Dla mnie „etyka pracy z pamięcią” to zasada, że ofiary nie mogą być narzędziem – ani do autopromocji, ani do sensacji, ani do budowania emocji kosztem prawdy. Pracuję na ludzkich losach, często na historiach tragicznych, więc podstawą jest szacunek, rzetelność i świadomość, że po drugiej stronie mogą być rodziny, które to czytają – powiedział w rozmowie z Berlińskim Tyglem Piotr Kentnowski – inicjator i twórca projektu „Ostoja Pamięci”, niezależnej inicjatywy dokumentującej miejsca pochówku polskich ofiar II wojny światowej w Niemczech.
Berliński Tygiel: 6105 zidentyfikowanych miejsc pochówku polskich ofiar II wojny światowej na terenie Niemiec – to owoc Pana wieloletniej pracy nad dokumentacją i aktualizacją listy grobów naszych rodaków. Kiedy zaczął Pan pracę nad „Ostoją Pamięci” i co Pana skłoniło do zajęcia się właśnie tym tematem?
Piotr Kentnowski: Dziś mówimy już o 6196 zidentyfikowanych miejscach pochówku polskich ofiar II wojny światowej na terenie Badenii-Wirtembergii. Impulsem do rozpoczęcia tej pracy – i w konsekwencji do stworzenia portalu „Ostoja Pamięci” – była moja wizyta w Gantenwald 15 września 2017 roku, na dawnym cmentarzu dziecięcym. Spoczywają tam między innymi dzieci polskich robotnic przymusowych, urodzone w funkcjonującej wówczas tzw. placówce porodowo-opiekuńczej utworzonej dla kobiet kierowanych do pracy przymusowej. To miejsce przetrwało dzięki konsekwentnym działaniom niewielkiej grupy osób, z których część mam zaszczyt znać osobiście.
Dziś mówimy już o 6196 zidentyfikowanych miejscach pochówku polskich ofiar II wojny światowej na terenie Badenii-Wirtembergii
To doświadczenie uporządkowało mi perspektywę: pojedyncze groby są tylko jednym wymiarem problemu. Drugim jest rozproszenie informacji – dane o tych samych osobach i miejscach bywają porozrzucane po różnych archiwach, rejestrach i dokumentacjach lokalnych, często niespójne albo trudne do zestawienia. Właśnie dlatego zacząłem tworzyć jedno miejsce, w którym te informacje można gromadzić, porządkować i weryfikować, tak aby rodziny miały jeden, czytelny punkt odniesienia.
Istotna była również reakcja osób, z którymi o tym rozmawiałem: dla wielu temat losu polskich dzieci w takich miejscach był całkowicie nieznany. Zrozumiałem, że nie chodzi wyłącznie o wskazanie lokalizacji pochówku. Równie ważne jest uporządkowanie faktów i przedstawienie ich jasno: co wiemy, skąd to wiemy i jak zostało zweryfikowane – tak, aby informacja była rzetelna i użyteczna.
Priorytetem projektu jest identyfikacja ofiar w sposób możliwie jednoznaczny, oparty na materiale dowodowym. Dlatego stosuję pisownię zgodną z dokumentami źródłowymi i ograniczam „korekty” do minimum, aby zachować zgodność z archiwaliami oraz zapewnić przejrzystość i weryfikowalność ustaleń.
BT: Czy w ślad za wiedzą o miejscu pochówku Polaków idzie również ochrona tych grobów? I tu się pojawia dodatkowe pytanie – kto odpowiada prawnie za utrzymywanie porządku tych miejsc?
PK: Wiedza o miejscu spoczynku to jedno, a realna ochrona tych grobów – to drugie. Sama identyfikacja nie powoduje automatycznie, że grób jest utrzymywany albo bezpieczny, ale bez identyfikacji i udokumentowania nie da się w ogóle sensownie reagować.
Moja praca zaczyna się od weryfikacji w dokumentach – dopiero wtedy mam podstawę, żeby działać dalej. Następnie informuję właściwe lokalne jednostki (administrację cmentarza, urząd, czasem parafię) o moich ustaleniach i proszę o podanie dzisiejszego stanu faktycznego: czy grób nadal istnieje, jak jest oznaczony i gdzie się znajduje. Takie zapytanie jest jednocześnie sygnałem: jest ktoś, kto ma wiedzę opartą na źródłach, kto pamięta i kto potrafi to zweryfikować.
Jeżeli chodzi o odpowiedzialność prawną po stronie niemieckiej, to zgodnie z Gräbergesetz kraje związkowe mają obowiązek utrzymania na swoim terenie grobów zdefiniowanych w § 1. „Utrzymanie” rozumiane jest jako utworzenie (urządzenie) grobu, doprowadzenie go do odpowiedniego stanu oraz opieka. W praktyce ten obowiązek jest realizowany przez przekazanie zadań na poziom lokalny – do gmin i zarządców cmentarzy – bo to oni wykonują te działania w terenie.
Dodatkową, bardzo istotną podstawą jest Umowa między Rządem Rzeczypospolitej Polskiej a Rządem Republiki Federalnej Niemiec o grobach ofiar wojen i przemocy totalitarnej, podpisana w Warszawie 8 grudnia 2003 r. W art. 4 strony zobowiązują się do ochrony już istniejących i odnajdywanych grobów, zapewnienia swobodnego dostępu oraz poszanowania prawa wiecznego spoczynku, a także do podejmowania starań, aby w otoczeniu takich miejsc nie powstawały obiekty lub urządzenia niezgodne z powagą cmentarzy. W praktyce oznacza to, że obok obowiązków po stronie niemieckiej istnieje także podstawa do działań i interwencji po stronie polskiej – przede wszystkim poprzez właściwe instytucje państwowe i kanał urzędowy.
Celowo nie używam tu sformułowania „groby ofiar wojny”, tylko „groby polskich ofiar z lat 1939–1945”
BT: Na stronie „Ostoi Pamięci” zamieszczono listę postulatów związanych polskimi grobami, jednym z nich jest upamiętnienie grobów zlikwidowanych oraz (w osobnym punkcie) wprowadzenie obowiązku formalnych konsultacji z właściwym konsulatem RP przed podjęciem decyzji o likwidacji grobu polskiej ofiary z lat 1939–1945. Dlaczego ta kwestia jest tak problematyczna?
PK: Ten postulat traktuję jako mechanizm ochronny na przyszłość – przede wszystkim dla tych grobów, które jeszcze istnieją. Chodzi o to, aby decyzje administracyjne dotyczące likwidacji nie zapadały „po cichu”, w trybie rutynowym, bez świadomości, że dotykają one pochówku polskiej ofiary z okresu 1939–1945 i że po tej decyzji nie ma już do czego wracać.
Celowo nie używam tu sformułowania „groby ofiar wojny”, tylko „groby polskich ofiar z lat 1939–1945”. Wynika to z moich ustaleń archiwalnych: ponad 30% udokumentowanych przeze mnie ofiar nie zostało formalnie uznanych za „ofiary wojny” w rozumieniu przepisów i praktyki administracyjnej. A to ma bardzo konkretne skutki. Jeżeli grób nie ma takiego statusu, łatwiej jest potraktować go jak zwykłe miejsce pochówku podlegające standardowym terminom i procedurom cmentarnym. Z mojej perspektywy, w Badenii-Wirtembergii ten procent będzie rósł.
BT: Czy likwidacja tego typu grobów jest zjawiskiem powszechnym?
PK: Mogę powiedzieć tyle, ile wynika z dotychczasowych badań: historycznie tak – skala była duża. Na podstawie tego, co udało mi się ustalić, około 50% grobów nie zostało zachowanych. To właśnie pokazuje, że potrzebujemy procedury, która zatrzyma ten proces na przyszłość: minimum w postaci formalnych konsultacji z właściwym konsulatem RP przed podjęciem decyzji o likwidacji grobu polskiej ofiary z lat 1939–1945.
Główną podstawą mojej dokumentacji są źródła archiwalne. Najczęściej są to materiały z Landesarchiv Baden-Württemberg oraz zasoby Arolsen Archives
BT: Przeglądając bazę cmentarzy, można zobaczyć, że znajdują się w niej również groby utracone, część osób pozostała niezidentyfikowana, o innych z kolei wiemy więcej – jak, chociażby o więźniach obozu koncentracyjnego Natzweiler/Struthof w Elsass. Z jakich źródeł korzysta Pan przy dokumentacji opisywanych miejsc i jak wygląda proces pozyskiwania informacji?
PK: Główną podstawą mojej dokumentacji są źródła archiwalne. Najczęściej są to materiały z Landesarchiv Baden-Württemberg oraz zasoby Arolsen Archives. Do tego dochodzą kopie dokumentów i potwierdzenia, które otrzymuję od lokalnych działaczy i opiekunów miejsc pamięci, a także od urzędników oraz administracji cmentarzy. W niektórych przypadkach korzystam również z lokalnych publikacji specjalistycznych – nie jako „głównego dowodu”, lecz pomocniczo, aby lepiej zrozumieć kontekst i realia danego miejsca.
Z czasem zrozumiałem, że sama informacja „co ustaliłem” nie wystarcza – równie ważne jest „na jakiej podstawie”. Dlatego do każdej ofiary przypisuję wybrane źródło, na podstawie którego dokonałem identyfikacji. W nowej wersji portalu to źródło jest dodatkowo podlinkowane. Te informacje uzupełniam sukcesywnie, ponieważ zwiększają przejrzystość, ułatwiają weryfikację i pozwalają innym zrozumieć, skąd wynikają konkretne ustalenia.
Proces pozyskiwania informacji jest wieloetapowy i opiera się na weryfikacji. Najpierw identyfikuję ślad w różnych dokumentach (nazwisko, miejsce, data), a potem łączę te dane z konkretną lokalizacją w terenie: cmentarzem, kwaterą, numerem grobu albo miejscem pochówku zbiorowego. Taka metodyka pozwala mi nie tylko potwierdzać miejsca pochówku, ale też wyliczać, jaki odsetek udokumentowanych przeze mnie ofiar nie ma formalnego statusu „ofiary wojny” w dokumentacji.
Zdarzało mi się poszukiwać rodzin zmarłych – zwłaszcza wtedy, gdy miałem już potwierdzone dane
BT: Czy zdarza się Panu poszukiwać rodzin zmarłych? Przecież często było tak, że najbliżsi nie wiedzieli, gdzie szukać swoich zaginionych braci, ojców, sióstr…I nie każdy miał możliwość poszukiwań w archiwach.
Tak, zdarzało mi się poszukiwać rodzin zmarłych – zwłaszcza wtedy, gdy miałem już potwierdzone dane i chciałem doprowadzić do tego, aby informacja o miejscu spoczynku dotarła do bliskich. Z czasem przekonałem się jednak, że jest to bardzo czasochłonne i w praktyce mocno uzależnione od współpracy różnych jednostek po obu stronach granicy. Dodatkową, realną przeszkodą bywa też ochrona danych osobowych.
Dzisiaj wygląda to odwrotnie: to rodziny kontaktują się ze mną same, bo znajdują informacje w bazie albo słyszą o projekcie. Dlatego tak ważne jest, aby informacja o „Ostoi Pamięci” docierała do jak najszerszej społeczności – bo dla wielu osób problemem nie jest brak woli, tylko brak punktu zaczepienia: gdzie szukać, do kogo napisać i od czego zacząć.
Są granice, których nie przekraczam. Nie publikuję materiałów w sposób naruszający godność zmarłych i prywatność żyjących
BT: W czasach, gdy ludzie dokumentuję w internecie najróżniejsze sytuacje, pokazują twarze tych, którym przed chwilą kupili ciepły posiłek, działanie na rzecz innych odbywa się w blasku fleszy. Pan pisze o „etyce pracy z pamięcią”. Czym ona dla Pana jest, jakich granic nigdy Pan w tym obszarze nie przekroczył?
Dla mnie „etyka pracy z pamięcią” to zasada, że ofiary nie mogą być narzędziem – ani do autopromocji, ani do sensacji, ani do budowania emocji kosztem prawdy. Pracuję na ludzkich losach, często na historiach tragicznych, więc podstawą jest szacunek, rzetelność i świadomość, że po drugiej stronie mogą być rodziny, które to czytają.
Ważne jest też to, że portal jest tylko „wierzchołkiem góry lodowej”. Ogrom moich badań dzieje się na zapleczu: setki wiadomości, rozmów, kwerend i ustaleń z urzędami oraz zarządcami cmentarzy. To, co widać publicznie, jest w praktyce rezultatem długiego procesu weryfikacji i korespondencji, a nie działaniem „pod publikę”.
Są granice, których nie przekraczam. Nie publikuję materiałów w sposób naruszający godność zmarłych i prywatność żyjących. Nie pokazuję „dla efektu” szczegółów, które nie są potrzebne do identyfikacji i zrozumienia sprawy. Nie ujawniam danych rodzin ani treści korespondencji bez ich wyraźnej zgody. Jeżeli rodzina przekazuje mi informacje, traktuję je jako powierzone i uzgadniam, co może być publiczne, a co powinno pozostać prywatne.
Druga granica to prawda źródłowa. Wyraźnie oddzielam to, co potwierdzone w dokumentach, od hipotez i przypuszczeń. Nie dopowiadam historii „ładnie” i nie upraszczam jej pod tezę. Jeżeli czegoś nie wiem, zaznaczam to wprost. Jeżeli zapis w dokumentach jest błędny, nie „poprawiam go na siłę”, tylko pokazuję, co wynika ze źródeł i gdzie są rozbieżności.
Trzecia granica to sposób mówienia o ofiarach. Unikam języka oskarżeń i uogólnień, bo to łatwo wypacza sens tej pracy. Moim celem nie jest blask fleszy, tylko przywracanie imion, miejsc i faktów – w sposób spokojny, sprawdzalny i oparty na źródłach.
Pamiętam zdjęcie spod cmentarza obozowego w Bisingen: w jednym kadrze miejsce śmierci i cierpienia, a w tle piękny zamek Hohenzollern. Ten kontrast – kultura tuż obok tragedii – zostaje w człowieku na długo
BT: Identyfikacja miejsc pochówku ludzi, którzy zmarli zniewoleni, poddawani przymusowej, wyniszczającej pracy, niesie ze sobą potężny ładunek emocjonalny. Nigdy nie zapomnę mojej pierwszej wizyty na cmentarzu w Brunszwiku, gdzie pochowano kilkadziesiąt dzieci polskich robotnic przymusowych. Z jednej strony małe, betonowe krzyże a za siatką przedszkole i krzyki bawiących się dzieci. Czy jest jakaś historia, która szczególnie Pana poruszyła? Coś, co w sposób szczególny zapadło Panu w pamięć?
Takich historii na przestrzeni lat było bardzo wiele – od dziwnych zdarzeń i zachowań spotykanych ludzi, po sprawy stricte związane z lokalizacją cmentarzy. Każda z nich zostawia ślad, ale są też takie obrazy, które wracają szczególnie mocno. Pamiętam choćby zdjęcie spod cmentarza obozowego w Bisingen: w jednym kadrze miejsce śmierci i cierpienia, a w tle piękny zamek Hohenzollern. Ten kontrast – kultura tuż obok tragedii – zostaje w człowieku na długo.
Ostatnio, około miesiąc temu, przeglądając dokumenty, natknąłem się na historię matki, która pod koniec wojny urodziła bliźniaki. Nie mam jej relacji – wnioskuję to wyłącznie z akt zgonu: jedno z dzieci zmarło po kilku dniach, drugie niespełna tydzień po pierwszym. Zatrzymałem się na tym na dłużej, bo zacząłem sobie wyobrażać, co musiała czuć w takiej sytuacji kobieta żyjąca w realiach przymusu i zniewolenia. Narodziny dzieci mogły być dla niej namiastką nadziei i nadaniem sensu temu, co i tak było niewyobrażalnie trudne. A potem w krótkim czasie przyszła podwójna strata – taka, po której normalny człowiek potrafi się załamać i stracić sens życia.
W tej historii jest jeszcze jeden wymiar: w dokumentach widać, że ta matka również zmarła, a wszystkich pochowano na tym samym cmentarzu. To są momenty, w których liczby i ewidencje przestają być „danymi”, a stają się konkretnym, ludzkim dramatem. I właśnie takie sprawy przypominają mi, dlaczego tak ważne jest przywracanie imion i faktów – nawet jeśli nie jesteśmy w stanie cofnąć cierpienia, możemy przynajmniej nie pozwolić, żeby ci ludzie zniknęli także z pamięci.
Jeśli chodzi o liczbę takich miejsc w Niemczech: wiemy, że jest ich wiele, ale nie ma jednej, kompletnej ewidencji „dziecięcych cmentarzy” w skali całego kraju
BT: Nasza wspólna znajoma, Ewa Weidmann od lat dba o groby dzieci polskich robotnic przymusowych w Böblingen. Dzięki Jej inicjatywie miejsce to zostało zauważone przez władze miasta, zaistniało na nowo w pamięci zbiorowej mieszkańców. Czy wiadomo, ile takich dziecięcych cmentarzy jest w Niemczech?
PK: Tak, Pani Ewa Weidmann robi dokładnie to, co w praktyce może zrobić każdy: zaopiekować się grobami naszych rodaków, poświęcić im trochę uwagi i zadbać o ich spokój. To z pozoru niewiele, a dla tych miejsc i dla pamięci o ofiarach – bardzo dużo. Gdyby takich osób było więcej, wiele spraw związanych z ochroną grobów w ogóle nie musiałoby wracać w formie problemu. Uważam, że szacunek z zewnątrz zaczyna się od szacunku do samych siebie: jeśli nie będziemy tej postawy pielęgnować, to ludzie, którzy próbują coś robić – ja, Pani Ewa i wielu innych – zawsze będą mieli pod górkę.
Jeśli chodzi o liczbę takich miejsc w Niemczech: wiemy, że jest ich wiele, ale nie ma jednej, kompletnej ewidencji „dziecięcych cmentarzy” w skali całego kraju. Trzeba też rozróżnić formy upamiętnienia: czasem są to odrębne cmentarze jak w Gantenwald, a czasem tylko wydzielone kwatery lub pojedyncze rzędy grobów dzieci na większych nekropoliach. Wiem, że nie są to przypadki jednostkowe – to zjawisko występuje w wielu regionach. I powiem wprost: nawet gdyby były tylko dwa takie miejsca, to i tak byłoby to o dwa za dużo.
Ważne jest również to, że wkrótce ma się ukazać publikacja IPN autorstwa Pani dr Karoliny Trzaskowskiej-Kubasik dotycząca tragicznych losów dzieci polskich robotnic przymusowych. Tego typu opracowania są potrzebne, bo porządkują wiedzę, opisują konkretne lokalizacje i pokazują szerszy kontekst – a to ułatwia i badania, i upamiętnienie, i rozmowę z instytucjami.
Wolontariuszem Pamięci może zostać praktycznie każdy, kto mieszka w Niemczech, ma w sobie cierpliwość, odpowiedzialność i szacunek do tematu
BT: Tworzenie tak szerokiej, dobrze opisanej bazy z pewnością przyciąga zainteresowanie badaczy, historyków, różnych instytucji. Jak układa się ta współpraca i na czym ona dokładnie polega?
PK: Współpraca rzeczywiście się pojawia, ale w praktyce jest dużo skromniejsza, niż mogłoby się wydawać po samej skali moich badań. Po stronie polskiej realnie współpracuję przede wszystkim z Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego – po zakończeniu prac w danym powiecie przekazuję moje ustalenia w uporządkowanej formie. Jestem też z MKiDN w stałym kontakcie i w razie potrzeby mogę konsultować bieżące kwestie.
Najważniejszy jest jednak dla mnie Konsulat Generalny RP w Monachium: mam z Konsulatem bardzo dobry, roboczy kontakt i jestem przez niego upoważniony do prowadzenia badań dotyczących polskich miejsc pochówku z okresu nazizmu. Konsulat wspiera moje działania i jest pierwszą instancją na miejscu, z którą mogę się skontaktować, gdy potrzebuję pomocy lub reakcji w trybie urzędowym.
Jeśli chodzi o Ambasadę RP w Berlinie: wcześniej miałem z nią kontakt, natomiast po zmianach personalnych i odejściu Pana Ambasadora D. Pawłosia tej współpracy nie ma. Przykładowo, na pismo z 18 grudnia 2024 r. do dziś nie otrzymałem odpowiedzi. Mówię to bez emocji i bez formuły pretensji – raczej jako opis realiów.
Po stronie niemieckiej mam natomiast sieć znajomych ludzi – historyków, archiwistów i społeczników – którzy zawsze chętnie mi pomagają, gdy pojawiają się pytania.
Proszę też pamiętać, że jestem osobą prywatną: bez wykształcenia historycznego i tytułów naukowych, niefinansowaną i niezależną. To może być mniej „atrakcyjne” w sensie formalnym, ale jednocześnie najlepiej pokazuje, że ta praca nie opiera się na pozycjach ani instytucjonalnych deklaracjach, tylko na faktach, źródłach i konsekwencji. Nie szukam kolejnych „zawodów” ani sporów. Koncentruję się na pomocy rodzinom – oczywiście w miarę moich skromnych możliwości – i to jest mój priorytet.
BT: Ostoja Pamięci wciąż rozrasta się, potrzebuje wolontariuszy – Wolontariuszy Pamięci. Kto może nim zostać?
Wolontariuszem Pamięci może zostać praktycznie każdy, kto mieszka w Niemczech, ma w sobie cierpliwość, odpowiedzialność i szacunek do tematu. Nie trzeba być historykiem ani znać archiwów. Najważniejsze są rzetelność, umiejętność pracy „bez skrótów” i gotowość do działania spokojnie, na podstawie faktów.
Szukam osób, które mogą pomóc w bardzo konkretnych, prostych zadaniach: zrobić aktualne zdjęcia kwater i nagrobków, sprawdzić stan faktyczny na cmentarzu (czy grób istnieje, jak jest oznaczony), spisać inskrypcje oraz przekazać podstawowe informacje o lokalizacji. Od początku do końca autorami przekazywanych materiałów – informacji i zdjęć – są wolontariusze. Ja dbam o to, aby ich wkład był jasno opisany, właściwie udokumentowany i w tej formie opublikowany na portalu.
Nie jestem w stanie prowadzić tych badań w pełnym wymiarze, bo to praca prywatna, wykonywana po godzinach i finansowana przeze mnie. W praktyce oznacza to, że tempo i zasięg działań zależą od czasu i środków, które mogę na to przeznaczyć. Dlatego chcę zbudować sieć wolontariuszy, których łączy wspólna pasja, ale też poczucie obowiązku i chęć niesienia pomocy rodzinom oraz dbania o miejsca spoczynku naszych rodaków.
BT: W jaki sposób popularyzuje Pan wiedzę o polskich grobach w Niemczech? Wiem, że miał Pan m.in. spotkanie z młodziezą szkolną, która z zainteresowaniem wysłuchała wykładu na temat Pańskiej pracy
PK: Przede wszystkim poprzez portal „Ostoja Pamięci”, który jest głównym, publicznym źródłem informacji i punktem startu dla rodzin oraz osób szukających konkretów. To tam publikuję zweryfikowane ustalenia, opisy miejsc i – tam, gdzie to możliwe – informacje o źródłach. Jestem również obecny w mediach społecznościowych i na You Tube.
Drugim kanałem są publikacje i wystąpienia: webinary oraz artykuły – zarówno moje, jak i materiały o moich badaniach w mediach. Nie zabiegam przy tym o uwagę dla siebie. Jestem człowiekiem, któremu lepiej wychodzi praca w zaciszu niż wygłaszanie morałów. Chętnie natomiast dzielę się warsztatem: pokazuję, jak wygląda praca ze źródłami, jak weryfikować informacje i jak przekładać dokumenty na stan faktyczny w terenie. Sama Pani wie, jak trudno dzisiaj przebić się z rzetelną informacją w tym medialnym szumie – dlatego tym bardziej stawiam na konkret i konsekwencję, a nie na efekt.
Jeśli chodzi o szkoły, miałem jak dotąd jedno takie spotkanie – 15 listopada 2025 r. w polskiej szkole w Remseck, która jest najbliżej mojego miejsca zamieszkania. Opowiadałem o projekcie „Ostoja Pamięci”, o polskich grobach wojennych w Niemczech oraz o praktycznej stronie poszukiwań: od pracy w archiwach i analizy dokumentów po weryfikację miejsc pochówku na cmentarzach. To było dla mnie ważne doświadczenie, bo pokazało, że młode pokolenie i polskie środowiska w Niemczech są gotowe tę pamięć współtworzyć.
Rozmawiała Olga Doleśniak-Harczuk
Piotr Kentnowski – inicjator i twórca projektu „Ostoja Pamięci” (ostojapamieci.pl), niezależnej inicjatywy dokumentującej miejsca pochówku polskich ofiar II wojny światowej w Niemczech, ze szczególnym uwzględnieniem Badenii-Wirtembergii. Projekt został objęty patronatem honorowym Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Od lat prowadzi kwerendy archiwalne i weryfikację terenową, łącząc pracę na źródłach z ustalaniem stanu faktycznego na cmentarzach. Pozostaje w stałym kontakcie z Konsulatem Generalnym RP w Monachium i jest przez Konsulat upoważniony do prowadzenia badań dotyczących polskich miejsc pochówku z okresu nazizmu oraz opracowań historycznych w tym zakresie. Autor poradnika „Na tropie pamięci” – przewodnika dla osób poszukujących polskich ofiar II wojny światowej w Niemczech.
Jest laureatem Nagrody „Ambasador Pamięci” Instytutu Pamięci Narodowej. W 2024 r. został odznaczony przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Złotym Krzyżem Zasługi.
Zachęcamy Państwa do odwiedzania strony Ostoja pamięci – Polskie groby w Niemczech | Historia i Dziedzictwo



