Norymberga, przełom lutego i marca 1946 roku. Przy stoliku w hotelowej restauracji rozmawia dwoje młodych ludzi. Seweryna Szmaglewska, pisarka, lat 29, była więźniarka Auschwitz-Birkenau na przegubie dłoni ma bransoletkę z kolorowych kabelków. Ernst Michel, reporter, lat 22, przeszedł przez Auschwitz i Buchenwald, kiedy go pytają, jakim cudem przeżył, odpowiada: „dzięki kursowi kaligrafii”. O czym rozmawiają ci, którzy jeszcze niedawno patrzyli na świat z perspektywy obozowego baraku? „Wcześniej bardzo lubiłam tańczyć, a ty?”. „Gdzie niby miałbym tańczyć, w obozach?” „Jeszcze będziesz tańczył. I się zakochasz”. „Ty też jeszcze będziesz tańczyła”. W tle słychać Chopina, Nokturn Es-dur. Ona jako jedyna Polka będzie zeznawać przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym, on zapisze się w historii jako „Specjalny korespondent agencji DANA, Ernst Michel, nr obozowy 104.995”.
Film „Norymberga’45 – W obliczu zła” to półtoragodzinny, fabularyzowany dokument ukazujący procesy norymberskie z perspektywy dwojga młodych ludzi – Szmaglewskiej i Michela. Zamysłem scenarzysty, Dirka Eisfelda, było zwrócenie uwagi na wydarzenia sprzed ośmiu dekad młodym generacjom, stąd pomysł, by zderzyć procesową rzeczywistość Norymbergi’45 ze świadectwami tych dwojga. Fabuła rządzi się swoimi prawami więc część przedstawionych sytuacji to fikcja stanowiąca atrakcyjną ramę dla opowieści. Możliwe, że Szmaglewska (grana przez Katharinę Stark) i Michel (grany przez Jonathana Berlina) faktycznie się spotkali – jej nazwisko jako świadka zeznań pojawia się w relacjach młodego reportera, ale raczej nie rozmawiali o tańcu przy Chopinie, sama scena jest natomiast w warstwie symbolicznym, wymowna.
Scenariusz filmu osnuto na kanwie dwóch książek Seweryny Szmaglewskiej, „Dymy nad Birkenau” (1945), którą włączono do aktu oskarżenia procesów norymberskich i wydanej w 1972 r. książce „Niewinni w Norymberdze”. W paradokumencie posiłkowano się też archiwalnym wywiadem z Ernstem Michelem (zmarł w 2016 r. w wieku 93 lat), wypowiedziami jego córki Lauren Michel Shachar i rozmową z synem zmarłej w 1992 r. Seweryny Szmaglewskiej, profesorem anglistyki Jackiem Wiśniewskim.
Sceny ukazujące słynną salę przysięgłych nr 600 norymberskiego Pałacu Sprawiedliwości, w której od 20 listopada 1945 r. do 1 października 1946 r. toczył się pierwszy proces, główny przeciw 24 najważniejszym nazistowskim przywódcom wojskowym i politycznym, nakręcono nie w Norymberdze, a w Budapeszcie. Film powstał na zamówienie ARD i dzięki współpracy redakcji Spiegel – TV i Michaela Souvigniera, producenta filmu „Führer und Verführer” (Wódz i Uwodziciel, 2024), który pokazywał relację Hitlera i jego ministra propagandy, Josepha Goebbelsa.
„Nie są ani szaleńcami, ani supermenami”
Swoją telewizyjną premierę „Norymberga’45” miała 9 listopada o godz. 21.45. „Ten film zasługuje na lepszy czas antenowy” – ocenił dwa dni przed emisją w artykule dla „Welt Online” historyk Sven-Felix Kellerhoff. I pewnie nic wielkiego by się nie stało, gdyby 9 listopada, w dniu znamiennym dla niemieckiej historii (vide: proklamacja Republiki Weimarskiej 1918 r, pucz monachijski 1923 r., Noc Kryształowa 1938 r., upadek muru berlińskiego 1989 r.) „Norymbergę” pokazano o godzinie 20.15. w miejsce emitowanego od ponad półwiecza serialu kryminalnego „Tatort”. A jednak nie tyle kwestia godziny, ile daty mogłaby tu zastanawiać. Dlaczego pokazano ten paradokument 9, a nie 20 listopada, w okrągłą rocznicę rozpoczęcia procesów norymberskich? Może dlatego, że w Niemczech już od 7 listopada (wcześniej niż w Polsce) kina mają w swych repertuarach thriller historyczny „Norymberga” z Russelem Crowem w roli Hermanna Göringa i Ramim Malekiem wcielającego się w postać wojskowego psychiatry Douglasa M. Kelleya.
Film jest ekranizacją wydanej w 2013 r. książki amerykańskiego dziennikarza Jacka El-Haia „The Nazi and the Psychiatrist”, gdzie główna oś narracyjna dotyczy relacji Göringa z Kelleyem mającym za zadanie ocenić poczytalność wszystkich oskarżonych.
Szóstego dnia procesów norymberskich, w zachowanej audycji radiowej, Douglas M. Kelley zapytany przez amerykańskiego dziennikarza o cechy wyróżniające oskarżonych, Kelley mówi: „Nie są oni ani szaleńcami, ani supermenami. […] Ich zachowanie nie odbiega w więzieniu od tego, jakie przejawiali w życiu publicznym. Göring, Streicher i Ribbentrop pozostali showmanami; wojskowi Frank, Seyss-Inguart, Speer i Frick zachowują się z rezerwą”. Zapytany o najciekawsze typy osobowości wśród oskarżonych, Kelley na pierwszym miejscu wymienia Göringa, którego opisuje jako „silną osobowość ze skłonnością do skrajnego egocentryzmu, typ twardego przywódcy, który nie myśli o konsekwencjach [swojego postępowania – red.] i nie ma względu na nikogo”. Mówiąc o fanatycznym antysemityzmie Streichera, który zapewniał, że jest w stanie poznać „Żyda po jego twarzy, sylwetce, a nawet zapachu”, Kelley wspomina o eksperymencie z przydzieleniem byłemu naczelnemu „Stürmera” jasnowłosego, niebieskookiego tłumacza, który był Żydem zbiegłym w 1939 r. Niemiec. Streicher miał „serdecznie go przyjąć” i jeszcze wręczyć mu jakiś dokument z uwagą, że „może być on tłumaczony tylko przez prawdziwego aryjczyka”.
W czasie kilkumiesięcznego pobytu w Norymberdze Kelley spędził ok. 90 godzin na obserwacji i na rozmowach ze wszystkimi oskarżonymi w głównym procesie. Göring, który w sposób szczególny interesował amerykańskiego psychiatrę, nie czuł się w żadnym stopniu winny, postrzegał swoje działania w czasie wojny jako pełnoprawne i uważał fakt, iż to on, a nie Eisehhower, czy Patton, siedzi na ławie oskarżonych jest jedynie rezultatem przegranej.
Zdaniem Jacka El-Haia, Kelley „Ku swojemu rozczarowaniu doszedł do wniosku, że nie ma czegoś takiego jak >wirus nazizmu<, nie istniało żadne zaburzenie, które tłumaczyłoby działania [oskarżonych – red.] i prawie wszyscy badani, byli w jego opinii psychicznie zdrowi”. El-Hai wskazuje, że w czasach, gdy od psychiatrii oczekiwano odpowiedzi na pytanie, czy są istnieją specjalne predyspozycje, które ze zwykłego człowieka robią kryminalistę, Kelley musiał przyznać, że w Norymberdze nie znalazł potwierdzenia tej tezy.
Motyw doszukiwania się w zbrodniarzach nazistowskich demonizmu, złowrogiej siły, której zdiagnozowanie pozwalałoby sklasyfikować te nieludzkie czyny, jeszcze długo po Norymberdze będzie zaprzątać głowy psychiatrów, filozofów, prawników, pisarzy. I praktycznie za każdym razem okaże się, że za machiną masowej eksterminacji nie stały demoniczne istoty, tylko niewyględni panowie w garniturach o fizjonomii Eichmanna. Ta konstatacja była dla budowania powojennej kultury pamięci Niemiec (zwłaszcza zachodnich) wyjątkowo niewygodna.
Wracając do Kelleya, jego relacja z Göringiem jest opisywana przez El-Haia jako wyjątkowa. Psychiatra miał nie traktować Göringa jak pacjenta, tylko jak obiekt badań. W swoich notatkach Kelley opisywał byłego marszałka Rzeszy jako „człowieka o zimnym sercu”, bezwzględnego i absolutnie przekonanego o tym, że jego działania były słuszne. Z drugiej strony jako chętnie biorącego udział we wszelkich psychotestach i lubiącego rozmawiać o ich wynikach. Musiało go zresztą cieszyć najwyższe spośród wszystkich oskarżonych IQ (138) a każdy kolejny tekst był okazją do zaprezentowania swojej przewagi i zdolności subtelnego manipulowania otoczeniem.
Przed właściwą, 80 rocznicą „Norymbergi”, niemiecki widz może więc obejrzeć dwie produkcje zainspirowane dziełami literackimi. Skromny, niemiecki paradokument i historyczny thriller zrobiony z hollywoodzkim rozmachem. Choć Norymberga zainspirowała nie tylko reżyserów filmów, ale i musicali. Jeszcze w styczniu tego roku zainteresowani nieoczywistymi formami opowiadania o III Rzeszy, mogli się wybrać na musical osadzony w rzeczywistości „procesu stulecia”. Musical „Nürnberg’45 Aufbruch in die neue Zeit” opowiada historię miłosną niemieckiej dziewczyny Lilli i amerykańskiego dziennikarza Willy’ego. Ona pochodzi z „nazistowskiego domu”, on przyleciał do Norymbergii, by relacjonować proces. Historia tych dwojga reprezentujących dwa odmienne światy wieńczył happy w postaci wspólnego wyjazdu do Nowego Jorku, co było zwiastunem „nowego początku”.
Uśmiech Göringa
Już w pierwszej scenie paradokumentu ARD, pojawia się postać reportera skandynawskich mediów, Willy’ego Brandta. W 1945 roku Brandt ma 32 lata i po dwunastu latach na emigracji wraca do Niemiec, by relacjonować dla norweskiej gazety robotniczej procesy norymberskie. W filmie Brandt zawiera przy goleniu znajomość z młodym kolegą po fachu, Ernstem Michelem, w rzeczywistości nic nie wskazuje by się znali. Poznają się więc na potrzeby szerszej opowieści. Brandt będzie towarzyszył Michelowi w jego pracy specjalnego wysłannika agencji prasowej DANA (poprzedniczka DPA) posługującego się na prośbę redakcji numerem obozowym stawianym przy jego nazwisku. Córka Michela przyznaje w filmie, że unikała nauczenia się tego numeru na pamięć i to się udało. Dla Michela ten znak obecności w Auschwitz, a później w Buchenwaldzie staje się siłą rzeczy jego podpisem, jest świadectwem krzywdy, jaką mu wyrządzono i czymś, co nie pozwala mu opuścić prawie żadnego z dni procesowych.
Michel widzi Göringa (w tej roli świetnie ucharakteryzowany Francis Fulton-Smith) i pozostałych, arogancko uśmiechniętych. Wie, że musi być obiektywny i stara się relacjonować to, co widzi na chłodno, ale wspomnienia obozowe kipią domagając się opowiedzenia. Więc opowiada na raty – raz jako filmowy, młody Michel, często zwracając się wprost do widza, do kamery – innym razem jako prawdziwy Ernst Michel, którego świadectwo zachowało się na nagraniach. Z tych skrawków myśli, wspomnień, rozmów wyłania się młody chłopak, który przeżył, ponieważ ojciec wysłał go kiedyś na kurs kaligrafii. Ładny charakter pisma przydaje się do wypisywania list śmierci, nanoszenia jedno pod drugim imion i nazwisk pomordowanych. Michel obiecuje sobie, że każde z nich zapamięta. Potem widzimy jak z innym więźniem czeka pod gabinetem doktora Mengele. Ma przyprowadzać i odprowadzać więźniarki poddawane medycznym eksperymentom, w tym elektrowstrząsom. Przyprowadza pod gabinet kobiety, wywozi z niego ich ciała. Kiedy obrońca Göringa proponuje mu nieoficjalne spotkanie ze swoim klientem, w więziennej celi, Michel długo się zastanawia. Göring czyta jego relacje z procesu i chciałby go poznać. Michel w końcu się zgadza. Wchodzi do celi, a Göring wyciąga do niego dłoń na powitanie. Młody reporter nie wytrzymuje, odwraca się i bez słowa opuszcza celę. I ta sytuacja naprawdę miała miejsce. Nie miało natomiast miejsca spotkanie z Brandtem (Franz Dinda), a nawet jeżeli do niego przypadkowo doszło, to ani Brandt, ani Michel tego nie odnotowali w swoich wspomnieniach czy wywiadach.
„Zbrodniarze i inni Niemcy” – przyszły kanclerz nadaje z Norymbergi
W filmie Brandt spełnia zresztą intrygującą funkcję. Staje się ona czytelna dopiero wtedy, gdy spojrzymy na sposób budowania postaci starszego kolegi Ernsta Michela w kontekście książki Brandta „Verbrecher und andere Deutsche” („Zbrodniarze i inni Niemcy”) wydanej po norwesku w roku 1946. Książka w niemieckim tłumaczeniu ukazała się dopiero w 2018 r., blisko trzy dekady od śmierci Brandta. Książka ta była czymś więcej niż tylko relacją z procesów norymberskich, Brandt zasygnalizował w niej bowiem narrację, która stanęła u podstaw niemieckiego podejścia do wojennej przeszłości, do kwestii winy i odpowiedzialności, do tego, czy można winić cały naród za zbrodnie nazistowskich elit wojskowych, urzędniczych i politycznych. Słowem – tę książkę napisaną i wydaną w rok od zakończenia wojny można uznać za preludium do budowania niemieckiej polityki pamięci (Erinnerungspolitik), takiej, jaka obowiązuje do dziś w przekazie oficjalnym, w przemowach głównych polityków. I nie chodzi wyłącznie o warstwę treści, argumentów, ale przede wszystkim o słowo. Ponieważ o winie i odpowiedzialności w kontekście III Rzeszy pisało wielu, ale inaczej pisał Tomasz Mann, inaczej Karl Jaspers, zupełnie inaczej Willy Brandt i to, mimo że używali tych samych słów. Zestawienie Brandta z Jaspersem i Mannem nie jest przypadkowe, to pretekst do omówienia analizy dwóch niemieckich autorów: Volkera Wilda i Jana Ferdinanda, którzy na łamach Przeglądu Zachodniego (vide: „Verbrecher und andere Deutsche “Willy Brandts Narrativ nach dem Ende des Nazi-Regimes, Przegląd Zachodni, 2024, nr 2 (390); 119-138) odkurzyli książkę Willego Brandta w 79 lat od jej powstania konfrontując pogląd Brandta na zagadnienie winy i odpowiedzialności z poglądami Jaspersa i Manna.
Aby wiernie oddać więź łączącą filmowego Brandta z tym prawdziwym, musimy przeskoczyć do jednej ze scen paradokumentu ARD. Do sceny, w której Brandt zadaje Michelowi pytanie, czy „uważa on Niemców za winnych” [tego, co go spotkało jako niemieckiego Żyda w Niemczech -red.]. Na co Michel odpowiada: „Dla przyjaciół szkolnych z dnia na dzień stałem się powietrzem. Wyrzucono mnie z drużyny piłkarskiej. Potem ze szkoły. Nikt mi nie pomógł”. Brandt na to zauważa: „Nie każdy miał siłę na stawianie oporu, wielu też wyjechało. Czy ci, którzy zostali, stali się z tego powodu współsprawcami?” [niem. „Mittäter] Michel: “Dlaczego pytasz?” Brandt: „Bo zajmuje mnie to, gdzie zaczyna się wina. Kto jest w ogóle winny. Ci na ławie oskarżonych, ci na listach [urzędnicy, funkcjonariusze, poplecznicy etc.-red.], czy po prostu wszyscy?”. Tu wymiana zdań się kończy i pojawia się archiwalne nagranie Niemców owacyjnie witających Hiltlera i Göringa oraz komentarz córki Ernsta Michela, która mówi: „Każdy nazista był jak puzzel w dobrze działającej układance. Mój ojciec powtarzał mi jednak całe życie, że nie oskarża Niemców. Wybaczył im. Całe życie mnie zapewniał: Nie będę żył w nienawiści Lori, ponieważ nienawiść zżarłaby moje życie. Zbrodniarze powinni zapłacić, ale naród nie”. Fragment ten można zestawić z wcześniejszym, w którym Seweryna Szmaglewska po przybyciu do hotelu, jest prowadzona przez boya hotelowego do pokoju nr 23. Po drodze ten uprzedzająco grzeczny i rozgadany, niosący jej walizki pracownik hotelu z entuzjazmem wspomina jak „Marszałek Rzeszy, Göring rezydował tu zawsze podczas Parteitagów”. Kiedy Szmaglewska przekracza próg pokoju kamera zabiera widza do baraku w Auschwitz, bohaterka wchodzi do baraku z ogoloną głową, tak jak teraz wchodzi do pięknie urządzonego pokoju w Norymberdze. Boy zapewnia „łaskawą panią”, że w razie wszelkich pytań, może się zgłosić do recepcji. Szmaglewska patrząc na niego widzi żołnierza w niemieckim mundurze. Kiedy zostaje sama, zagląda pod łóżko i do pustych, hotelowych szaf. Po czym wpatrzona w oko kamery mówi:” Myślisz, że zwariowałam, bo szukam nazistów pod łóżkiem? Niemcy nie stali się nagle niegroźni tylko dlatego, że teraz noszą walizki”. Koniec sceny.
Rozmowa Brandta z Michelem, komentarz córki Michela, scena ze Szmaglewską „szukającą nazistów pod łóżkiem”, to te fragmenty, które bezpośrednio odnoszą się do pytania o winę i jej granice. Pytania, na które prawdziwy Willy Brandt odpowiedział w swojej książce z 1946 roku.
Ponadklasowy charakter nazistowskiej barbarii
Brandt wyemigrował z Niemiec w 1933 r. po dojściu Hitlera do władzy, trzy lata wcześniej wstąpił do SPD, ale szybko się okazało, że bliżej mu do Socjalistycznej Partii Robotnicze (SAPD)j. Po tym, jak zakazano SAPD, Brandt miał założyć jej oddział w Oslo i stamtąd kontynuować działalność antynazistowską. W analizie Wilda i Ferdinanda podkreśla się, że Brandt od początku swojej emigracyjnej ścieżki pisał artykuły opisujące rozwój sytuacji w nazistowskich Niemczech i jednocześnie wyrażające jego osobisty stosunek do śledzonych wydarzeń. W pierwszych artykułach ukazuje konflikty społeczne w Niemczech „w kategoriach swojego marksistowskiego światopoglądu jako niebędące do pogodzenia przeciwieństwa pracy i kapitału, postępu i reakcji”, po 1933 r. zaczyna dostrzegać „ponadklasowy charakter >nazistowskiej barbarii<” i zaczyna przeciwstawiać „Reżim nazistowski” — „Niemcom”, „zbrodniarzy” – „innym Niemcom”, a w pewnym momencie, pisze: „Nadchodzący kryzys lub wojna udowodni, że jeżeli nawet nie wszyscy, to w każdym wypadku większość Niemców to antynaziści…”, a w roku 1938, kiedy „mnożą się znaki o nadchodzącej wojnie, [Brand – red.] jest przekonany, że »robotnicy i chłopi przekształcą ewentualną wojnę nazistowską w wojnę wolnościową przeciwko nazistom«. Jak zauważają autorzy analizy, „w pewnym momencie musiał już pojąć, że chwytliwa fraza »Hitler to nie Niemcy«, jest już nie do utrzymania”. I dalej: „Pod wrażeniem Norymbergi, pojęcie winy i >odpowiedzialności< staną się pojęciami wiodącymi jego na nowo sformułowanej narracji, która umożliwiła mu wyrównanie napięcia między jego wizerunkiem patriotycznych Niemiec a obrazem przeszłości, której nie sposób zaakceptować […] Brandt opisuje narodowy socjalizm jako narodową katastrofę Niemców: Państwo nie istnieje, kraj jest w ruinie, >niemieckie imię< jest uwalane we krwi…[…] Reżim nazistowski z >diabelską planowością wydobyła z Niemców najniższe instynkty i najbardziej kryminalne cechy< i „czyniąc z nich narzędzia i ofiary nazizmu<”.
Polemika z „Czarnym rejestrem”
Wild i Ferdinand cytują jeszcze wiele pasaży zarówno z „norweskiej książki”, jak i artykułów Brandta, które wskazują, że przyszły kanclerz Niemiec uważał, iż Niemcy trzeba zbudować na nowo i wtłoczyć w orbitę państw cywilizowanych i te nowe Niemcy powinny przejść polityczną reedukację, by dobić do reszty państw, ale nie za cenę „sprawiedliwej kary”. Zdaniem Brandta Niemcy potrzebowały „pozytywnej prognozy”, którą połączył z narracją o „zwiedzionym narodzie”, który „nie ponosi żadnej winy za zbrodnie, ale jest gotowe wziąć na siebie odpowiedzialność za skutki tych zbrodni”. „I w tym kontekście należy rozpatrywać starania Brandta ukierunkowane na przeciwdziałaniu za granicą rozprzestrzenianiu się antyniemieckich nastrojów i tezy, że >wszyscy Niemcy są nazistami<” – czytamy.
Tu autorzy tekstu wspominają brytyjskiego dyplomatę lorda Roberta G. Vansittarta i jego wydaną w 1941 r. książeczkę „Czarny rejestr; Niemcy dawniej i dziś”, w której analizując niemiecką kulturę i historię, Vansittart wskazał na tendencje Niemiec do agresji i imperializmu, które w jego opinii doprowadziły do wybuchu II wojny światowej. Vansittart był przeciwnikiem polityki appeasementu i zdecydowanym krytykiem Niemiec (to Vansittart domagał się w sierpniu 1944 r. zwołania Parlamentu brytyjskiego dla omówienia odwetowego bombardowania Berlina za zniszczenia dokonywane przez Niemców w Warszawie). „Hitler nie był przypadkiem” – pisał autor „Czarnego rejestru”, a Brandt już w 1944 roku pozwolił sobie na polemikę z jego tezami zaś w książce „Verbrecher und andere Deutsche” odwołując się do oskarżeń Vansittarta pod adresem wszystkich Niemców, argumentował na ich obronę, że „Niemcy jako państwo spóźnionej demokracji było podatne na nacjonalizmy”. „Udało się Niemców podburzyć do odgrywania roli władcy świata, ale to przecież nie musi oznaczać, że wszyscy i na wieki są zbrodniarzami” – argumentował Brandt.
Poza nawiasem niemieckości
Trzecią część analizy niemieckich autorów stanowi wspomniane już zestawienie podejścia Brandta do kwestii winy i odpowiedzialności ze stosunkiem do tej samej kwestii Thomasa Manna i Karla Jaspersa. Zdaniem Wilda i Ferdinanda, Brandt inspirował się Mannem, zwłaszcza jego 52 odezwami na falach BBC skierowanymi do niemieckich słuchaczy w latach 1940-45, zdaniem autorów tekstu Brand musiał śledzić te wystąpienia Manna. Również te, w których Mann smaga swoich rodaków za „ich bezgraniczne posłuszeństwo” i „straszliwe przyzwolenie, z jakim naród niemiecki […] dopuszcza by w jego imieniu popełniano zbrodnie wołające o pomstę do nieba”. Brandt się Mannem inspiruje, ale nie idzie jego drogą. Jak czytamy: „O ile Mann obwinia zachowanie Niemców za zbrodnie nazistów, a tym samym [rysuje] związek między odpowiedzialnością a winą, o tyle Brandt przeciwstawia te dwa terminy z intencją uwolnienia Niemców od winy…”. […] Brandtowi wcale nie chodzi o to, by zaprzeczać niemieckości Hitlera i jego ludzi. Dla niego nie byli oni jednak prawdziwymi Niemcami. Byli raczej, tak jak to nieco później zasugeruje: > Zdrajcami ideałów i interesów narodu<.” Stąd w tytule książki „zbrodniarze” są przeciwstawiani „Niemcom”. Jakkolwiek by to karkołomnie nie zabrzmiało w polskich uszach, jest to element tej narracji, której istnienia należy być świadomym. Zresztą w związku z tytułem tej książki (mimomimo iż jeszcze długie lata czekała na niemieckie tłumaczenie) wiąże się pewna ciekawostka. W latach 60. przeciwnicy Brandta chcąc go zdyskredytować wspomnieli o napisanej na uchodźctwie książce przekręcając jej tytuł na „Niemcy i inni zbrodniarze”, co było oczywistym zmanipulowaniem intencji Brandta chcącego przecież odseparować „Niemców” od tytułowych „zbrodniarzy”.
U Karla Jaspersa z kolei, który wyróżniał pojęcia kary politycznej, moralnej, metafizycznej i karnej, ta pierwsza stanowiła punkt, w którym ocena autora „Wykładów Heidelberskich” totalnie rozjeżdżała się z narracją Brandta, w kwestię oceny winy moralnej Niemców Brandt w ogóle nie wchodzi, a kwestia odpowiedzialności i winy traktowana przez Jaspersa łącznie, u Brandta (jak już autorzy wykazali we fragmencie dotyczącym Manna) stoją po dwóch różnych stronach. W podsumowaniu analizy, jej autorzy przypominają, że Brandt upatrywał powodzenia reedukacji Niemców w stabilizacji gospodarczej i uważał, że narzucane z zewnątrz poczucie winy nie jest najlepszym początkiem reedukacji. W świetle tych konkluzji i przytoczonych przez niemieckich autorów przykładów rozmowa między filmowym Brandtem i Michelem przestaje być kawałkiem scenariusza, a staje się istotną wskazówką dotyczącą zarówno początków niemieckiej polityki pamięci, jak i przełożenia brandtowskiej narracji na dzisiejszy język. Język, który w tej sferze życia nadal funkcjonuje i obowiązuje i który był w swym jądrze taki sam dla Konrada Adenauera i Willego Brandta, jak później dla Angeli Merkel i Olafa Scholza.
Na marginesie, dotykającą już polskiego podwórka, ciekawostką z tekstu Wilda i Ferdinanda jest ich uwaga, że „w ramach podpisania układu między RFN a PRL, w grudniu 1970 r. kanclerz Willy Brandt przyznawał się do »niemieckiej winy« (niem. die deutsche Schuld), a nie do „winy Niemców” (niem. Schuld der Deutschen).
Matka już tego dziecka więcej nie widziała
Kiedy 27 lutego 1946 r. po długim oczekiwaniu na wezwanie na świadka, Seweryna Szmaglewska wejdzie na salę nr 600, opowie m.in. o tym, jak matkom, kilka minut po urodzeniu zabierano dzieci. I że, „matka już więcej nie widziała tego dziecka”. Jak ogląda się archiwalne nagrania zeznań, można odnieść wrażenie, że mało kto przejmował się opisami zbrodni, sala rozpraw przypominała ogromy, korporacyjny „open space” z ludźmi w słuchawkach, notujących, piszących albo tak jak Göring i jego kompani – uśmiechniętych.
„Zasadniczym celem aliantów było stworzenie fundamentów pod powojenny porządek prawny, nie zaś szczegółowe pochylanie się nad losem Żydów czy innej narodowości” – czytamy w artykule Szymona Pietrzykowskiego (vide: „(Nie)obecność Zagłady w Norymberdze”, Szymon Pietrzykowski, Przystanek Historia,18.07.2020).
W filmie ARD widzimy narastającą frustrację Szmaglewskiej, która wielokrotnie przychodzi do sądu, czeka w osobnym pokoju na swoją kolej i jest odsyłana do hotelu z krótkim komunikatem „dziś nie”. Te emocje widać i one się udzielają. Szmaglewska uciekła z marszu śmierci, błyskawicznie opisała w książce co widziała w obozie by zbrodniarze nie mogli zatrzeć swoich czynów, zrównoważona, poważna kobieta chcąca opowiedzieć to wszystko w miejscu, gdzie ma się dokonać akt sprawiedliwości, musi czekać.
Kiedy w końcu zostaje wezwana na salę, mówi podobnie jak pisała, rzeczowo, jakby nie była tam w środku, ale obserwowała obóz przez szybę. Syn Seweryny Szmaglewskiej wyjaśnia, że „matka mówiła tym samym głosem, który stworzyła dla siebie w swojej książce”. Michel nie będzie zeznawał, ale opisze zeznanie Polski. Artykuł z jej wymienionym nazwiskiem naprowadza na jej ślad Witolda Wiśniewskiego, kolegę z czasów studenckich, którego spotkała w obozie i tam obiecali sobie, że się pobiorą. Bransoletka z kolorowych przewodów, z którą się nie rozstaje była prezentem i został najdroższą pamiątką rodzinną.
Witold Wiśniewski zrobił ją z kolorowych przewodów wyrwanych z kokpitu zestrzelonego przez Niemców angielskiego samolotu. Po powrocie do Polski biorą ślub. Prof. Jacek Wiśniewski pokazuje do kamery stronę ze szkicownika swojej matki, który miała w obozie. Widać na nim dziewczynę w ładnej sukience, z długimi włosami i młodego mężczyznę stojącego po drugiej stronie drutów. Seweryna Szmaglewska tak chciała widzieć i zapamiętać spotkanie w Auschwitz. W sukience, z długimi włosami. To chyba jeden z najbardziej poruszających momentów tej opowieści.
Rudenko
Oczywiście, z polskiej perspektywy aż się prosi by twórcy „Norymbergi’45” choć zasygnalizowali, że sowieccy prokuratorzy nie byli dobrymi wujkami niosącymi sprawiedliwość a powojenna rzeczywistość była zdecydowania bardziej złożona. Pokazana w paradokumencie postać prokuratora Romana Rudenki, jako uczynnego Rosjanina dającego Ernstowi Michelowi wgląd do sowieckiego aktu oskarżenia, bardziej niż uwiera. Rudenko był w czerwcu 1945 r. obok Nikołaja Afanasjewa, oskarżycielem w procesie szesnastu przywódców Polskiego Państwa Podziemnego. W Norymberdze pełnił funkcję głównego oskarżyciela ze strony sowieckiej.
Jak czytamy na stronie IPN:
“W 1946 r. prokurator sowiecki Roman Rudenko wniósł akt oskarżenia o popełnienie zbrodni mordu na 11 tysiącach polskich oficerach w Katyniu przez niemiecki 537 Pułk Łączności. Sprawstwo kierownicze przypisywali Hermanowi Göringowi. Głównym dowodem było sprawozdanie komisji Burdenki. Sowieci oczekiwali, że Trybunał przyjmie te ustalenia przez przesłuchiwania świadków i oceny dowodów. Srodze się zawiedli – Trybunał wezwał po trzech świadków obrony i oskarżenia. (…)W okresie od 1 do 3 lipca 1946 r. sędziowie zapoznali się z materiałem dowodowym i przesłuchali świadków. Co ciekawe, w tym gronie nie znalazł się żaden Polak. Trybunał nie odwołał się też do dowodów rzeczowych posiadanych przez Polaków przebywających w tym momencie na emigracji”.
I dalej:
„W wyroku ogłoszonym w dniach 30 września i 1 października 1946 r. Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze nie uznał Niemców za winnych dokonania zbrodni katyńskiej, jednak nie wskazał winnych. Nie poruszono tej kwestii w sentencji wyroku.
Było oczywiste, że jeżeli nie udowodniono winy Niemcom, to zbrodnię popełnili Sowieci. Zarzut, że w wyroku nie przypisano im odpowiedzialności za mord w Katyniu jest uzasadniony z etycznego punktu widzenia. Trzeba jednak pamiętać, że proces toczył się przeciw niemieckim zbrodniarzom więc – niezależnie od uwarunkowań politycznych – z powodów formalnoprawnych nie można było oskarżać ani sądzić nikogo innego – dr Witold Wasilewski, IPN”. (żródło:https://katyn.ipn.gov.pl/kat/histori/walka-o-prawde/proces-norymberski/12099,Zbrodnia-katynska-na-wokandzie.html, ostatni dostęp: 12.11.2025
Olga Doleśniak-Harczuk



