Otwiera się w nowej karcie

Soft power w praktyce; Szkic ze spotkania prof. Andrzeja Nowaka z posłami AfD

W artykule:

  • 29:36 min

W miejscu, gdzie od 2003 r. stoi Marie-Elisabeth-Lüders-Haus (MELH) przebiegał ponad trzy dekady temu mur wewnętrzny – Hinterlandmauer. Dziś, w tym należącym do kompleksu Bundestagu budynku, można zobaczyć zachowane fragmenty muru wkomponowane w szkło i stal. W gmachu urzędują naukowe piony Bundestagu, obradują komisje parlamentarne. Mieści się tu również archiwum i magazyn tajnych akt (również tych z Kanzleramtu) oraz biblioteka. W 1949 r., kiedy ją zakładano, książek było kilkaset. Obecnie jest 1,6 mln, a co roku dochodzi kolejne 8 tysięcy. W czytelni MELH znajdziemy nie tylko najnowsze publikacje z dziedziny prawa, politologii, historii, ale i książki z XVI wieku. To w tym budynku odbyło się 8 października zorganizowane przez posłów AfD spotkanie z profesorem Andrzejem Nowakiem. Spotkanie, które przyjmując osobliwe standardy debaty politycznej w Polsce – nie miało prawa się odbyć.

Wejście do budynku MELH znajduje się od strony dawnego muru wewnętrznego, od Adele-Krieger-Strasse. Pozostałe wejścia od Luisenstrasse są zamknięte z uwagi na remont. W ciepłe dni na wewnętrznych dachach MELH można zobaczyć ćwiczących ludzi, 8 października, gdy aura już nie zachęcała do ruchu na świeżym powietrzu, w podziemiu budynku odbywał się trening siatkówki. Przynajmniej tyle było widać przez prześwity od strony rzeki. Tego, co się dzieje w sali 3.101, w której zorganizowano spotkanie z prof. Andrzejem Nowakiem, z zewnątrz nie widać. Okna są szczelnie przesłonięte. W tym miejscu odbywają się posiedzenia komisji parlamentarnych, zazwyczaj tych zajmujących się polityką społeczną, cyfryzacją, gospodarką i energią. Czasem można im się przysłuchiwać na miejscu, czasem obradują bez świadków spoza kręgu członków komisji i biegłych, w 2019 r. rozmawiali tu przedstawiciele Niemiecko-Francuskiego Zgromadzenia Parlamentarnego. Tak czy inaczej sala żyje i pełni ważne funkcje w życiu parlamentarnym niemieckiej stolicy i nie jest „ salką podnajmowaną przez AfD”, tylko przestrzenią dostępną wszystkim klubom parlamentarnym Bundestagu.

Ofensywa czaru

Spotkanie zaczęło się prawie punktualnie, tuż po godzinie 19 od powitania gospodarzy, czyli dr. Götza Frömminga, Adama Baltena i dr. Alexandra Wolfa. Posłowie AfD tłumaczyli, że w ramach Parlamentarnej Komisji ds. Kultury i Polsko-Niemieckiej Grupy Parlamentarnej już od pewnego czasu szukali kontaktów z Polską i że mieli okazję w rożnych formatach rozmawiać z reprezentantami naszego kraju. Zaznaczyli, że „rozmowy są [dla nich] parlamentarną oczywistością”, a zaproszenie dla prof. Nowaka – właśnie dla historyka, a nie polityka, nie było przypadkowe ze względu na charakter zarówno ich pracy parlamentarnej, jak i właściwy temat spotkania – czyli związku między Niemcami i Polską, na płaszczyźnie kultury i historii. Przy czym Polska została nazwana „wschodnim przyjacielem Niemiec”, co po niemiecku brzmi jakoś mniej niezręcznie niż po polsku.

Posłowie chcąc zapewne pokazać, że mają dobre intencje, a spotkanie nie jest dziełem przypadku, nawiązali wpierw do sporu, jaki miał miejsce między Warszawą a Berlinem ws. redukcji dotacji na nauczanie języka niemieckiego dla mniejszości niemieckiej w Polsce. Sprawa była głośna po obu stronach granicy. Gospodarze zaznaczyli, że z początku, na wieść o cięciach Warszawy, „chcieli protestować”, ale po zapoznaniu się ze sprawą, zauważyli, że „Polacy nie zrobili tego tak po prostu i że w przeciwieństwie do Niemców, wypełniali obowiązki wynikające z zapisów Traktatu [o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy z 1991-bt]”.

AfD przygotowało wtedy szereg szczegółowych pytań do rządu federalnego, dotyczących kwestii nauczania języka polskiego w Niemczech i niemieckiego w Polsce [niem. kleine Anfrage] oraz projekt, który (cytując Götza Frömminga): „Był tak dobry, że partie rządzące obawiały się, że mógłby zostać wcielony w życie i przyszli do nas nawet przedstawiciele SPD w tej sprawie” [posłowie nie podali ani daty, ani numeru druku wspomnianych dokumentów, ale można założyć, że chodziło o zapytanie z 11 marca 2022 r. oraz kolejnego, mającego znamiona projektu, z 22 marca 2023 r.].

Sprawa polskiego napisu w Miejscu Pamięci KZ Dachau

Następnie poseł Frömming wspomniał o wniosku AfD z listopada 2024 r. skierowanym do rządu federalnego, by ten zmobilizował władze Bawarii do wyrycia na pomniku w Muzeum Pamięci byłego obozu koncentracyjnego w Dachau napisu „Nie wieder” („Nigdy więcej”) również w języku polskim. Faktem jest, że taki napis jest w tym miejscu widoczny w pięciu językach (angielskim, jidysz, francuskim, niemieckim i rosyjskim), po polsku napisu brak. Mimo iż Polacy stanowili w KZ Dachau największą grupę narodowościową. I tu sprawa jest o tyle ciekawa, że ten wniosek AfD [o czym na spotkaniu już nie wspomniano] nie został poddany głosowaniu w parlamencie, tylko od razu w grudniu skierowano do kilku komisji parlamentarnych, które do dziś nie wydały rekomendacji.

Jak dobrze poszukamy w czeluściach wyszukiwarki Bundestagu, to znajdziemy protokół z 5 grudnia 2024 r. a przy punkcie dotyczącym napisu po polsku, trafimy na odnotowaną reakcję posła AfD, Stephana Brandnera, który zapytał wtedy zgromadzonych: „Co tu można mieć przeciw?” i który następnie na komunikat, że głosami wszystkich partii obecnych na sali poza AfD wniosek trafił do komisji skomentował: „Kartel!”. Tak w istocie było. Oczywiście znając porządki panujące w Bundestagu niemożliwością było to, by pozostałe partie przystały na propozycję AfD. Powodów jest kilka, a zasadnicze trzy: zapora ogniowa między CDU/CSU i Afd (nieco poluzowana przez chadeków tylko na gorący czas przed wyborami do Bundestagu, by wykazać determinację w sprawie zmian polityki imigracyjnej), nieujęta żadną partyjną regułą niechęć pozostałych partii do AfD połączona z nieufnością zwłaszcza w obrębie tematów około wojennych) oraz powód trzeci – oficjalne wykluczanie przez wszystkie dyrekcje Miejsc Pamięci byłych obozów koncentracyjnych delegacji posłów, radnych, samorządowców związanych z AfD. Kończąc więc wątek inicjatywy AfD w sprawie napisu w j. polskim – z uwagi na wnioskodawcę sprawa jest przegrana, choć słuszna.

Takie są realia niemieckiego parlamentaryzmu. I nie jest to ocena, tylko fakt. Przy czym izolowanie AfD, zwłaszcza na płaszczyźnie kultury pamięci nie wzięło się z powietrza. Paliwa dostarczył w 2018 r. sam Alexander Gauland, ówczesny przewodniczący AfD i jej frakcji w Bundestagu, kiedy na kongresie Junge Alternative (młodzieżówki AfD) odnosząc się do odpowiedzialności Niemców za narodowy socjalizm i zbrodnie lat 1939-45, powiedział: „Tylko ten, kto przyznaje się do swojej historii, ma moc kształtowania przeszłości. Tak, przyznajemy się do odpowiedzialności za te dwanaście lat”, po czym dodał zdanie, które przekreśliło te wcześniejsze: „Hitler i naziści byli tylko ptasim kleksem w ponad 1000letniej, chwalebnej, niemieckiej historii”. Za każdym razem, gdy delegacja AfD idzie złożyć wieniec w miejscu kaźni ofiar narodowego socjalizmu wybucha afera. Wypowiedź Gaulanda ustawiła na lata postrzeganie AfD jako partii relatywizującej historię, a o aktualizację tej opinii zadbał najjaskrawiej Björn Höcke i jego zaplecze spod znaku oficjalnie rozwiązanego skrajnego Skrzydła („Der Flügel”). Po Gaulandzie, po Höckem był jeszcze Maximilian Krah, którego kontrowersyjny komentarz dotyczący SS kosztował europosłów AfD wykluczeniem z grupy Tożsamość i Demokracja (ID), sam Krah dostał w 2024 r. zakaz kandydowania do PE, stracił też miejsce w prezydium partii. Szybka akcja kierownictwa (Alice Weidel i Tino Chrupalli) została odczytana jako kara dla Kraha i próba zminimalizowania strat wizerunkowych przed wyborami do PE. Sprawa przycichła, Krah w tym czasie kandydował do Bundestagu, dostał się i należy do klubu parlamentarnego AfD. Tego typu historie nie ułatwiają AfD pozbycia się wizerunku partii tolerującej rewizjonizm historyczny.

Wróćmy jednak do 8 października.

„Szanowni Państwo, to są tylko dwa przykłady, które chciałem przytoczyć, by pokazać, że staramy się działać na rzecz sprawiedliwości, że szukamy też rozmów z Polską. To dzisiejsze wydarzenie nie jest po to, by zawierać nowe polityczne sojusze, dlatego też zostało zorganizowane przez polityków zaangażowanych w sprawy związane z kulturą” – wyjaśniał poseł Frömming.

Po tym wstępie i werbalnych ukłonach w stronę prof. Andrzeja Nowaka, posłowie odnieśli się do koncepcji Domu Polsko-Niemieckiego, czyli faktycznego tematu spotkania, zaznaczając, że projekt ten budził ich sceptycyzm, ponieważ „jego koncepcja została stworzona przez stronę niemiecką, przez niemieckich naukowców, pedagogów, etc. a takie miejsce powinno powstać adekwatnie do swojej nazwy na skutek współpracy Niemców i Polaków, na partnerskich zasadach”. To, czy podany powód sceptycyzmu był jedynym, to temat na osobny artykuł, który wymagałby dokładnego przeglądu inicjatyw parlamentarnych posłów AfD, zarówno na poziomie federalnym, jak i landowym. W dokumentach widać najwięcej.

Pamięć historyczna w liczbie mnogiej

Wykład prof. Andrzeja Nowaka miał dotyczyć koncepcji Domu Niemiecko-Polskiego i tak też został skonstruowany, co nie przeszkodziło historykowi uczynić z planowanego miejsca pamięci wehikułu idei znacznie przekraczających wspomniany projekt.

„Jestem obywatelem Polski i w tym sensie jestem zainteresowany stosunkami z Niemcami jako naszym najważniejszym sąsiadem, czy jednym z najważniejszych sąsiadów, bo trudno tutaj o hierarchię i nie powinno się jej wprowadzać, ale mówię także z tego miejsca jako historyk, bo rzeczywiście jestem historykiem, zajmuję się od lat historią Europy Wschodniej, gdzie Niemcy odgrywają bardzo ważną rolę, choć moja specjalność kieruje mnie raczej ku stosunkom polsko-rosyjskim” – zaczął gość z Polski przypominając w kolejnych zdaniach, że w spotkaniu bierze udział jako osoba prywatna, jako historyk i obywatel Polski, a nie jako doradca Prezydenta RP.

„Wcześniej żadnych funkcji publicznych nie pełniłem, nie byłem członkiem żadnej partii i nie jestem członkiem żadnej partii” – doprecyzował profesor i podziękował za zaproszenie do rozmowy i za samą inicjatywę Domu Polsko-Niemieckiego, którą nazwał „bardzo dobrą”.

„Miejsce to wypełni pewną lukę nie tylko dotyczącą historii, ale dotyczącą teraźniejszości i mam nadzieję przyszłości w stosunkach polsko-niemieckich” – dodał, po czym powiedział coś, co w sposób szczególny powinno zostać zapamiętane bo odbiega od sztampowego podejścia do polityki pamięci. Chodzi o propozycję, by trzy filary wymienione w koncepcji Domu Polsko-Niemieckiego (zaakceptowanej już przez rząd federalny), a mianowicie: Upamiętnienie, Spotkanie i Zrozumienie rozumieć w liczbie mnogiej.

„Nie chodzi mi o to, żeby powstało 100 pomników ofiar polsko-niemieckich. Chodzi mi o to, że każdy ma prawo do indywidualnej pamięci i to trzeba uszanować. Żadna pamięć odgórnie narzucana nie może stać się obowiązującą. Musimy zachować prawo jednostek do indywidualnej pamięci. Taka jest część kultury wolności. A więc różne upamiętnienia i spotkania. A to jest to drugie pojęcie. […] Chodzi o to, ażeby spotykali się w takim miejscu i w innych miejscach ludzie o różnych punktach widzenia. Ludzie, którym nie wyznacza się wąsko ram politycznie poprawnej pamięci. A więc ludzie, którzy z różnych perspektyw, ale wspólnie zainteresowani rozwijaniem stosunków sąsiedzkich między Polską a Niemcami, patrzą na historię, na teraźniejszość i na przyszłość tych stosunków. Właśnie istotna różnorodność, a nie różnorodność pozorowana powoduje, że upieram się przy pojęciu spotkania w liczbie mnogiej. I wreszcie zrozumienie. Zaraz spróbuję wyjaśnić dokładnie i dlaczego uważam, że trzeba i tu wprowadzić liczbę mnogą. Choć jestem zwolennikiem arystotelejskiej definicji prawdy jako zgodności sądu i rzeczywistości, a więc wierzę w jedną rzeczywistość, to jednak uważam, że w materii opisującej tak różne doświadczenia, traumy i pozytywne doświadczenia, trzeba zachować możliwość różnych perspektyw, na te doświadczenia także przeszłe. A więc różnych sposobów rozumienia naszej przeszłości. Znów obawiam się bowiem narzucania jednego, obowiązującego dla wszystkich sposobu interpretacji przeszłości. Takie metody były przyjmowane w czasach, kiedy dorastałem w Polsce pod rządami komunistycznymi. I w innych przypadkach, w innych ustrojach też się to zdarzało. To nie służy ani historii, ani społeczeństwu” – mówił polski historyk.

Polacy jako “mniej zauważane ofiary”

“Otóż wydaje mi się, że tym, od czego trzeba zacząć w ocenie — w mojej prywatnej ocenie projektu Domu Niemiecko-Polskiego – jest bardzo pozytywny aspekt tego projektu, który polega na upamiętnieniu “mniej zauważanych ofiar”. To jest cytat – „Mniej zauważane ofiary”.
Cytat z projektu rządu federalnego w sprawie upamiętnienia i budowy Domu Niemiecko-Polskiego. Polska należy do mniej zauważanych ofiar w niemieckiej pamięci realnej, w niemieckiej kulturze pamięci” – kontynuował profesor.

I dalej:

“Przykładem tego są badania opinii publicznej przeprowadzane przez najbardziej rzetelne instytucje, które tym się zajmują w Niemczech. Ostatnie badania, do których miałem dostęp, to badania z 2019 roku, kiedy postawiono niemieckim respondentom pytanie, kto powinien być upamiętniany we współczesnych Niemczech […] Na pierwszym miejscu oczywiście wymienieni zostali i słusznie Żydzi. 82% respondentów upomniało się upamiętnianie Żydów. Na drugim miejscu była grupa Sinti i Roma- 44%. Następnie niepełnosprawni, zamordowani w czasie II wojny światowej i członkowie niemieckiego ruchu oporu – 5%. Dalej homoseksualiści, a następnie coraz mniej liczne kategorie oscylujące już wokół 1% lub poniżej 1% respondentów.

Nie było w tej kategorii nie tylko Polaków, ale żadnych innych narodów wschodniej Europy poddanych niemieckiej okupacji w czasie II wojny światowej. To jest wymierne świadectwo stanu niemieckiej pamięci. Podobne badania przeprowadził chyba dwa lata później Instytut Pileckiego, polska instytucja zajmująca się historią II wojny światowej i one potwierdziły dokładnie ten sam stan rzeczy […] Można by się w tym momencie zatrzymać, skupić się wyłącznie na II wojnie światowej i zadać pytanie, czy zamordowanie miliona czterystu tysięcy cywilnych obywateli polskich, którzy nie byli Żydami — wrócę jeszcze do tego pojęcia — ale taką liczbę i takie określenie, czyli milion czterysta tysięcy zabitych wskutek niemieckiej agresji na Polskę i polityki okupacyjnej Niemiec, Polaków niebędących Żydami, wymienia projekt, o którym mówię, projekt rządowy złożony w Bundestagu. W tym sensie można się do niego odwołać, bo oczywiście, czy te szacunki są prawdziwe, to jest zupełnie inna kwestia, ale orientacyjnie można je przyjąć. Czy milion czterysta tysięcy zabitych cywilów to jest dość, żeby upomnieć się o miejsce, specjalne miejsce pamięci niemieckiej? Przypomnę, to jest cztery razy mniej niż Żydów zamordowanych przez Niemców, ale czy cztery razy mniej oznacza, że nie warto pamiętać? Takie pytania trzeba sobie zadać.

[Dla wyjaśnienia: W zatwierdzonym w ubiegłym roku przez rząd federalny projekcie wykonawczym Domu Niemiecko-Polskiego znalazło się wyjaśnienie dotyczące liczby ofiar II wojny światowej w Polsce. To do tego nawiązuje prof. Andrzej Nowak. Tu ten tekst w pełnym brzmieniu: “Liczbę ofiar śmiertelnych można oszacować jedynie w przybliżeniu. Wynika to z ogromnych zniszczeń, jakim uległy również archiwa i inne źródła statystyczne. Historycy są zgodni, że do dziś losy setek tysięcy osób pozostają nieznane. Szacuje się, że ofiarą okupacji niemieckiej padło 5,2–5,3 miliona obywateli polskich. Spośród nich 1,4 miliona stanowili nieżydowscy Polacy, a około 3 milionów – polscy Żydzi. Do tej liczby należy dodać jeszcze Ukraińców, Białorusinów i Litwinów, Romów, a także Niemców”- bt].

Niebezpieczeństwo agresywnych imperializmów

“To nie jest matematyka oczywiście, to nie jest zagadnienie z tej dziedziny, ale na pewno warto te liczby przywołać. Jednakże na stosunki polsko-niemieckie, na to, o czym powinniśmy rozmawiać w Domu Niemiecko-Polskim, nie składa się tylko to, co najgorsze — doświadczenie II wojny światowej i o tym za chwilę będę mówił, ale myślę, że bardzo dobrze się stało, że w projekcie […] przewidziane są trzy jakby części tej ekspozycji muzealnej Domu Polsko-Niemieckiego” – zaznaczył historyk.

Po czym wyjaśnił:

“Ta pierwsza część to jest przypomnienie tysiąclecia sąsiedztwa niemiecko-polskiego. Tysiąclecia, którym wcale nie przeważa tylko wrogość, nienawiść i wzajemne, czy też, że tak powiem z perspektywy polskiej pamięci, na pewno skupione na winie niemieckiej, doświadczenia. […] Nasza historia jest dużo bogatsza, historia stosunków polsko-niemieckich w całym tym tysiącleciu. I to warto pokazywać w najrozmaitszych aspektach. Ja akurat szczególnie lubię rozważać aspekty historii kulturalnej wymiany, która ma bardzo duże znaczenie dla kultury polskiej, a myślę też, że ma pewne znaczenie dla kultury niemieckiej, ale zostawiam to na boku […] Po prostu cieszę się, że ten aspekt jest uwzględniony i jest także uwzględniony aspekt bolesny dla nas, dla polskiej strony, a bardzo ważny i czasem pomijany w świadomości, bardzo często pomijany w świadomości zachodnioeuropejskich członków Unii Europejskiej.

To jest znaczenie rozbioru Polski. To oczywiście ogromna trauma w naszej historii, pozbawienie niepodległości przez 123 lata. Proces, w którym kluczową rolę odegrały dwa państwa. Prusy, Fryderyka II, a później jego następcy Fryderyka Wilhelma I oczywiście Rosja i Katarzyny II. To jest dla nas bardzo ważny moment i chcę go podkreślić, ponieważ moment ten wskazuje na szczególne znaczenie skojarzenia polskiej pamięci, niebezpieczeństwa, jakie wynika nie z nacjonalizmu, tylko z imperializmu. Z imperializmów, które porozumiewają się między sobą kosztem słabszych państw.

Wydaje mi się, że to jest dzisiaj także niezwykle ważny i aktualny temat. Skupienie całej uwagi polityki pamięci, dyskusji publicznych, uwagi mediów na kwestii nacjonalizmu, na pewno ważnej, na pewno zasługującej na uwagę, spycha w cień niebezpieczeństwo, jak mi się wydaje, dużo bardziej aktualne i ważne współcześnie. Niebezpieczeństwo agresywnych imperializmów, które są gotowe porozumiewać się ze sobą kosztem słabszych państw.


[…]Otóż chciałem zwrócić uwagę na ten właśnie aspekt polskiego doświadczenia historycznego, które nie jest tylko partykularnym doświadczeniem, czy traumą, która nie ma znaczenia, powinna być zapomniana, wyleczona. Nie, ponieważ zjawisko imperializmów agresywnych, porozumiewających się między sobą kosztem słabszych i pokusa appeasementu ze strony innych mocarstw jest stale nawracającą pokusą, jest stale nawracającym niebezpieczeństwem. Więc dlatego warto w Domu Niemiecko-Polskim przypominać historię porozumiewających się ze sobą imperializmów i niebezpieczeństwa polityki appeasementu ze strony innych mocarstw.[…]

Sądzę, że z mojego doświadczenia, jako historyka zajmującego się do pewnego stopnia także niemieckim spojrzeniem na polską historię, tym co najbardziej uderza w ostatnich wiekach, a zwłaszcza w ostatnich latach, w ostatnich dekadach, jest niedostrzeganie Polski. Nie, nie wrogość, tego nie doświadczamy. Tylko pomijanie Polski. Na wschód od Niemiec jest tylko Rosja. Taki jest, powiedziałbym, przeciętny wynik moich obserwacji, reakcji Niemców, niemieckiej sceny politycznej.

Czy taka jest moja ocena stale powtarzającego się lapsusu niemieckich polityków najwyższego szczebla, jak choćby kanclerz Merkel, która setki razy powtarzała ten frazes: „Naszym największym sąsiadem na wschodzie jest Rosja”? Ja wiem, że można to brać symbolicznie, przenośnie, że istotnie Rosja jest największym krajem we wschodniej Europie i w szerokim sensie jest najważniejszym sąsiadem Unii Europejskiej, ale Rosja nie jest sąsiadem Niemiec. I kiedy słyszymy z ust polityków niemieckich, dziennikarzy niemieckich, że Rosja jest najważniejszym sąsiadem Niemiec, to natychmiast wraca nam to doświadczenie, kiedy Rosja rzeczywiście była sąsiadem Niemiec. To jest doświadczenie dwóch rozbiorów. Tego z XVIII wieku i tego z Paktu Ribbentrop Mołotow. Paktu, który zlikwidował niepodległe państwo polskie. A więc myślę, że warto z tego powodu już, upominać się o to, żeby Polska i nie tylko Polska, także Litwa, Łotwa, Estonia, Ukraina, Białoruś były dostrzegane jako kraje, które są między Niemcami a Rosją. Też są ważne.

I jest drugi powód, bardzo prozaiczny. Powód, który też warto uświadamiać niemieckiej opinii publicznej. Polska chyba akurat ten aspekt rozumie. To jest aspekt ekonomiczny. Jeśli spojrzymy na dane ekonomiczne handlu współczesnego, handlu Niemiec, to w obrotach handlowych Polska jest czwartym partnerem dla Niemiec. Po Stanach Zjednoczonych, Chinach i Francji.

Daleko przed Wielką Brytanią, przed Włochami. Gdyby dołączyć do Polski jeszcze Czechy, to obroty Niemiec, czyli import i eksport do Czech i do Polski jest większe niż relacje handlowe Niemiec z Chinami. A jednak myślę, że w wyobraźni Niemców przeciętnych, Polska nie istnieje jako ważny partner. Tak ważne, żeby porównywać go z Chinami, czy postawić wyżej od Wielkiej Brytanii. Nie chodzi mi o puszenie się obywatela Polski, jacy to my jesteśmy ważni. Nie, to są realne liczby. Po prostu Polska jest dzisiaj bardzo ważnym partnerem ekonomicznym Niemiec. Oczywiście Niemcy są w pewnym sensie jeszcze ważniejszym partnerem ekonomicznym dla Polski. I to właśnie wzajemna zależność powinna nas zbliżać.
Powinna sprawić, że rozmawiamy ze sobą. I myślę, że to, co przeszkadza nam najbardziej w tej rozmowie, to ze strony niemieckiej, ośmielę się przedstawić taką hipotezę, że jest właśnie ta, powiedziałbym, pokusa niedostrzegania Polski, że właściwie liczy się na wschód od Niemiec tylko Rosja. I druga perspektywa, która przeszkadza nam, mnie w każdym razie przeszkadza, to jest perspektywa, w której Niemcy ustawiają się w roli nauczycieli.

Wyłącznie nauczyciela. Uczą dobrych manier Polaków, dobrej pamięci, dobrego postępowania we współczesnej Europie. Są adwokatem Polski.

To jeszcze pojęcie dawniejsze, kiedy Polska wstępowała do Unii Europejskiej. Metafora strasznie nieszczęśliwa, tak jakby Polska była oskarżona. Tak samo, jak nie lubię, kiedy ktoś mówi, że Polska jest adwokatem Ukrainy. Ukraina nie jest na ławie oskarżona. Więc trzeba uważać na te metafory, a postawa nauczyciela w stosunku do Polski, bardzo często występująca w relacjach dwustronnych, w wymianie nazwijmy to tak — ideowej, także naukowej, wydaje mi się czymś, co ostatecznie powinno być zastąpione przez partnerskie spojrzenie na siebie nawzajem. Ani Niemcy nie powinni być nauczycielami Polaków, ani rzecz jasna Polacy nie powinni być nauczycielami Niemców. I nie jest moją rolą tutaj pouczać Niemców. […] Otóż kończąc refleksję nad pierwszą częścią projektu tej wystawy, tej, która mówi o tysiącletnich stosunkach polsko-niemieckich i przechodząc do drugiej części, która ma mówić o drugiej wojnie światowej. Otóż przechodząc od owego okresu do 1939 roku, do drugiej wojny światowej, myślę, że warto zauważyć jeden z mojej perspektywy, polskiej perspektywy brak w tej projektowanej wystawie. To jest pominięcie niemal Republiki Weimarskiej, jako ważnego okresu w stosunkach polsko-niemieckich, ważnego i niestety jednoznacznie negatywnego – to trzeba powiedzieć, z polskiej perspektywy. Ja wiem, że Republika Weimarska w Niemczech jest postrzegana jako ofiara przewrotu nazistowskiego, ale z punktu widzenia polskiego doświadczenia, nie byłoby Hitlera, gdyby nie było Republiki Weimarskiej, nie byłoby na pewno polityki tak radykalnie antypolskiej, jaką realizował Hitler, gdyby nie skrajnie antypolska postawa niemal wszystkich partii i ogromnej części społeczeństwa w okresie Republiki Weimarskiej. I nie mówię tego tonem oskarżycielskim, ponieważ mówimy o historii sprzed lat stu. Mówię o tym, dlatego że trudno zrozumieć, a przecież projekt Domu Niemiecko- Polskiego ma służyć rozumieniu historii, trudno zrozumieć historię II wojny światowej zarówno gdy idzie o politykę narodowych socjalistów wobec Żydów, jak i też wobec Słowian, w tym wobec Polaków, jeżeli nie przejrzymy prasy Republiki Weimarskiej, wypowiedzi najważniejszych polityków Republiki Weimarskiej, nie z partii narodowych socjalistów, z pozostałych partii, jak agresywnie nastawione one były na likwidację państwa polskiego. Dlaczego? Bo państwo polskie zaprzeczyło rozbiorom, temu zaborowi, którego Niemcy dokonały w XVIII w. Bez tego doświadczenia z okresu Republiki Weimarskiej trudno zrozumieć to, co stało się w 1939 roku. Nie byłoby paktu Ribbentrop Mołotow, gdyby nie pakt Rapallo z 1922 r. między Republiką Weimarską a Rosją Sowiecką, pakt, którego wszystkie tajne artykuły dotyczyły współpracy przeciwko Polsce, współpracy wojskowej na pierwszym miejscu. A więc warto uwzględnić ten „szczegół”, ale ważny „szczegół” w tym akurat fragmencie wystawy Domu Niemiecko-Polskiego” – mówił prof. Andrzej Nowak.

W dalszej części spotkania w sali Bundestagu, prof. Nowak wyraźnie dał do zrozumienia, że dzisiejszy imperializm rosyjski ma twarz Władimira Putina, a wykład o imperializmach zawierających sojusze kosztem innych, słabszych pozostaje aktualny do dziś. Żaden z obecnych posłów AfD i żaden z uczestników spotkania ze strony niemieckiej nie zdobył się na polemikę.

Schiller i Koselleck – dwaj przewodnicy z przesłaniem

Zdumiewające dla niemieckiej publiki musiało być powołanie się polskiego gościa na dwóch Niemców – Friedricha Schillera i Reinharta Kosellecka. W przypadku Schillera, profesor w sposób szczególny wskazał na znaczenie Demetriusa, niedokończonego, ostatniego dramatu Schillera. „Jest to dramat historyczny pokazujący, że między Niemcami a Rosją jest Polska” – wyjaśniał historyk podkreślając, że Schiller był zafascynowany polskim prawem veta. [Od siebie dodam, że przyjaciel Schillera, Johann Wolfgang von Goethe, podjął się próby dokończenia Demetriusa, ale pomysł szybko zarzucił.]

Co do wybitnego, niemieckiego historyka, Reinharta Kosellecka, profesor wspomniał o opublikowanym przez Kosellecka w 1995 r. na łamach Frankfurter Allgemeine Zeitung artykule, w którym nie zgodził się na hierarchizowanie ofiar i protestował przeciwko jednej, odgórnie narzuconej polityce pamięci. Koselleck domagał się też postawienia pomnika polskim ofiarom niemieckich zbrodni. To mocny fragment wykładu, jest w nim również mowa o tym, że kiedy umierają świadkowie historii, z przeszłością można zrobić wszystko, „nawet Disneyland”. Warto przy okazji słuchania tego fragmentu ( nagranie jest już dostępne na Youtube) sięgnąć po artykuł prof. Nowaka z 2022 r. „Reinhart Koselleck – intelektualna biografia historyka i jej odbicie w korespondencji z Carlem Schmittem” (Dzieje Najnowsze, Rocznik LIV), nie ma tam co prawda odwołań do tekstu z FAZ (te są m.in. w źródłach niemieckojęzycznych w sieci), ale znajdziemy tam m.in rozważania nad innymi “wątkami polskimi”, które jak zaznacza prof. Nowak, “nie są u Kosellecka pierwszoplanowe”, a jednak wydobyte przez autora, zebrane i wyjaśnione, stanowią doskonałe ramy do zrozumienia roli Polski w Europie, również przez pryzmat symbolu (vide: postać Hamleta jako symbol).

Niełatwo niemieckim uczestnikom i gospodarzom (niezależnie od ich faktycznego stosunku do samego projektu) słuchało się też pewnie wprost sformułowanego zarzutu, że w projekcie Domu Niemiecko-Polskiego konsekwentnie unika się nazywania zbrodni na Polakach „ludobójstwem”. Tu, prof Nowak dla naświetlenia problemu widowni niemieckiej, przytoczył trzy przykłady celowej eksterminacji Polaków, ich mordowania ze względu na narodowość: Zbrodnię Pomorską, Akcję AB (niem. Außerordentliche Befriedungsaktion) przeprowadzoną na terenie Generalnego Gubernatorstwa i stłumienie Powstania Warszawskiego z wyjątkowym aktem bestialstwa, jakim była Rzeź Woli. Te 15 ton popiołów, o których mówił prof. Nowak w nawiązaniu do ekshumacji Polaków zamordowanych i spalonych dla zatarcia śladów przez swoich niemieckich sąsiadów na Pomorzu, pewnie jeszcze dłuższy czas dźwięczało w niektórych głowach. Wbrew poczuciu przesytu literaturą nawiązującą do II wojny światowej, pewnemu złudnemu przekonaniu, że uginające się pod książkami z narodowym socjalizmem czy Hitlerem w tytule regały Düssmanna świadczą o powszechności wiedzy o zbrodniach wojennych, tych dokonanych na Polakach również, to prawda jest taka, że nie jest to wiedza powszechna. Z różnych przyczyn, po części na skutek przyjętej polityki pamięci, po części przez zmiany demograficzne.

Słowo o gospodarzach spotkania

Dr Götz Frömming, Adam Balten i dr Alexander Wolf – to ta trójka posłów AfD zaprosiła do Berlina profesora Andrzeja Nowaka. Zaproszenie przyszło dobrych kilka miesięcy temu, kiedy historyk nie był jeszcze doradcą Prezydenta RP. Pochodzący ze Szlezwiku- Holsztyna Frömming (rocznik 1968 r.) od 2017 r. zasiada w Bundestagu, W tej kadencji jest rzecznikiem AfD ds. kultury i zastępcą rzecznika Polsko-Niemieckiej Grupy Parlamentarnej. To jedna z 47 grup działających w ramach Bundestagu i mających za zadanie współpracę międzynarodową i zacieśnianie relacji z państwami partnerskimi. Zanim Götz Frömming,trafił do polityki uczył historii, języka niemieckiego i WOSu m.in. w szkole z internatem i gimnazjum. W 2012 r. obronił doktorat na Technische Hohschule Karlsruhe i jest doktorem mediewistyki germańskiej. Frömming jest członkiem licznych kuratoriów i rad ważnych instytucji niemieckiej kultury, również tej politycznej, m.in. Bundeszentralle für Politische Bildung, która zgodnie z nazwą dba o „polityczną edukację” i w której kuratorium zawsze zasiada 22 parlamentarzystów, przy czym liczba miejsc przypadających frakcjom politycznym zależy od ich reprezentacji w Bundestagu. I w tej kadencji na przykład, AfD z uwagi na sporą liczbę mandatów ma pięciu swoich przedstawicieli w kuratorium, a Zieloni trzech. Poseł AfD jest również członkiem Rady Fundacji Berliner Schloss Humboldtforum zwanego “Pałacem Pruskim”.


Adam Balten (rocznik 1983) urodził się w Polsce, należy więc do wcale niemałej grupy posłów AfD, którzy albo mają polskie korzenie, albo polskie żony. Z wykształcenia Balten jest inżynierem mechatroniki, do AfD należy dopiero od czterech lat i tak jak Frömming jest członkiem Polsko-Niemieckiej Grupy Parlamentarnej. Na spotkaniu chętnie opowiadał o swojej polsko-niemieckiej tożsamości.

Alexander Wolf (rocznik 1967) pochodzi z Lipska, to jego pierwsza kadencja w Bundestagu, choć z AfD jest związany prawie od początku jej powstania, bo od 2014 r. W latach 2015-2025 zasiadał w hamburskim parlamencie, w Bundestagu działa w Parlamentarnej Komisji Spraw Zagranicznych i jest sprawozdawcą ds. Polski w ramach frakcji AfD. Wolf doktoryzował się na Uniwersytecie Monachijskim (LMU), tematem jego pracy były problemy proceduralne związane z orzeczeniem Federalnego Trybunału Konstytucyjnego w sprawie „Wyroku z Maastricht” (rzecz dotyczyła wyroku FTK z 12 października 1993 r., w którym potwierdzono zgodność traktatu UE z Niemiecką Ustawą Zasadniczą – bt).

Patrząc na tę trójkę polityków pod kątem ich „Afd-skości”, czy przyjmując nieformalną skalę stosowaną w Niemczech do oceny stopnia radykalizmu każdego z wyżej wymienionych, najbardziej wybija się Alexander Wolf. W lipcu np. Wolf sprzeciwił się podczas debaty Bundestagu poświęconej 30. rocznicy masakry w Srebrenicy, nazwaniu jej ludobójstwem, co odbiło się sporym echem w mediach. Miesiąc wcześniej odnosząc się w Bundestagu do relacji transatlantyckich wyraził zadowolenie z wyboru Donalda Trumpa na prezydenta USA i jego „patriotycznej, antyzielonej i antygenderowej agendy”. Wystąpienie Wolfa wzbudziło sprzeciw głównie posłów Zielonych, którzy poczuli się adresatem jego zarzutów teoretycznie skierowanych do amerykańskiej liberalnej lewicy. Poza tym jeszcze w latach 90., na dekadę przed powstaniem AfD, Wolf wydał śpiewnik zatytułowany „Der Schlachtruf”, w którym znalazły się też propagandowe pieśni autorstwa Baldura von Schiracha, tylko w złagodzonej wersji. Fakt ten został podchwycony przez media w 2017 r. tuż przed landową konwencją AfD w Hamburgu, podczas której Wolf miał kandydować na szefa tamtejszych struktur. Skonfrontowany z zarzutami propagowania treści wyrastających z narodowego socjalizmu Wolf, tłumaczył, że „dziś nie wydałby już tego tomiku”. Szefem struktur hamburskich wtedy nie został, przegrał z Dirkiem Nockermannem, który do dziś stoi na czele frakcji AfD w hamburskim parlamencie.


Co się tyczy Götz Frömminga, jeszcze w 2017 r. magazyn „Die Zeit” klasyfikował go jako „umiarkowanego”, a później w związku z tym, że poparł antyimigracyjny kurs swojej partii, zaczęto mu zarzucać radykalizm. W 2020 r. Frömming wraz z innymi członkami klubu parlamentarnego AfD zwrócił się do rządu federalnego z żądaniem ograniczenia restytucji tzw. sztuki zrabowanej (Raubkunst) w okresie kolonializmu jedynie do wyjątkowych przypadków. Podejście Frömminga do tego tematu nie odbiega od generalnie nieprzychylnego restytucjom dzieł sztuki podejścia AfD.

Słowa, jakie padły 8 października w jednym z budynków Bundestagu były w tym sensie bardziej potrzebne niż się dziś może wydawać. Zarówno te pośrednio ukazujące polską rację stanu (bo tak to chyba należy odbierać) jak i te składające się na rzeczowy, suwerenny, nie mający w sobie ani krzty napuszenia, wykład o relacjach niemiecko-polskich, o ich szczególnie bolesnych rozdziałach. Można, jak widać, mówić o sprawach trudnych bez obrażania drugiej strony, ale i bez schlebiania jej, bez unikania tematów potencjalnie wybuchowych. To dlatego po zakończonym wykładzie polskiego historyka, gospodarze spotkania przyznali “das war keine leichte Kost”. Słuchając tego wykładu nie miałam wrażenia, że miało być miło i przyjemnie. Miało być prawdziwie, precyzyjnie i bez zostawiania przestrzeni do jakichkolwiek manipulacji.

Tam, w gmachu zapełnionym książkami i starodrukami, w sercu niemieckiego parlamentaryzmu, w miejscu, gdzie jedna z neonowych instalacji artystycznych została zainspirowana słowami Hanny Arendt, że „Wolność jest możliwa tylko między równymi sobie”. I dobrze, że pojawił się wątek zrabowanego przez niemieckich żołnierzy w czasie II wojny światowej pierścienia Zygmunta Starego. Jeżeli niemieckie muzea w geście dobrej woli są w stanie zwrócić Włochom nielegalnie wyłowione na ich wodach terytorialnych w latach 70. XX w. antyczne wazy (vide: artykuł o brązach z San Casciano dei Bagni), to jakim problemem jest zwrot pierścienia polskiego króla? To już pytanie nie tylko do Pforzheimer Schmuckmuseum, ale do polityków bo to oni decydują ostatecznie o restytucji zrabowanych obiektów dziedzictwa narodowego i sztuki ( NS-Raubkunst). Również tych z AfD, zwłaszcza gdy zasiadają w kuratoriach uznanych instytucji kultury. Patrząc na wykład prof. Andrzeja Nowaka choćby z tej perspektywy, nie sposób nie docenić jego wagi – przekaz trafił tam, gdzie powinien.

I jeszcze jednak kwestia – uwagi profesora na temat pominięcia w projekcie wykonawczym Domu Niemiecko-Polskiego czasów Republiki Weimarskiej zasługują na głębszą refleksję. Niemcom ten okres kojarzy się dziś głównie z serialem “Babylon Berlin”, bardzo dobrze zrobionym (niebawem wchodzi nowy sezon), ale też utrzymanym w warstwie politycznej na poziomie przytoczonym przez polskiego historyka. “Bez Rapallo nie byłoby Paktu Ribbentrop-Mołotow” – warto to sobie zapamiętać. Oczywiście, jeszcze lepiej by było, gdyby to strona niemiecka o tym nie zapominała.

Przez lata miałam poczucie, że Polska (poza nielicznymi wyjątkami, takimi jak np. działalność Instytutu Pileckiego w Berlinie, czy moim zdaniem często niedoceniana praca Instytutu Zachodniego)”nie potrafi w soft-power”. Profesor Andrzej Nowak, bez tiktoków, bez fajerwerków, pokazał, że prawdziwa soft -power zgodnie z nazwą ma być miękka. Miękka i skuteczna.

Olga Doleśniak-Harczuk

Udostępnij

06

paź

Według informacji stacji rbb liderzy Linke, Zielonych i SPD w Berlinie zamierzają do środy (7 października) zakończyć rozmowy przedwstępne związane z ewentualnym zawiązaniem koalicji. Dzień…

03

wrz

Czym jest dziś „niemieckość”? Jakie wydarzenia historyczne powinny stanowić element „nowej, trwałej tożsamości narodowej” będącej alternatywą dla „antymitu, […] w którym naród pojawia się wyłącznie…

27

sie

Za dwa tygodnie mieszkańcy Saksonii-Anhalt ruszą do urn i wybiorą swoich reprezentantów do landtagu. Według sondażu instytutu badania opinii publicznej Pollytix (z 12.08.), AfD może…