Wschód Niemiec robi rewolucję, a Zachód o niej opowiada zostawiając rewolucjonistów pod drzwiami – prof. Dirk Oschmann w rozmowie z Berlińskim Tyglem

W artykule:

  • 12:16 min


Wymiana elit w 1990 r. była koniecznością, ale z biegiem lat doszło do powstania trwałej asymetrii, ponieważ elity zachodnioniemieckie zawsze czerpią narybek ze swoich kręgów, co sprawia, że tylko nieliczni Niemcy wschodni dostają szansę na awans. Jest to już pewna stała, która na wschodzie kraju wzbudza poczucie braku równouprawnionej partycypacji w życiu społecznym – mówi autor bestsellerowej książki „Jak niemiecki Zachód wymyślił swój Wschód”.

Olga Doleśniak-Harczuk: Przygotowując się do tej rozmowy, przejrzałam archiwalne nagrania z lat 90., pokazujące Niemcy w świeżej fazie zjednoczenia. Jest takie nagranie z 1991 r. z Helmutem Kohlem, który podczas swojej wizyty w Halle zbliża się barierek, za którymi stoją wschodni Niemcy, pracownicy likwidowanej fabryki. Kohl był przekonany, że ludzie ci chcą mu uścisnąć dłoń, podszedł do barierek i ku swojemu zdumieniu …został obrzucony pomidorami i jajkami. Obrazek ten wpisał się w narrację o „Niewdzięcznym Wschodzie”. Czy 35 lat od zjednoczenia Niemiec ta narracja jest nadal obecna w wewnątrzniemieckiej debacie?

Tylko w latach 1989-1994 na zachód Niemiec wyjechało ok. 4 mln pracowników ze wschodnich landów

Prof. Dirk Oschmann: Opowieść o „Niewdzięczności Wschodu” jest wciąż żywa. To prawda, że na Wschód z Zachodu popłynął strumień pieniędzy, ja bym jednak podkreślił, że i tak ostatecznie większość z tych środków wyszła na dobre Zachodowi, wróciła bowiem jako zwrot z inwestycji i odbudowy [obszarów byłej NRD- red.]. Jeżeli chcielibyśmy wystawiać sobie wzajemnie rachunki, to pamiętajmy, że historia nie zaczęła się w 1990 r. tylko w 1933 r. z chwilą dojścia do władzy Hitlera i narodowych socjalistów. NRD, w przeciwieństwie do Republiki Federalnej Niemiec, była karana znacznie surowiej za zbrodnie III Rzeszy i Holokaustu. Szacuje się, że wschodnie Niemcy zapłaciły nawet 130 razy więcej w przeliczeniu na mieszkańca, w ramach reparacji na rzecz Związku Radzieckiego. W tym czasie Zachód dostał plan Marshalla, reedukację i umorzenie długów przez USA. Akceptacja demokracji przebiegała więc w miarę wzbogacania się społeczeństwa. Przecież Republika Federalna Niemiec dopiero w latach 90. została pociągnięta po raz pierwszy do odpowiedzialności finansowej za zbrodnie III Rzeszy. Jest to coś, co należy uwzględnić w kalkulacji. Wschód został w przeciwieństwie do Zachodu wyhamowany przez Stalina i Związek Sowiecki. A to oznacza, że naliczanie historycznego rachunku zaczęło się znacznie wcześniej. Poza tym warto przypomnieć, że miliony wschodnich Niemców wyprowadziło się już po zjednoczeniu na zachód przyczyniając się tym samym do wzrostu zachodnioniemieckiego PKB. Tylko w latach 1989-1994 na zachód Niemiec wyjechało ok. 4 mln pracowników ze wschodnich landów. Sprawa jest zatem bardziej skomplikowana niż się wydaje, ale narracja o „Niewdzięcznym Wschodzie” jak była, tak jest.

ODH:Tegoroczne obchody 35 rocznicy upadku muru berlińskiego odbywały się w Saarbrücken. Mowę wygłosił kanclerz Niemiec, Friedrich Merz, premier landu Anke Rehlinger i gość honorowy – prezydent Francji, Emmanuel Macron. Pojawiły się głosy krytyki, że organizatorzy nie zaprosili żadnego mówcy ze wschodu, portal dziennika Nordkurier pisał wprost o „policzku wymierzonym wschodnim Niemcom”. Rozumie pan to oburzenie?

Ci ze Wschodu robili rewolucję, a ci z Zachodu zawłaszczyli dla siebie przemówienia; Jest to forma kolonializmu

DO: To ogromny problem, że na te uroczystości nie zaproszono żadnego mówcy ze wschodu Niemiec lub Europy Wschodniej. Można było przecież zaprosić kogoś z Polski, Czech czy Węgier. Brak przedstawiciela wschodu skrytykowała też Angela Merkel. Z mojej perspektywy to wręcz groteskowe. Nie chodzi o pana Macrona. To wspaniale, że pan Macron przemówił i to w dodatku po niemiecku. Uroczystości miały miejsce w Saarbrücken, blisko granicy z Francją, więc obecność Macrona była w sumie czymś naturalnym. Powinien jednak tam być ktoś reprezentujący wschód Niemiec, ponieważ to wschodni Niemcy zrobili rewolucję. To dzięki nim doszło przecież do ponownego zjednoczenia Niemiec, a teraz wygląda to tak, że ci ze Wschodu robili rewolucję, a ci z Zachodu zawłaszczyli dla siebie przemówienia. Jest to forma kolonializmu i należy ją nazywać po imieniu. Wschód robi rewolucję, a Zachód o niej opowiada zostawiając jednocześnie rewolucjonistów pod drzwiami. Ta sytuacja pokazała jak niewielki udział w niemieckim społeczeństwie mają mieszkańcy Wschodu, jak dalece są wykluczani z funkcji reprezentacyjnych, jak nikły mają wpływ na kształtowanie demokracji. Uznaje to za wysoce problematyczne.

ODH: Jak pan wytłumaczy tę decyzję organizatorów?

DO: Ta decyzja była pokłosiem ślepoty, ignorancji i kompletnego braku zrozumienia powagi sytuacji. Był to afront, który wyklucza Niemców wschodnich z demokracji, na poziomie nie tylko symbolicznym, ale i rzeczywistym. Ludzie lubią mówić o zjednoczeniu i więzi społecznej, ale to, co się wydarzyło [w Saarbrücken-red.] niweczy wszelkie próby utrzymania tej więzi i wpisuje się w permanentne wykluczanie Ostów.

Wymiana elit w 1990 r. była konieczna

ODH: W najnowszym Raporcie Pełnomocniczki ds. Wschodu, który w najbliższy piątek zostanie przedstawiony w Bundestagu, opublikowano tabelkę ilustrującą udział Niemców ze wschodu w elitach kraju i ich odsetek na kluczowych pozycjach w zawodach zaufania publicznego. Z raportu wynika, że w ubiegłym roku 0,0 proc. wschodnich Niemców piastowało takie stanowiska w armii i w gospodarce, w kulturze – 6,8 proc., w nauce – 8,9 proc, w administracji publicznej – 12,7 proc., w wymiarze sprawiedliwości – 14,7 proc, najwięcej w polityce – 21,4 proc. Przed dwoma tygodniami odbyła się Konferencja Premierów Landów Wschodnich, gdzie apelowano do Friedricha Merza np. o to by landy wschodnie mogły partycypować w produkcji na potrzebę wojska, czyli by na wschodzie również powstawały fabryki koncernów zbrojeniowych, które zyskają na znacznym zwiększeniu budżetu obronnego. Czyli wschód chce zwiększenia swojego udziału w tym administracyjno-produkcyjnym, niemieckim torcie, ale ponad trzy dekady od transformacji wciąż jest w tyle za „starymi landami” – taka jest rzeczywistość pod warstwą zjednoczeniowego lukru?

DO: Opisywałem zjawisko niedostatecznej reprezentacji Niemców wschodnich na kluczowych stanowiskach w gospodarce, administracji etc. w mojej książce i uznaję je za jedno z najistotniejszych w kontekście udziału Ostów w życiu społecznym zjednoczonych Niemiec. Istnieją ciekawe badania dotykające tej materii, np. te przeprowadzone przez lipskiego socjologa, Larsa Vogla, który doszedł do wniosku, że możliwość awansu Niemców Wschodnich na kluczowe pozycje jest minimalna. Oczywiście zjawisko to jest związane z wymianą elit po roku 1990. Ta wymiana była zresztą konieczna w wielu sektorach, np. w wymiarze sprawiedliwości czy obronie. Potrzebowano ludzi z zachodu Niemiec, dysponujących odpowiednim know-how i wykształceniem, zdolnych do implementacji nowych zasad. I to było zrozumiałe. Z drugiej jednak strony na wszystkich płaszczyznach utwardziło się stanowisko, że pozycje obsadzone kadrami zachodnioniemieckimi, już zawsze mają być zajmowane przez ludzi z zachodu kraju. Znam to z uniwersytetów, że np. (zachodnioniemieccy – red.) profesorowie i panie profesor-w większości byli to jednak mężczyźni, przyprowadzali swoich następców, albo jak po 2010 roku zwalniało się miejsce zajmowane przez kogoś z Zachodu, to zatrudniano z reguły znowu kogoś z Zachodu. Podsumowując – wymiana elit w 1990 r. była koniecznością, ale z biegiem lat doszło do powstania trwałej asymetrii, ponieważ elity zachodnioniemieckie zawsze czerpią narybek ze swoich kręgów, co sprawia, że tylko nieliczni Niemcy wschodni dostają szansę na awans. Jest to już pewna stała, która na wschodzie kraju wzbudza poczucie braku równouprawnionej partycypacji w życiu społeczny.

ODH: Jak ten węzeł przeciąć?

Wzorce są kluczowe

DO: Uważam, że potrzeba rozwiązań kwotowych. To jasne, że kwoty nie są czymś, co się lubi, nikt ich nie chce, ale potrzebujemy instrumentu, który pomoże wybrnąć z tej sytuacji. Mam przy tym na myśli tylko nowe landy, można by się wtedy zastanowić jak takie rozwiązanie zrealizować regionalnie, czy należałoby je może wprowadzić tylko tymczasowo etc. To jest trochę tak jak z parytetami kobiecymi znanymi z historii feminizmu. Najpierw potrzebne są wzorce. One służą ośmieleniu, pokazują, że samemu można w życiu zająć pozycję, której wcześniej nawet nie brano pod uwagę. I ta zasada obowiązuje dla wszystkich Niemców wschodnich, jeżeli nie mają wzorców, nie widzą ludzi podobnych sobie na kluczowych stanowiskach, to nabierają przekonania, że to nie są stanowiska dla nich – co stanowi formę realnie istniejącego wykluczenia. A jeśli tak będzie długofalowo, to społeczeństwo zatraci poczucie więzi.

ODH: A jednak rząd federalny stara się jakoś wpłynąć, chociażby na zwiększenie obecności instytucji i urzędów państwa w landach wschodnich. W 2024 r. rząd zatwierdził np. koncepcję budowania przedstawicielstw różnych organów federalnych na wschodzie. To nic nie znaczy?

Medialna nieobecność Wschodu – prawda, czy mit?

DO: W 1992 r. przyjęto uchwałę dotyczącą tej samej kwestii, ale szczególnie nie ruszono z jej realizacją. Do dziś nie osiągnięto wyznaczonych wtedy celów co do liczby nowych budynków czy siedzib urzędów. Oczywiście, że to dobrze, że są w ogóle takie plany, ale byłoby jeszcze lepiej, gdyby one były realizowane, a w instytucjach tych mogli pracować wschodni Niemcy i gdyby pozwolono im tymi instytucjami kierować. A jak na razie całościowy udział wschodnich Niemców, w kierowaniu czymkolwiek wynosi od 2 do 4 proc., co biorąc pod uwagę, że stanowią oni 19 proc. społeczeństwa Niemiec, jest nikłe. To spory problem, ponieważ dotyka również problemu nierównowagi w demokracji. Faktem udziale zakorzenionym w historii Niemiec jest to, że duże ośrodki przemysłowe tworzono tradycyjnie na zachodzie kraju. W dodatku część przemysłu, która działał na wschodzie, po 1945 r. przeniosła się na Zachód. Przecież taki koncern jak Audi wcześniej działał w Zwickau, a dziś jest w Ingolstadt. To zaledwie jeden przykład, ale ich suma pozwala zrozumieć, dlaczego wschód Niemiec jest mniej uprzemysłowiony, słabszy. Poza tym wschód jest bardziej rolniczy, wiejski. Mamy tu tylko trzy duże miasta: Berlin, Drezno i Lipsk. Pozostałe miasta mają maksymalnie do 250 tys. mieszkańców. Ta poważna różnica na poziomie miasto-wieś wpływa również na wyniki wyborów. W rejonach wiejskich częściej wygrywają partie populistyczne. Są to rejony słabsze infrastrukturalnie, ponieważ politykę robi się dla miast i ich mieszkańców z wykształceniem uniwersyteckim. I to bardzo dobrze widać. W landtagu Saksonii partia Zielonych ma swoich posłów tylko dlatego, że są tam dwa duże miasta – Lipsk i Drezno, ale już w Turyngii i Brandenburgii Zielonych już w landtagach nie ma, ponieważ brakuje tam dużych miast. Zieloni nie mieli tam żadnych szans.

ODH: Pozostaje jeszcze kwestia mediów na wschodzie i zachodzie Niemiec, ich znaczenia i zasięgu. Czy to prawda, że Wschód jest medialnie nieobecny?

DO: To jedna, wielka katastrofa. Zasada jest zawsze taka, że „zachodnioniemieckie media robią zachodnioniemiecki program dla zachodnioniemieckiej publiczności”. Wschód jest traktowany jako przedmiot, a nie podmiot medialnych relacji. Zawsze dokonuje się to w pewnych określonych ramach, w oceniającej z góry narracji. Największe stacje telewizyjne i radiowe, główne gazety itd. mają zachodnioniemieckich naczelnych i ich oferta jest skierowana do odbiorcy zachodnioniemieckiego, skrojona pod jego potrzeby.
Jest na to wiele przykładów. Jak np. jakiś magazyn wydaje numer poświęcony „Naszemu Cudowi Gospodarczemu”, to zadaję sobie pytanie, co w tym kontekście znaczy >Naszemu<”? NRD nie miało cudu gospodarczego, płaciło reparacje na rzecz Związku Sowieckiego. Tego typu nagłówki nie dotyczą więc wszystkich Niemców, są zaadresowane do wybranej grupy, Wschód tu nie istnieje jako podmiot. Poza tym Wschód jest albo szkalowany, albo permanentnie ignorowany. Na przykład rozgłośnia Deutschlandfunk w ubiegłym zrobiła audycję z okazji trzydziestolecia zniesienia paragrafu 175 penalizującego homoseksualizm. W zjednoczonych Niemczech zniesiono ten paragraf w 1994 r. W audycji nawet słowem nie wspomniano, że w NRD paragraf ten zniesiono w 1968 r. Media opowiadają zawsze tylko historię z perspektywy zachodnioniemieckiej, historię Niemiec Zachodnich. Opowieść o NRD nie jest brana pod uwagę, to znaczy, że historia 17 milionów ludzi, mieszkańców Niemiec nie jest uznawana za wartą wspomnienia, co prowadzi oczywiście do sytuacji, że Wschód czuje się postawiony do kąta. To poczucie ma też skutki psychologiczne dla całej zbiorowości, narastające wrażenie bycia wykluczonym. A potem nagle przychodzi zaskoczenie, że ludzie ci w ten czy inny sposób są przekorni albo nie mogą lub wprost nie chcą zaakceptować pewnych kwestii.

ODH: Czy to znaczy, że 35 lat od zjednoczenia Niemiec nie istnieje poczucie wspólnoty, czyli tego mitycznego „Wir-Gefühl”, o którym tak wiele się mówi przy okazji kolejnych rocznic?

“My”? Jacy “My”?

DO: Nie wiem, czy to poczucie istnieje, ale z reguły jest tak, że Wschód nie jest w nie włączany, tylko wskazywany jako odmieniec. Owszem, istnieje „My”, ale w odniesieniu do Ostów wciąż istnieje „Wy”. I to jest sedno problemu. Oczywiście nie ulega wątpliwości, że mamy też wiele pozytywnych przykładów. Nie było to jednak przedmiotem mojej książki. Fakt, że społeczeństwo jest w ciągłym trybie kryzysowym, że jest spolaryzowane zmusza by czasem włożyć palec w ranę, zapytać o jej przyczyny. Od mówienia o samych pozytywach nie przybędzie więzi społecznych. One mogą zostać przywrócone tylko wtedy, gdy nazywa się problemy po imieniu i myśli nad ich rozwiązaniem.


Prof. Dirk Oschmann,wykładowca Uniwersytetu Lipskiego, niemiecki germanista i literaturoznawca specjalizujący się w literaturze niemieckiej 17 i 18 w. Bada też związki między literaturą, filozofią i teorią języka. Jego wydana w 2023 r. książka „Der Osten: eine westdeutsche Erfindung “(Ullstein, Berlin) ukazała się w polskim tłumaczeniu nakładem Instytutu Zachodniego („Jak niemiecki Zachód wymyślił swój Wschód”, tłum. Adam Peszke, IZ, 2024 r.). Książka była w Niemczech bestsellerem i iskrą do szerokiej i żywej dyskusji nad kondycją zjednoczonych Niemiec. Publikacja wywołała takie poruszenie, że doczekała się kilku poważnych polemik książkowych co do oceny stosunku Zachodu do Wschodu, który u Oschmanna nie ogranicza się bynajmniej do teatru niemieckiego, ale ma zastosowanie również do relacji Niemcy (jako całość) – Europa Wschodnia.

*Wersja druga, poprawiona

Udostępnij

03

wrz

Czym jest dziś „niemieckość”? Jakie wydarzenia historyczne powinny stanowić element „nowej, trwałej tożsamości narodowej” będącej alternatywą dla „antymitu, […] w którym naród pojawia się wyłącznie…

27

sie

Za dwa tygodnie mieszkańcy Saksonii-Anhalt ruszą do urn i wybiorą swoich reprezentantów do landtagu. Według sondażu instytutu badania opinii publicznej Pollytix (z 12.08.), AfD może…

20

lip

W 2018 r. jeszcze przed przyjęciem teki ministra zdrowia w czwartym rządzie Angeli Merkel, Jens Spahn naraził się pobierającym zasiłek Hartz IV twierdzeniem, że świadczenie…