32,3 mld wyodrębniono orientacyjną wartość pracy osób starszych, którą oszacowano na 8,1 mld euro. Dane opublikowano dopiero w 2024, w biuletynie BIB.

Z jednej strony państwo profituje z tego, że wolontariusze biorą na siebie wiele obowiązków i dobrze, że są ludzie, którzy się tego podejmują dla dobra innych. Z drugiej strony, to przecież mogłyby być normalne, opłacane miejsca pracy, etaty. Państwo oszczędza zatem dużo pieniędzy – zauważa jedna z pań, ale o miliardach euro nikt tu nie słyszał.
Pytam co wolontariuszki sądzą o pomyśle Marcela Fratzschera, ekonomisty i prezesa Niemieckiego Instytutu Badań nad Gospodarką (DIW), który pod koniec sierpnia, u progu krewkiej debaty nad reformą emerytalną i „nową umową międzypokoleniową” zaproponowałby każdy niemiecki emeryt i każda niemiecka emerytka odbyli obowiązkowy rok pracy społecznej. Na Fratzschera rzuciły się wtedy praktycznie wszystkie największe związki reprezentujące emerytów, a jego propozycję nazywano „bezczelną” lub „bezwstydną”.
Krytycy tej idei podkreślali, że seniorzy stanowią jedną z najbardziej zaangażowanych w wolontariat grup wiekowych i narzucanie im dodatkowego zajęcia byłoby absurdem. W 2017 r. z raportu Federalnego Ministerstwa Rodziny, Seniorów, Kobiet i Dzieci poświęconemu kwestii wolontariatu osób starszych wynikało, że starsze roczniki ponadprzeciętnie często w stosunku do innych, decydują się na wolontariat. Choć oczywiście prawdą jest, że po 75 roku życia gotowość do wzięcia na siebie dodatkowych obowiązków, spada. W 2017 r. 45,2 proc. osób w wieku od 55 do 64 lat angażowało się społecznie, a wśród tych powyżej 75. roku życia odsetek ten wynosił 26,1 proc.
W najnowszym, opublikowanym w listopadzie 2025 r. raporcie rządowym (Der Deutsche Freiwilligensurvey (FWS)) padły już inne dane, ale wciąż wskazujące na widoczną aktywność starszych roczników. Wedle raportu społecznie angażuje się dziś ok. 36,7 proc. społeczeństwa niemieckiego powyżej 14 roku życia, odpowiada to 26,97 milionom ludzi. W grupie wiekowej 50-64 odsetek wolontariuszy wyniósł 37,6 procent, w grupie 65-74 lat było to 36,9 procent a wśród seniorów powyżej 75 roku życia 21,1 procent. Dane te wskazują, że średnio co trzeci niemiecki emeryt włącza się w jakieś prace na zasadach wolontariatu. To może być zarówno udzielanie darmowych korepetycji, jak i wsparcie ochotniczej straży pożarnej, wydawanie żywności ubogim, zaangażowanie w charytatywne dzieła Kościoła.
Pytanie, czy trzeba tym ludziom dodatkowo narzucać obowiązkowy rok społeczny, wywołało oburzenie. Sama idea, by zapędzać „do roboty” emerytów irytowała większość z nich nie mniej niż lata temu deklaracja Jensa Spahna, że będzie w stanie świetnie przeżyć miesiąc z zasiłku dla bezrobotnych. Tego typu deklaracje, zwłaszcza niespełnione mogą ciążyć latami.
Żadna z kobiet przy stole nie pochwaliła pomysłu jednego z czołowych ekonomistów kraju. Panuje ogólna zgoda co do tego, że „ludzie różnie się starzeją i nie każdy miał przywilej wykonywania lekkiej, nieobciążającej fizycznie pracy” poza tym „narzucanie wolontariatu pozbawia go pierwotnego sensu”.
Koniec przerwy, schodzimy na parter.
Niedługo drzwi się otworzą i przyjdą pierwsi goście. Zamieniam kilka słów z panem, który jest tu we wspólnocie dozorcą i pomaga wolontariuszkom przy cięższych towarach. Uśmiecha się i żartuje: „Ale proszę pisać o nas tylko pozytywnie”, Martina Höpfner też się uśmiecha i wyciąga swój telefon, pokazuje zapisaną w galerii kartkę urodzinową skomponowaną dla wolontariuszy. Widać na niej zdjęcie jabłek i mandarynek oraz słowa z I listu św. Pawła do Tesaloniczan (5:21): „Wszystko badajcie, a co szlachetne, zachowujcie”. Tak działają, to ich motto. I tego życzą sobie urodzinowo.
Nie chcę krępować moją obecnością ludzi, którzy już niecierpliwią się, by wejść do środka, to trochę tak jak z tym jedzeniem zupy u Franciszkanów w blasku fleszy. Nie każdy ma na to ochotę. I trzeba to uszanować.
2 euro od osoby, dzieci nie płacą; Sama benzyna to 150 euro tygodniowo
Zanim jednak na dobre pożegnam się z zespołem Laib und Seele, zamienię jeszcze kilka słów z panem Albertem. Interesują mnie kryteria, wedle których rozstrzyga się, kto jest uprawniony do otrzymania pomocy żywnościowej. O ile w jadłodajni na Pankow Bernd Backhaus nie stoi z kajetem i nie sprawdza papierków, tu jest inaczej.
Po pierwsze, uprawnieni do pomocy są ludzie mieszkający w pobliżu, pierwszym kryterium jest więc kod pocztowy. Poza tym należy udowodnić, że jest się np. emerytem lub rencistą, którego świadczenia są tak niskie, że państwo wypłaca mu lub jej dodatkowo tzw. Grundsicherung, kwotę, która ma pomóc się utrzymać, ewentualnie Wohngeld, pieniądze przeznaczone na opłacenie mieszkania. Laib und Seele prowadzi tabelki, w których wpisuje, ile osób korzystających z pomocy punktu pobiera jakie zasiłki, czy w danym gospodarstwie domowym są dzieci, czy ktoś jest na emeryturze, czy pobiera zasiłek dla bezrobotnych. Jeżeli kryteria, nazwijmy to „niezamożności”, zostaną spełnione, można się ustawić w kolejce do punktu.
Mój rozmówca sprawdza z listą przy wejściu, czy osoby, które przychodzą, już na niej są, goście dostają następnie karteczki z informacją, ile osób z gospodarstwa domowego reprezentują. Każda osoba dorosła płaci za żywność 2 euro, dzieci są zwolnione z tej opłaty, przynajmniej u nas. Zaczynaliśmy od 1 euro, ale po trzech latach stwierdziliśmy, że koszty utrzymania punktu tak drastycznie wzrosły, że musimy zwiększyć tę kwotę do 2 euro. Sama benzyna kosztuje tygodniowo 150 euro, jakoś te skrzynki z jedzeniem trzeba przecież przetransportować. Jeżeli chodzi o benzynę, startowaliśmy z poziomu 90 euro, teraz jest to 60 euro więcej. Trzeba do tego jeszcze doliczyć koszt artykułów higienicznych, prądu, światła. Chodzą lodówki, one zjadają sporo prądu, nie jesteśmy w stanie chłodzić już żywności w takich podręcznych – tłumaczy pan Albert. Pytam, czy państwo w jakikolwiek sposób współfinansuje działania Laib und Seele. – Absolutnie nie, powiem więcej, senat [Berlina -red], albo urzędy wysyłają do nas ludzi narzekających na brak pieniędzy, radzą im by „poszli do Tafel, a tam im pomogą”. Państwo jest tym samym przez nas odciążane, ale nie dokłada się do tego, co tu robimy – dodaje. Podobnie jak wcześniej wolontariuszki, pan Albert zapytany o pomysł z obowiązkowym rokiem społecznym dla emerytów, nie jest nim zachwycony. – Jeżeli ktoś w wieku emerytalnym czuje się jeszcze na tyle silnym, by to zrobić, to nie ma problemu, ale dla tych, którzy całe życie pracowali fizycznie, będzie to nie do przeskoczenia. Ciało ma swoje ograniczenia – kończy.

Kiedy opuszczam budynek, przed wejściem stoi już kilkadziesiąt osób. Kilka z nich widziałam z samego rana, przyszli więc kilka godzin wcześniej, by zająć kolejkę. W drodze powrotnej zaglądam do sklepu klasztornego kościoła Maryi Królowej Męczenników. Obracam w palcach 2 euro, tyle wynosi kilkanaście metrów dalej koszt żywności, która komuś z tej okolicy pozwoli przeżyć cały tydzień. Aż do następnego otwarcia punktu. Za 2 euro mogę kupić w sklepiku dwie żółte świeczki z wosku, takie tradycyjne, na choinkę. Za porządną kartę Bożonarodzeniową z motywem malarskim trzeba tu wydać 2,60 euro. Porównywanie tych dwóch światów, tych dwóch wymiarów, w jakich może się toczyć ludzkie życie pod tym samym kodem pocztowy, razi, świat jest bardziej złożony. Więc nie porównuję. Tego dnia zostawiam w sklepiku ok. 20 euro i idę dalej. Tym razem nie do Tafel, ale na rozmowę z socjologiem, który nie tyle poparł ideę obowiązkowego roku społecznego dla seniorów, ile zaproponował inną jego wersję m.in. w armii.
Prof. Hurrelmann: Moja propozycja dla emerytów nie ma nic wspólnego z wolontariatem
Prof. Klaus Hurrelmann zajmuje się naukowo edukacją, zdrowiem publicznym i zmianami pokoleniowymi. W Niemczech jest uznawany za autorytet zwłaszcza na polu badań nad wyzwaniami stojącymi przed młodą generacją. Od 2009 r. Hurrelmann pracuje na Hertie School w Berlinie, wcześniej przez wiele lat był związany z Uniwersytetem w Bielefeld. Zdaniem socjologa w Niemczech brakuje „dialogu międzypokoleniowego”, a ciężary związane ze skutkami kryzysów ostatnich lat (m.in. pandemii i wojny na Ukrainie) obciążają i będą obciążać jeszcze latami, młodych, co zdaniem naukowca jest niesprawiedliwe i wymaga działań ze strony państwa.
I tak jak prezes DIW, proponował obowiązkowy rok pracy społecznej dla seniorów, tak Hurrelmann wystąpił z propozycją roku dodatkowej pracy dla emerytów, ale w konkretnych okolicznościach, a mianowicie – w wypadku wojny lub klęski żywiołowej. – Przecież w sytuacji kryzysowej będziemy potrzebować dużej liczby przeszkolonych ludzi, również seniorów, o tym jest ta debata. Jeżeli w społeczeństwie większość popiera odwieszenie powszechnego poboru do wojska, który będzie dotyczył młodych ludzi, głównie mężczyzn, to uważam za niesprawiedliwość, że kwestia ta ma dotyczyć wyłącznie ich – tłumaczy prof. Hurrelmann. Zdaniem naukowca narzucanie przede wszystkim młodym dodatkowych zobowiązań związanych z wariantem wojennym czy kryzysowym jest niewłaściwe.
– Jestem za rozwiązaniem, które uwzględni w pierwszym rzucie również ludzi nieaktywnych zawodowo, których nie powinno się wyrzucać poza nawias ewentualnej obrony kraju czy pomocy w wypadku katastrof. Oczywiście powinno się to odbywać za ich zgodą. To może być rok w armii lub w służbie cywilnej i zawsze z uwzględnieniem sytuacji zdrowotnej i społecznej. Moja propozycja nie ma przy tym nic wspólnego z wolontariatem. Choć patrząc z drugiej strony, to oczywiste, że jeżeli również starsze generacje zostaną zobligowane do służby wojskowej lub cywilnej, to starsi wolontariusze, których pani poznała, nie będą już działali w ramach wolontariatu, ale służby, za co zostaną wynagrodzeni finansowo, ponieważ obowiązkowa służba wymaga zapłaty ze strony państwa – tłumaczy prof. Hurrelmann.

A jak naukowiec odnosi się do propozycji Marcela Fratzschera, by wszystkich seniorów objąć obowiązkowym rokiem pracy społecznej? Hurrelmann przyznaje, że sam pomysł prezesa DIW jest wart zastanowienia, ale jego wdrożenie miałoby szansę wyłącznie przy szerokim poparciu społecznym. – – Moja propozycja dotyczy sytuacji wyjątkowych, na które należy być z wyprzedzeniem przygotowanym i wynika ona z przekonania, że należy rozkładać ciężar pewnych zobowiązań na barki wszystkich. Jeżeli dopuszczamy sytuację, w której młodzi ludzie dopiero stawiający często pierwsze kroki w życiu zawodowym są zobowiązani do spędzenia roku na szkoleniu wojskowym, to pytanie, dlaczego pomijamy w tym tych, którzy już mają doświadczenie, ale nie są aktywni zawodowo – podsumowuje mój rozmówca.
Tłuste lata minęły
Z jednej strony Niemcy mają więc seniorów, którzy jeszcze załapali się na dobre emerytury, tych z niższym uposażeniem i tych albo zagrożonych ubóstwem, albo już stojących w kolejce po pomoc. Trzy grupy. Ci z pierwszej grupy zazwyczaj mają jeszcze znaczne oszczędności i chętnie angażują się społecznie, ci z drugiej coraz częściej dorabiają do emerytury, a tych trzecich, bez widoków na dodatkowe zatrudnienie, zdanych na zasiłki socjalne z roku na rok przybywa. W 2024 r. takich osób było 3,744 miliona, to ponad 100 tys. więcej niż rok wcześniej i 328 tys. więcej niż w 2022 roku – wynika z danych Federalnego Urzędu Statystycznego z końca 2025 r. udostępnionych na wniosek Sojuszu Sahry Wagenknecht (BSW).
Z drugiej strony Niemcy odczuwają coraz dotkliwiej skutki demograficznej zapaści, umowa społeczna, na której opiera się ich system emerytalny, jest bliska zapaści, odejście na emeryturę pokolenia boomu demograficznego zostawia wyrwę na rynku pracy i generuje dodatkowe koszty dla reszty, która zarabia coraz mniej przy galopującym wzroście kosztów utrzymania. Zapomnijmy na chwilę o ustawowej płacy minimalnej, o deklarowanych ulgach na prąd etc., Niemcy nie są już tym państwem, które pamiętamy z lat 80., 90., początku lat 2000. A ubóstwem nie jest wyłącznie zagrożonych ponad 21 proc. emerytów, czy generalnie osób starszych, ale i 30,3 proc. młodych ludzi między 18 a 25 rokiem życia. To są często młodzi, którzy dziedziczą biedę i którzy zdają sobie sprawę z tego, że emerytury nie zobaczą. A jeżeli będą mieli to szczęście, to na pewno nie wyniesie ona 48 proc. ich płacy, jak to było do tej pory i jak to ma się dzięki dosypaniu miliardów do budżetu, utrzymać do 2031 roku.
Stąd ten narastający konflikt pokoleń przybierający na mocy z każdym kolejnym tąpnięciem jednego czy drugiego kryzysu. Jeżeli zatrudniony na etacie 47-letni Niemiec opowiada, że nie stać go na codzienną kąpiel, bo wedle jego wyliczeń jest to luksus kosztujący każdorazowo ok. 4 euro (przy elektrycznym podgrzewaniu wody do temperatury 38 stopni) i że taniej go wychodzi karnet na siłownię, gdzie może wziąć prysznic, to z jednej strony opadają mi ręce, a z drugiej zaczynam rozumieć – nie na podstawie statystyk, ale świadectw zwykłych ludzi – dlaczego coraz więcej Niemców chce zmian. Chce zwrotu nie o 20, nie o 30 stopni w lewo, czy w prawo, ale o całe 180.

Po wojnie Niemcy Zachodnie przyjęły demokrację z całym pakietem ekonomicznego wzrostu. W świetnie napisanej, barwnej opowieści Haralda Jähnera o latach założycielskich RFN („Wunderland; Die Gründerzeit der Bundesrepublik 1955–1967, Rowohlt Berlin, 2025), autor pokazuje tamte Niemcy jako kraj olbrzymich możliwości, rozkwitu, zachwytu najnowszą techniką, która bezpowrotnie zmieniła zachodnioniemiecką codzienność, czyniąc ją jednym, wielkim sklepem z cukierkami. Takim, który przez szybę mogli sobie oglądać ludzie zza żelaznej kurtyny, chociażby. W tej opowieści są Gastarbeiterzy przewrotnie wymienieni jednym tchem obok „węgla i ropy” jako „składniki udanego cudu gospodarczego”, którzy z czasem stają się utrapieniem, a potem „współobywatelami”.
Jest w tej książce i historia „małego człowieczka”, który im dalej od lat 50., tym wyraźniej przepoczwarza się w reprezentanta nowej klasy średniej zamawiającego najnowszą modę z katalogów wysyłkowych, wręczający małżonce najpiękniejszy model odkurzacza, spędzający czas przed telewizorem i będący obiektem kpin klasy wyższej, tej z dziada pradziada zakrzepłej na swojej pozycji a teraz zniesmaczonej, że dozorca może pozwolić sobie na lepszy garnitur.
Jähner odrysował obraz społeczeństwa w fazie absolutnego rozkwitu, z obietnicą wzrostu dla każdego, nie na wzór amerykański, ale zakładający, że państwo ma gwarantować każdemu pakiecik z dobrobytem, z porządnym autem, z przyczepą campingową, z regularną wizytą u fryzjera i kosmetyczki. Te Niemcy, z takim pazurem i ironią opisane przez Jähnera, dla dzisiejszych mieszkańców Berlina, Hamburga czy Moguncji są wspomnieniem dobrych lat, które już się nie powtórzą. Czar prysł. Zostały codzienne lęki i poczucie, że nie dobije się do poziomu życia swoich rodziców czy dziadków. I że nie wystarczy być pracowitym, czy dobrze wykształconym, by zawojować świat. A potrzeby i aspiracje rosną. Nikt ich nie jest w stanie wyhamować. To dlatego wielu młodych, jeszcze zanim zdobędzie fach, jakiekolwiek wykształcenie, zaciąga długi konsumpcyjne, korzystając z internetowych opcji „kup dziś, zapłać kiedyś”. Marzenia nie nadążają za portfelem. I Niemcy nie są tu wyjątkiem.
Deskorolka za 40 punktów i pierwszy tort urodzinowy w życiu
Elena Manzel wita mnie w drzwiach willi przy Romanshorner Weg 113, położonej w dzielnicy Reinickendorf w sąsiedztwie modernistycznego, wybudowanego w początkach lat 30. XX „Białego miasteczka”. Elena jest kierowniczką tutejszego domu dla dzieci i młodzieży należącego do chrześcijańskiej fundacji Arche (pl. Arka).
Historia Arki zaczęła się w 1995 r., w Berlinie, czyli mniej więcej w podobnym czasie, co historia Tafel i franciszkańskiej jadłodajni na Pankow. Założycielem Arki jest ewangelicki pastor Bernd Siggelkow, który z chwilą objęcia wspólnoty na berlińskim Hellersdorfie zauważył sporo ubogich rodzin, którym postanowił jakoś wyjść naprzeciw. Tak narodziła się Arka.
Obchodząca niedawno swoje 30 urodziny organizacja wciąż opiekuje się dziećmi i młodzieżą z ubogich rodzin, często imigranckich, zapewniając im pomoc w odrabianiu lekcji, wycieczki, ciepłe posiłki i uwagę opiekunów. Arkowe świetlice działają w wielu niemieckich miastach, jest też ośrodek w Szwajcarii. I jeden dom w Warszawie, działający od maja 2014 r. pod nazwą „Arka Fundacja Dzieci Lukasa Podolskiego”. W warszawskiej Arce wsparcie jest skierowane głównie do dzieci z Pragi Północ.
Wracamy na Reinickendorf. Dom, którym kieruje Elena Manzel działa w tym miejscu od 2013 r. Z ciepłych posiłków i możliwości spędzenia wolnego czasu w ośrodku korzystają zarówno dzieci (od 6 roku życia), jak i młodzież, która z niecierpliwością czeka na koniec remontu poddasza, tak by można je było zaadaptować na potrzeby właśnie tej grupy. Jednopiętrowa willa znajduje się w rejestrze ochrony zabytków, więc wszystko trwa dłużej, ale zdaniem Eleny Menzel, remont potrwa najwyżej 2 lata.

Dziennie przez dom przewija się od 40 do 70 dzieci i nastolatków. Na parterze znajduje się duża sala zabaw ze stołem do ping-ponga, pomieszczenia biurowe, jadalnia i kuchnia. Z parteru można wyjść na taras i ogród, a z drugiej strony domu jest podwórko z placem zabaw. Dzięki sponsorom z Fundacji RTL, na wiosnę będzie tam trawa. Może nawet prawdziwa murawa. Fundacja od lat wspiera dzieła Arche, o czym informuje już baner na ogrodzeniu willi.
Na pierwszym piętrze dzieci mają do dyspozycji salę do odrabiania lekcji, pokój do zajęć plastycznych. Kiedy Elena pokazuje mi kolejne pomieszczenia, w domu jest już kilkoro dzieci i kilka wolontariuszek. W okresie przedświątecznym jest jeszcze więcej pracy niż zazwyczaj. Elena planuje dwa spotkania Bożonarodzeniowe tu na miejscu, jedno dla młodszych dzieci, drugie dla młodzieży.

– Czeka na to ok. 80 dzieciaków i od 50 do 60 nastolatków. Wszystko, co tu widzisz, będzie świątecznie udekorowane. Papierowe płatki śniegu zwisające z sufitu, gałązki świerkowe, urządzamy tu taki nasz domowy jarmark bożonarodzeniowy z grami, słodyczami, różnymi atrakcjami. Na koniec są prezenty, nie tylko dla dzieci, które regularnie do nas przychodzą, ale i dla ich młodszego rodzeństwa w domu. Raz przychodzi św. Mikołaj, innym razem, same rozdajemy paczuszki. Wiele zależy od tego, czy mamy ochotnika skłonnego przebrać się za świętego Mikołaja. A w wigilię organizujemy spotkanie w restauracji Hofbräuhaus, w którym biorą udział całe rodziny, w tym roku zgłosiło się już ok. 11 dużych rodzin-opowiada Elena Manzel.
W kuchni na parterze podgrzewa się zazwyczaj posiłki dostarczane z domu na Hellersdorfie, każdego dnia dzieci mogą liczyć na ciepły obiad, na owoce, napoje i coś słodkiego. Raz w tygodniu podopieczni i wolontariusze gotują wspólnie, więc tego dnia jest dodatkowa kolacja na ciepło.
Wchodzimy do jadalni. Jedna z wolontariuszek, Martina właśnie dekoruje duży stół. – Raz są to świeże kwiaty, raz coś świątecznego, staramy się o domową atmosferę, w zwyczajnym domu nie ma sterylności i u nas też nie ma, ma być miło – mówi Elena.
W jadalni poznaję Petrę, wolontariuszkę, która prowadzi zajęcia sportowe dla dziewczynek i raz w roku biegnie w kobiecym maratonie. Petra w razie potrzeby przewozi też dary dla Arki, bierze dyżury w kuchni. Wolontariuszki przychodzą do Arki dwa, czasem trzy razy w tygodniu. Obie panie są na emeryturze, Petra pomaga na miejscu od kwietnia 2023 r., Martina od blisko 13 lat i jest w Arce najdłużej. Pomaga dzieciom w odrabianiu lekcji i piecze ciasta. Czasem nawet torty. Kiedy któreś z dzieci ma urodziny, wszyscy świętują. A bywa, że jest to czyjś pierwszy tort urodzinowy w życiu i pierwszy prezent urodzinowy.
Czasem dzieje się to na skutek ubóstwa, czasem po prostu w domu nie ma zwyczaju pamiętania o takich małych uroczystościach. Bywa, że w biednej rodzinie robi się wszystko by zapewnić dzieciom to, czego potrzebują, a w innej rodzice nie wiedzą, jak radzić sobie z istniejącymi ograniczeniami. Jak samemu jest się w dołku, to trudno zadbać o innych, to nie jest kwestia złych intencji tylko pewnej niemożności, albo nieświadomości, że np. urodziny są dla dziecka ważne, bo samemu w dzieciństwie nie doświadczyło się pewnych sytuacji. Dlatego tu na miejscu organizujemy małe przyjęcia urodzinowe z prezentami, słodyczami, tortem – mówi Elena.
Nie chodzi o wielkie prezenty, to może być drobiazg, ale mówiący, że dziecko jest ważne – dodaje Martina. Petra zaś podkreśla, jak ważny dla budowania poczucia własnej wartości dzieci, może być sport. – Dziewczynki ze mną biegają, z każdym dłuższym dystansem są coraz bardziej zadowolone ze swoich osiągnięć. W przyszłym roku część z nich pobiegnie ze mną w biegu na pięć kilometrów. Kilka ma ten dystans za sobą, próbują swoich sił w lekkoatletyce, w klubie sportowym. Więc owoce są – dodaje.
Wchodzimy na pierwsze piętro. Znajduje się tu duża salka do odrabiania lekcji.

To królestwo naszej wolontariuszki Marii, która od poniedziałku do czwartku pomaga dzieciom w nauce. Nauka jest najważniejsza. Wiele dzieci nauczyło się u nas płynnie czytać, a potem mówić, co nie jest takie oczywiste, ponieważ zdarzają się dzieci, które co dopiero przyjechały z innego państwa i nie mówią ani słowa po niemiecku. Na szczęście dzieciaki szybko łapią i mają silną motywację, bo chcą rozmawiać z innymi, bawić się.
Bywa, że rodzice nie mówią po niemiecku, lub mówią słabo, w takiej sytuacji trudno by pomagali dzieciom w odrabianiu lekcji i my to rozumiemy. Takie dzieci mogą liczyć na wsparcie naszej Marii, która cierpliwie wszystko tłumaczy – opowiada Elena.
W salce przeznaczonej do nauki jest jeszcze pusto, ale niebawem wypełni się ona gwarem, bo dzieci wrócą ze szkoły. Wszędzie stoją krzesła, część to nowy sprzęt zakupiony przez sponsorów, salka jest w trakcie przemeblowania. Co do samej nauki, Arka wypracowała system punktów przyznawanych dzieciom za ich osiągnięcia, za to, że na przykład nauczyły się czegoś ponad program. Zebrane punkty można zamienić na fanty wystawione na regale w salce. Ten regał wygląda jak wystawa sklepu z zabawkami. Za 10 punktów można „kupić” gumowego dinozaura, mały zestaw klocków, na deskorolkę trzeba solidnie oszczędzać, bo jest warta całe 40 punktów. Instrukcja zawieszona nad biurkiem Marii informuje, że „nie wolno robić punktowych długów ani odstępować swoich punktów innym, a rezerwacja danej zabawki jest możliwa, ale tylko, gdy do jej zakupu brakuje 5 punktów. System działa, motywuje do nauki i przy okazji uczy dzieci oszczędzania.
Na pierwszym piętrze poza pokojem do nauki jest jeszcze sala dla nastolatków, z kanapami i poduszkami, urządzona jak przytulny pokój, w którym można odpocząć, poczytać książkę, porozmawiać z rówieśnikami albo skorzystać ze smartfonu. Tylko tu wolno ich używać, poza tym salonikiem są zakazane.
Dalej jest pokój do gry w Play Station i salka do zabawy dla młodszych dzieci, taki w którym mogą spożytkować nadmiar energii i do woli się wyskakać. Dalej znajduje się pracownia plastyczna i muzyczna. W obu czekają już nauczycielki. W pracowni muzycznej umieszczono keyboard, perkusję, bębny, gitary i wiele innych instrumentów. Dzieciaki aktualnie uczą się grać utwór „Snowman”, będzie w sam raz na imprezę świąteczną. W korytarzu wiszą kolaże zdjęć z wycieczek, obozów letnich, wypadów na musical, na niektórych widać arkowego psa.

Kiedy schodzimy na dół, Elena wspomina czas pandemii. Ze względu na obostrzenia, wspólne odrabianie lekcji przeniosło się wtedy przed ekran komputera, a posiłki rozwożono po rodzinach. Do tego dochodziły paczki żywnościowe, które najgorzej sytuowane rodziny otrzymują do dziś. Dla Eleny i wolontariuszy ta niecodzienna sytuacja była okazją do poznania rodzin, do sprawdzenia jak sobie radzą. Większość rodzin ma mieszkania, ale dwoje podopiecznych Arki to formalnie dzieci bezdomne, takie, których rodzice dostali miejsce w schroniskach. Bezdomność dzieci to przykry temat, ale realnie w Niemczech istniejący. Podobnie jak problem dzieci niedożywionych. Elena cieszy się, że może pomagać, że pracuje na rzecz Arki. Jak skończy się remont poddasza, willa pomieści jeszcze więcej dzieci. Kiedy wychodzę, mały chłopiec odpina ze ściany drewniany spinacz do bielizny opatrzony jego imieniem. Tu każdy ma swój spinacz. Przypina się go do kubka z herbatą, by każdy odnalazł swój. Dom zapełnia się dziećmi. Za chwilę wolontariuszki wydadzą pierwsze talerze z obiadem. Zwykły dzień w Arce na Reinickendorfie.
Olga Doleśniak-Harczuk
Artykuł powstał dzięki stypendium Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej.
Dziękuję wszystkim bohaterom tego artykułu za umożliwienie mi wglądu w ich pracę. Szczególne podziękowania dla: Laib und Seele Charlottenburg-Nord, Franziskanerkloster Suppenküche Pankow, Arche Reinickendorf.
Helene z Berliner Tafel należą się solidne podziękowania za szybkie przyjęcie do grona wolontariuszy.
Imiona większości wolontariuszy Berliner Tafel zostały zmienione i są do wiadomości redakcji. Pozostałe imiona i nazwiska pozostały bez zmian.



