Jak głosić przebaczenie i pokój, gdy ludzie wciąż odnajdują ciała swoich bliskich? Takie pytanie padło w wywiadzie katolickiego portalu „Crux” z biskupem Sébastienem-Josephem Muyengo Mulombem, duszpasterzem Uviry, miasta w prowincji Kiwu Południowe położonego na wschodzie Demokratycznej Republiki Konga (DRK). Wywiad został opublikowany 26 marca tego roku, w czasie, gdy na wschodzie DRK teoretycznie od ponad miesiąca powinien panować już pokój. Pokój wynegocjowany pod auspicjami USA, W Waszyngtonie, między Demokratyczną Republiką Konga a Rwandą jeszcze w 2025 roku. Tymczasem biskup Uviry mówi w rozmowie z „Crux” o odkryciu dwóch zbiorowych mogił, w których były ciała 172 osób. A to dopiero pierwsze tego typu upiorne znalezisko. „Ludność żyje w atmosferze spustoszenia i zaczyna przyzwyczajać się do tego rodzaju tragedii. Na tym polega niebezpieczeństwo: kiedy zaczyna się przyzwyczajać do zła, bagatelizuje się je” – dodaje biskup. Berliński Tygiel od lutego, od chwili, gdy sprawa ważącego się zakończenia wieloletniego konfliktu w DRK znalazła się na agendzie Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa, rozmawia z ludźmi, którzy są z Kongiem związani i potrafią ustosunkować się do historii, teraźniejszości i przyszłości tego państwa, do tego, jakie miejsce zajmuje ono w topografii interesów współczesnego świata, a trzeba powiedzieć, że z uwagi na przebogate złoża m.in. metali ziem rzadkich, DRK jest jednym z najważniejszych państw Afryki. To tu – mówiąc najogólniej – bije serce światowej elektromobilności i nie tylko.
6,4 miliona ludzi zmuszonych do ucieczki; 26,6 miliona zagrożonych głodem (jedna czwarta populacji DRK), nieustalona do tej pory liczba kobiet i dziewcząt, wobec których dopuszczono się przemocy seksualnej, ludzie stłoczeni w obozach dla uchodźców, to krajobraz tragedii, jaka od dziesięcioleci trawi wschodnie prowincje Demokratycznej Republiki Konga. O tym, jak wygląda sytuacja na miejscu opowiedziała kilka tygodni temu w wywiadzie da Berińskiego Tyga, Neema Namadamu, założycielka stowarzyszenia Hero Women Rising & Synergy of Congolese Women’s Associations. Aktualnie na terenach objętych konfliktem trwa sukcesywne wypieranie rebeliantów grupy M23 [Ruch 23 Marca – kongijska grupa rebeliancka założona z dezerterów z armii narodowej, którzy są członkami plemienia Tutsi] ze wschodu kraju, co nie jest łatwe. ONZ przestrzega przed pogłębiającym się kryzysem humanitarnym, nieliczne portale internetowe informujące o aktualnym przebiegu „zaprowadzania pokoju” w regionie, zwracają jednocześnie uwagę na umowy zawierane w cieniu tego procesu – zwłaszcza te dotyczące chińskiego udziału w eksploatacji kongijskich złóż kobaltu, miedzi, litu i koltanu. Wyścig o umowy podpisywane w Kinszasie na dobre ruszył, a głównymi graczami i konkurentami o jak najlepszy dostęp do wydobycia kluczowych surowców są Chiny i USA.
Od 1 maja bezcłowy eksport z DRK do Chin
Jak podaje portal miningweekly.com: „Eksport Konga do Chin już od 1 maja ma korzystać z bezcłowego dostępu do Chin w ramach inicjatywy obejmującej 53 kraje afrykańskie. Nowa umowa określa współpracę w zakresie geologicznego udostępniania danych, ochrony inwestycji i promowania lokalnego przetwarzania surowców w Kongo-wynika z opublikowanego w czwartek [26 marca – red.] późnym wieczorem komunikatu rządu Konga. Umowa obejmuje również mechanizm monitorowania w celu zapewnienia zgodności projektów z prawem kongijskim i jest wdrażany w stabilnym i przejrzystym środowisku inwestycyjnym. Sztandarowy projekt rudy żelaza w północno-wschodnim Kongo, znany jako MIFOR, otrzyma priorytetowe wsparcie od Chin-poinformowano w oświadczeniu. „USA z pewnością dadzą o sobie znać. To wyraźna riposta dla Waszyngtonu” – powiedział o nowej umowie Joshua Walker z NYU’s Congo Research Group. Administracja Trumpa podpisała w grudniu strategiczne partnerstwo z Kongiem w celu zwiększenia inwestycji Zachodu, przekierowania dostaw minerałów i zmniejszenia dominacji Chin w wydobywaniu i przetwarzaniu minerałów krytycznych. Od tego czasu Kongo podzieliło się listą priorytetowych aktywów z USA, choć jego rząd zapowiedział, że będzie poszukiwał innych partnerów, jeśli umowa z Waszyngtonem nie dostarczy konkretnych projektów. Walker zauważył, że umowa Konga z USA jest szersza i wiążąca [niż ta z Chinami -red.], wspierając bezpieczeństwo handlowe we wschodnim Kongo, gdzie Kinszasa toczyła wieloletni konflikt ze wspieranymi przez Rwandę rebeliantami, o dostęp do górnictwa, ale ponieważ Pekin i Waszyngton konkurują globalnie o zasoby, rząd kongijski, który stara się wykorzystać ogromne rezerwy krytycznych minerałów w kraju, nie wybiera stron”.
Geneza konfliktu na wschodzie DRK
Kiedy ruszała praca nad tym artykułem, w Monachium trwała jeszcze Konferencja Bezpieczeństwa (MSC). Była ona, praktycznie w całości, poświęcona kwestiom związanym z wojną na Ukrainie i stosunkom państw Europy ze Stanami Zjednoczonymi. Na marginesie szczytu toczyły się jednak i inne dyskusje. Jedna z nich dotyczyła sytuacji w Afryce i wyczekiwanego zgodnie z podpisanym w 2025 r. w Waszyngtonie przez szefów dyplomacji DRK i Rwandy porozumienia o zakończeniu konfliktu we wschodnich prowincjach Konga.
W ramach MSC zorganizowano nawet pokaz filmu ukazującego DRK jako państwo przebogate w surowce i jednocześnie od blisko 30 lat miotane konfliktami rujnującymi życie ludności cywilnej. To wtedy powstał pomysł, by spojrzeć na ten kraj przez soczewkę Berlińskiego Tygla. W projekcie zgodzili się wziąć udział niemieccy i kongijscy eksperci z różnych dziedzin. Autorzy książek, prawnicy, socjolodzy, dyplomaci, eksperci fundacji politycznych i szefowie organizacji humanitarnych. Jak by nie patrzeć, Niemcy jako państwo, z jednej strony zredukowali swoją pomoc dla państw Afryki, a z drugiej strony w umowie koalicyjnej chadeków i socjaldemokratów zasygnalizowano zmianę podejścia do wsparcia udzielanego w ramach tzw. pomocy rozwojowej i powiązania jej z żywotnym interesem państwa niemieckiego. DRK jako państwo o strategicznym znaczeniu dla światowej produkcji sektora nowych technologii i elektromobilności zdaje się w tym kontekście kluczowe, nawet jeżeli w przestrzeni publicznej (i konferencyjnej) nie zajmuje najbardziej wyeksponowanej pozycji.
Podłożem konfliktu na wschodzie DRK jest z jednej strony walka sąsiednich państw oraz ok. stu lokalnych grup zbrojnych o kontrolę nad bogatymi złożami bogactw naturalnych (m.in. złota, koltanu, wolframitu), a z drugiej dramatyczne zaszłości na tle etnicznym będące następstwem ludobójstwa w Rwandzie 1994 roku. Zgodnie z zapisami zawartego w ubiegłym roku Porozumienia Waszyngtońskiego, 18 lutego na wschodzie DRK miał już zapanować pokój, ale część ekspertów pozostała sceptyczna wskazując, że zawarty pod auspicjami Stanów Zjednoczonych pokój kongijsko-rwandyjski mający de facto zneutralizować konflikt przez powiązanie gospodarek DRK, Rwandy i USA w sektorze wydobywczym [ Tu odsyłamy do analiz dr. Jędrzeja Czerepa, koordynatora programu Bliski Wschód i Afryka PISM:https://www.pism.pl] nie uwzględnia „słonia w pokoju”, czyli rebeliantów z prorwandyjskiej Grupy M23 okupujących wschód DRK i kontrolujących bogate złoża metali ziem rzadkich w tym regionie. Oficjalnie rebelianci M23 nie są wspierani przez Rwandę, co formalnie nie zobowiązuje ich do wycofania się ze wschodnich prowincji DRK.
Na marginesie Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium, szefowa kongijskiej dyplomacji, Thérèse Kayikwamba Wagner, podkreślała, że „należy zrobić wszystko, by zatrzymać ostrzał”. Jak na razie jednak ze wschodnich prowincji kraju wciąż docierają doniesienia o kolejnych niepokojących sytuacjach, a we wspomnianym na początku wywiadzie biskupa Uviry dla portalu „Crux”, pojawia się nawet termin „cmentarnego pokoju”. Takiego, „w którym przemoc działa w ciszy, a ludność jest narażona na znieczulicę wobec zła”. Mówiąc o odkryciu dwóch zbiorowych mogił na wschodzie Uviry, biskup dodaje: „Zastanawiam się, jakie podobne rzeczy odkryjemy na wszystkich tych okupowanych terenach, gdy tylko przywrócona zostanie władza państwowa – o ile nie jest to tylko mrzonka. […] Z tego, co nam wiadomo, ofiarami byli nie tylko cywile podejrzani o wspieranie armii (kongijskiej), ale także młodzi ludzie, którzy odmówili przymusowej rekrutacji, członkowie rodzin, którzy nie chcieli oddać swoich dzieci, oraz świadkowie tych operacji. Nie ma lepszego sposobu na zniszczenie tkanki społecznej. Wyobraźcie sobie, jaką traumę to wywołuje” – mówił biskup Muyengo Mulombe.
Patronat Waszyngtonu nad umową pokojową był w głównej mierze powodowany chęcią wyparcia wpływów chińskich z przemysłu wydobywczego DRK i ponownego sprowadzenia na wschód kraju firm amerykańskich. Toczący się od przeszło trzech dekad konflikt nie zachęcał amerykańskich inwestorów do powrotu, zresztą – jak podkreślają rozmówcy Berlińskiego Tygla – jakiekolwiek działania na wschodzie Konga latami były i wciąż są obarczone ryzykiem utraty życia i nie tyczy się to bynajmniej tylko zagranicznych firm sektora wydobywczego skuszonych bogactwami DRK, ale również organizacji humanitarnych.
Zaangażowanie bez zmiany realiów na miejscu
A jak w tym wszystkim wypada Europa? Państwa Unii Europejskiej udzielają finansowego wsparcia organizacjom humanitarnym działającym w DRK, część mniejszych organizacji pomaga jednak ludności cywilnej (np. budując szkoły i dając wędkę do finansowej niezależności) za pieniądze pochodzące z prywatnych darowizn. Ponadto, zimą 2024 r. Rada Europejska nałożyła sankcje m.in. na dwóch przywódców Grupy M23, a w styczniu 2025 r. UE oficjalnie potępiła działania M23 na wschodzie kraju. Zdaniem części ekspertów, samo potępianie jednak nie wystarczy.
Zainteresowanie sytuacją w DRK różnie się też kształtuje w poszczególnych państwach UE. W Niemczech klub parlamentarny Zielonych wystosował w połowie listopada 2025 r. zapytanie do rządu federalnego w związku z aktualną sytuacją w Kongu. Zieloni zarzucali rządzącym niedostateczne zainteresowanie regionem i katastrofą uchodźczą spowodowaną m.in. aktywnością M23.
W swojej odpowiedzi rząd Niemiec zapewnił, że trzyma rękę na pulsie, wielotorowo angażuje się na rzecz rozwiązania konfliktu w ramach instytucji międzynarodowych i wspiera pomoc humanitarną dla ludności cywilnej cierpiącej na skutek ucisku, porwań oraz przemocy, również tej seksualnej doznawanej ze strony rebeliantów. Podkreślono ponadto, że w 2024 r. rząd Niemiec przekazał 56,9 mln euro na pomoc humanitarną dla DRK, a w roku 2025 było to 35 mln. Spadek środków przeznaczonych na ten cel to pokłosie cięć w Federalnym Ministerstwie Współpracy i Rozwoju (BMZ), którego fundusze przeznaczone na tzw. pomoc rozwojową stopniały z 2,23 mld w roku 2024 do 1,05 mld w roku 2025, co siłą rzeczy przełożyło się na zmniejszenia wsparcia dla państw Afryki. Przy czym Niemcy tuż po USA, zaliczali się do największych darczyńców na tym odcinku. O cięciach w swoim resorcie mówiła zresztą na Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium, szefowa BMZ, Reem Alabali-Radovan (SPD) podkreślając, że jej kraj w dalszym ciągu jest jednym z najbardziej zaangażowanym w pomoc innym.
Europa nie może oczywiście narzucić pokoju na wschodzie Konga. Pytanie jednak brzmi, czy stary kontynent jest gotów być częścią rozwiązania, zamiast milcząco przypatrywać się tragedii. Zbyt długo międzynarodowa reakcja na sytuację w DRK była minimalistyczna: robi się tyle, by zasłużyć na miano zaangażowanych, ale nigdy na tyle, by zmienić realia na miejscu – stwierdził w felietonie opublikowanym 12 lutego na dzień przed rozpoczęciem Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa, w Journal für Internationale Politik und Gesellschaft (IPG Journal) Constantin Grund, dyrektor biura Fundacji Friedricha Eberta w Kinszasie. Berliński Tygiel rozmawiał wtedy również z autorem tego felietonu.
Constantin Grund, szef biura Fundacji Friedricha Eberta w Kinszasie: Logika, zgodnie z którą priorytetowo traktuje się wyłącznie czynniki ekonomiczne i obiecuje, że wszyscy razem staną się bogaci, jest oczywiście zbyt uproszczona
Berliński Tygiel: Jak z perspektywy biura w Kinszasie, ocenia Pan sytuację na wschodzie DRK?
Constantin Grund: Jest dramatyczna, zwłaszcza dla ludności cywilnej. Statystyki mówią o 7,5 miliona osób przesiedlonych wewnątrz kraju, do tego dochodzi milion osób, które musiały uciekać z Konga za granicę. Liczby nie oddają w pełni ogromu cierpień, ale dają wyobrażenie o skali problemu. I chociaż kryzys we wschodniej części Konga nie dorównuje pod względem liczb sytuacji w Sudanie, jest to obecnie drugi co do rozmiaru kryzys humanitarny w Afryce i drugi najdłużej utrzymujący się konflikt na tym kontynencie a trwająca już blisko 30 lat Misja Pokojowa ONZ we wschodniej części kraju, MONUSCO, jest jedną z najdłużej istniejących.
BT: Zgodziłby się Pan z oceną, że mieliśmy, czy mamy w DRK do czynienia z „zapomnianą wojną”?
CG: Nie, nie zgadzam się z taką diagnozą. Obserwatorzy, eksperci i analitycy zajmujący się Afryką Środkową i regionem Wielkich Jezior bardzo uważnie śledzą rozwój sytuacji i sporządzają odpowiednie raporty. Ja również należę do tej grupy. Można jednak zrozumieć, że inne kryzysy na świecie, czy to wojna na Ukrainie, stosunki transatlantyckie, erozja porządku międzynarodowego, czy też zmiany klimatyczne, wyraźnie przesłaniają tę sytuację.Takich konfliktów jak ten we wschodniej części Konga, skomplikowanych i długotrwałych nie da się rozwiązać z dnia na dzień. Zrozumiałe jest zatem, że uwaga międzynarodowych decydentów skupia się na innych kwestiach. Kontrastuje to z dramatyczną rzeczywistością mieszkańców wschodniego Konga, dla których rozwiązanie konfliktu ma oczywiście absolutny priorytet. Dotyczy to również rządu w Kinszasie, który obecnie robi wszystko, co w jego mocy, aby odzyskać kontrolę nad terytorium utraconym na rzecz M23. Niestety, otrzymywane wsparcie jest wciąż niedostateczne.
BT: Z czego wynika?
CG: Ujmę to tak: sytuacja we wschodniej części Konga jest dramatyczna, ale z punktu widzenia międzynarodowych decydentów pozostaje ostatecznie pod kontrolą. Oczywiście wszyscy obserwatorzy wiedzą, że we wschodniej części Konga codziennie giną ludzie, ale dopóki nie dochodzi do większych masakr ludności cywilnej, które są również dokumentowane, z punktu widzenia Europy sytuacja pozostaje jednym z wielu konfliktów, z którymi można sobie poradzić.
BT: A jak wobec tego ocenia Pan wysiłki podejmowane przez administrację USA na rzecz pokoju na wschodzie DRK?
CG: Ten konflikt ma długą historię i staje się coraz bardziej skomplikowany. Nie można po prostu pojechać, zwołać konferencję pokojową i mieć nadzieję, że problem rozwiąże się w ciągu czterech tygodni. Moim zdaniem jest to błędne założenie ze strony amerykańskiej administracji, która na początku grudnia ogłosiła publicznie porozumienie pokojowe, mimo że większość istotnych szczegółów nie została jeszcze uregulowana. Każdy, kto widział ceremonię w Waszyngtonie to rozumiał.Logika, zgodnie z którą priorytetowo traktuje się wyłącznie czynniki ekonomiczne i obiecuje, że wszyscy razem staną się bogaci, jest oczywiście zbyt uproszczona. Chodzi tu bowiem o zupełnie inne kwestie, na przykład o kontrolę polityczną we wschodniej części Konga i w regionie Wielkich Jezior. Nie można teraz skupiać się wyłącznie na tym, w jaki sposób złoto, koltan i inne minerały ze wschodniego Konga trafiają na rynek międzynarodowy przez Rwandę. Jest to tylko jeden z aspektów, na którym moim zdaniem administracja amerykańska zbytnio się skupia. Widzimy już, że porozumienie amerykańskie nie prowadzi do uspokojenia sytuacji, a walki trwają nieprzerwanie każdego dnia. Tysiące ludzi nadal codziennie ucieka przez granicę do Burundi i Ugandy. Kraje te muszą jakoś sobie z tym poradzić, a nie otrzymują wystarczającego wsparcia, aby dobrze zająć się uchodźcami.
BT: Unia Europejska też nie traktuje sprawy zażegnania tego konfliktu priorytetowo.
CG: To prawda, ponieważ Ukraina odgrywa ważną rolę, Grenlandia odgrywa ważną rolę, przyszłość NATO odgrywa ważną rolę, kable podmorskie na Morzu Bałtyckim są zagrożone i tak dalej. Wszystkie te wyzwania polityczne są znacznie bliższe rzeczywistości Niemiec czy Polski więc skupianie się w pierwszej kolejności na problemach bliższych naszej części świata, jest zrozumiałe. Tyle że dla mieszkańców wschodniego Konga sytuacja pozostaje katastrofalna. Ci ludzie bez wątpienia zasługują na większe wsparcie.
Jürgen Daldrup: To są obszary rolnicze i jak na przykład rolnicy hodują krowy, to im sięte krowy zabija i w ten sposób zastrasza
[Założyciel stowarzyszenia Mission Kongo e.V. pomagającej dzieciom w DRK]
Berliński Tygiel: Od dwunastu lat Pańskie stowarzyszenie pomaga dzieciom i młodzieży w Kongu, jak na przestrzeni tego okresu zmienił się ten kraj?
Jürgen Daldrup: Trzeba sobie wyobrazić ogrom samej Demokratycznej Republiki Konga, DRK zajmuje powierzchnię całej Europy Zachodniej, to przeogromny kraj. Regularnie podróżuję do Kinszasy i na zachód kraju. Sytuacja na tych terenach odbiega od tego, o czym słyszymy w telewizji. Dochodzą do nas głównie informacje o wojnie, gwałtach, ofiarach, łamaniu praw człowieka, czasem jeszcze o Eboli, ale przecież to nie dotyczy całego obszaru Konga. W Kinszasie i okolicznych regionach sytuacja również jest napięta, ale stopniowo widać postępy. Nasza organizacja od początku realizowała projekty na wschodzie kraju, w Południowym Kivu, w Bukavu, gdzie znajduje się też kinika Nobisty, doktora Denisa Mukwegego. W Południowym Kivu zbudowaliśmy szkołę, a rok później doszło na jej terenie do licznych napadów, z troski o bezpieczeństwo uczniów trzeba było zamknąć szkołę na ponad rok. Mamy nadzieję, że budynek nie ulegnie zniszczeniu wskutek konfliktu.
BT: Z czego finansujecie misję stowarzyszenia?
JD: Cały projekt opiera się na darowiznach. Ludzie nie chcą jednak przekazywać darowizn na budynek, wolą wspierać edukację dzieci. Wsparcie obejmuje zatem nie tylko budynek szkoły, ale także dzieci, które mogą do niej uczęszczać. Współpracowaliśmy też z dużą niemiecką firmą ubezpieczeniową, zależało nam na rozbudowie budynku szkoły ze względu na wzrastającą liczbę uczniów. Dostarczyliśmy nawet materiały na miejsce, co jest dość skomplikowane, a rok później musieliśmy sprzedać cały materiał po uzgodnieniu z darczyńcą, ponieważ z uwagi na konflikt po prostu nie dało się tego zrealizować. Ludzie są zastraszani. To są obszary rolnicze i jak na przykład rolnicy hodują krowy, to im się te krowy zabija i w ten sposób zastrasza. Samo już poruszanie się po tym obszarze jest niebezpieczne, nikt tam nie chce budować nowych domów, ponieważ istnieje spore ryzyko, że pracownicy zostaną zabici na placu budowy. Zresztą trudno wznosić nową szkołę, kiedy dzieci, które muszą pokonać do niej np. dystans pięciu kilometrów nie mają zapewnionej bezpiecznej drogi. Aby cokolwiek zmienić, potrzebny jest pewien poziom pokoju. Jeśli sytuacja się nie zmieni, to każda organizacja, niezależnie od wielkości, będzie ryzykowała zmarnotrawieniem zasobów.
BT: A jak Pan postrzega międzynarodowe wysiłki na rzecz rozwiązań pokojowych w DRK?
JD: Wschodnia część Konga posiada niewyobrażane bogactwa, które wszyscy chcieliby kontrować. Jest tam złoto, koltan, wszystkie pierwiastki ziem rzadkich. Zainteresowanie społeczności międzynarodowej rzeczywistą zmianą tej sytuacji trzyma się zatem w ryzach. Od 1994 r. w tym regionie zginęło na skutek konfliktów ok. 6 mln ludzi. W Europie mało kto zdaje sobie sprawę z tego ludobójstwa. Rządy nie są zbytnio zainteresowane stabilizacją sytuacji, firmy tym bardziej że wtedy trzeba by za te wszystkie surowce zapłacić znacznie więcej. […] Zdarza mi się opowiadać w niemieckich szkołach o sytuacji w DRK, ale to interesuje garstkę uczniów, najbardziej zainteresowani są z reguły ci z afrykańskimi korzeniami.
BT: Wracając do wspierania udzielanego przez Mission Kongo, ilu dzieciom udało się pomóc?
JD: Od 14 lat co roku przyznajemy stypendia szkolne dla około 170–200 dzieci. Ponadto zbudowaliśmy szkoły, których inaczej by nie było i do których dzieci uczęszczają na bieżąco. W ciągu ostatnich dziesięciu lat skorzystało z tej możliwości od 8 do 10 tys. dzieci. Mamy stałych partnerów w Kongo. Niektórzy z nich przeszli do innych organizacji i nadal udzielają wsparcia, nawet jako dorośli. Zasadniczo finansujemy edukację na poziomie szkoły podstawowej i średniej. W wyjątkowych przypadkach przyznajemy również stypendia uniwersyteckie. Jest to jednak skomplikowane i wymaga innych ram finansowych. Czasem jest tak, że dziewczynka otrzymuje edukację, sama zostaje nauczycielką, a potem zarabia na swoje utrzymanie ucząc. Naszym celem jest wykształcenie dzieci i młodzieży tak, aby w końcu mogły prowadzić samodzielne, szczęśliwe życie. Przy czym jest wiele ścieżek, które udzie obierają. Ktoś kończy weterynarię i potem opiekuje się zwierzętami na wsi, inni zaciągają niewielką pożyczkę, zakładają własną firmę i zapewniają np. dostępność leków da zwierząt gospodarczych. Inni po prostu zostają pasterzami tak jak ich ojcowie i dziadkowie. Nasze wymagania nie są zbyt wysokie, ale każdy powinien otrzymać wystarczające wykształcenie, aby móc wybierać i rozumieć te wybory. Osobom, które chodziły do szkoły tylko przez rok lub w ogóle do niej nie uczęszczały, trudno pojąć takie zależności.
BT: A jak wygląda kwestia współpracy z lokalnymi podmiotami?
JD: Mamy trzech lub czterech pracowników, a więc obecnie trzy stałe stowarzyszenia partnerskie, które nie są osobami fizycznymi, ale zgodnie z prawem kongijskim samymi stowarzyszeniami. Na przykład w Kinszasie jest to organizacja prowadząca dom dziecka i szkołę, którą wspieramy od samego początku. Na wschodzie Konga działa również stowarzyszenie, angażuje się również na rzecz osób niepełnosprawnych, a także w pewien sposób działa na rzecz ochrony przyrody, realizując programy ponownego zalesiania, z którymi jednak nie mamy nic wspólnego. Są to stowarzyszenia, które mają różne obszary działalności, a my współpracujemy z nimi wyłącznie w zakresie edukacji. Ta pomoc z naszej strony działa tylko wtedy, gdy pracuje się z ludźmi na miejscu. Najtrudniejsze jest z pewnością, pomijając niestabilną sytuację polityczną, to, że nie można planować na lata naprzód. Jestem jednak dobrej myśli i sądzę, że sytuacja się ustabilizuje.
BT: Z rozmów z innymi osobami związanymi z DRK, wiem, że poważną przeszkodą w niesieniu pomocy na miejscu jest wszechobecna korupcja. Jak to wygląda z perspektywy Pana działalności?
JD: Korupcja jest ogromnym problemem. Ze względu na to, że wielu ludzi żyje tu w bardzo skromnych warunkach, organizacje muszą bardzo uważać, ile pieniędzy lub środków trafia do poszczególnych osób. Jeśli bowiem dysponują one kwotami, które mogą stanowić równowartość czyiś dochodów całego życia, pokusa, by uciec z pieniędzmi, jest ogromna. Dlatego unikamy przedsięwzięć jednoosobowych, roztropniej jest współpracować z organizacjami, które i zatrudniają 20-30 osób będącymi ich stałymi pracownikami i przy okazji kontrolują sytuację. Dlatego pewnie w ostatnich dziesięciu latach nie przytrafiły się nam jakieś przykre sytuacje z pieniędzmi w tle, ale jak porozmawia się z dużymi organizacjami, od razu przyznają, że prawie nic nie robią w Kongu, ponieważ po prostu nie udaje im się opanować korupcji. A jest ona wszechobecna i dotyczy to również spraw absolutnie oficjalnych, jak ubieganie się o paszport lub wizę.
BT: Może Pan podać konkretne przykłady?
JD: Jakiś czas temu złożyliśmy wniosek o pozwolenie na budowę szkoły podstawowej w Kinszasie. I to, co pierwotnie miało kosztować około 500 dolarów, ostatecznie kosztowało 3 tysiące dolarów. Każdy dostaje swoją dolę za pośrednictwo. Jest prawnik, jest pracownik prawnika, jest sąd. Jest tam mnóstwo ludzi, którzy właściwie są zatrudnieni w służbie publicznej, ale jednocześnie tak słabo opłacani, że nie stać ich na posłanie dzieci do szkoły. I wtedy pada na przykład takie zdanie: „Dobrze, chcecie tu zbudować dużą szkolę, być może za kilkaset tysięcy dolarów, to ja też chciałbym na tym skorzystać i kupić własnym dzieciom nowe koszulki”. Nie uważam więc, że te pieniądze trafiają do jakichś bogatych ludzi, ale są faktycznie rozdzielane między osoby, które częściowo pracują w służbie publicznej lub mają coś do powiedzenia. Tak to po prostu działa. Oczywiście jest to trudne i komplikuje pracę a my musimy uważać, ponieważ wszystko jest finansowane z darowizn i należy się z tymi funduszami odpowiedzialnie obchodzić, ale jednocześnie mając świadomość warunków, w jakich się funkcjonuje. W Kinszasie policjanci zatrzymują Cię na ulicy i jeśli nie masz przy sobie dowodu osobistego, to już z góry wiesz, że musisz zapłacić 50 dolarów, bo inaczej nie pójdziesz dalej. Więc daje mu się te pieniądze i gotowe. Z drugiej strony, to co uznaję za pozytywne, to, że z pomocą niewielkich nakładów finansowych można naprawdę dużo osiągnąć. Podam przykład: czesne za rok nauki, które różni się w zależności od szkoły, wynosi średnio 100 dolarów. Z początku zastanawiałem się, jak to możliwe, że dziecko może nie uczęszczać do szkoły, bo to nie jest zawrotna suma. Tyle, że Kongijczyk zarabia średnio dolara dziennie, więc 100 dolarów to dużo. Z naszego, europejskiego punktu widzenia, sprawa wygląda mniej więcej tak: „Świetnie, za 100 dolarów możemy wysłać dziecko do szkoły na cały rok, a za 1000 dolarów może się uczyć 10 lat, nauczyć samodzielnego myślenia i zadawać krytyczne pytania, rozwijać się i pomagać krajowi w dalszym rozwoju”. A jeśli weźmie się pod uwagę koszty, jakie ponosimy na nasze dzieci w Europie, to tego nie da się porównać. To są ogromne sumy i cieszymy się, że dzieci w naszych szkołach tu w Kongo otrzymują dobre wykształcenie Tak jak cieszy mnie to, że wbrew wszystkiemu ten kraj się rozwija. Dziesięć lat temu przez środek Kinszasy przebiegała sześciopasmowa autostrada i trzeba było uważać, zamknąć oczy i szybko przejść przez ulicę w nadziei, że nie zostanie się rozjechanym. A dziś co 500 metrów znajduje się kładka dla pieszych. Wcześniej nie było porządnej drogi z lotniska do miasta. Dziś dojazd z lotniska zajmuje kwadrans.
Martin Kobler: Kiedy ONZ w regionie osłabło, powstała próżnia; Zaczęli ją zapełniać inni – najemnicy, Wagnerowcy etc.
[Martin Kobler – niemiecki dyplomata z ponad 30-letnim doświadczeniem. Od czerwca 2013 do października 2015 r. był szefem misji pokojowej ONZ w Demokratycznej Republice Konga (MONUSCO). Jesienią 2025 r. nakładem Europa Verlag ukazała się książka Martina Koblera (i Petera Köpfa) „Weltenbeben; Europas Chance auf neue Strahlkraft
Berliński Tygiel: Jak wspomina Pan swoją misję z ramienia ONZ w DRK?
Martin Kobler: Do Konga przyjechałam w 2013 roku, mieliśmy wtedy rezolucję Rady Bezpieczeństwa ONZ dotyczącą powołania nowej Brygady Interwencyjnej [Force Intervention Brigade działająca w ramach Misji Stabilizacyjnej ONZ w Demokratycznej Republice Konga (MONUSCO).] FIB liczyła 3 tys. żołnierzy z Tanzanii, RPA i Malawi i miała aktywne zadanie bojowe. Zaczęliśmy w sierpniu, generał Santos Cruz jako dowódca sił i ja. Aktywnie wykorzystaliśmy te siły i byliśmy praktycznie jedyną obecną na miejscu społecznością międzynarodową. Walczyliśmy z milicjami, a następnie także z M23. Ostatnia bitwa miała miejsce w Bunagana, gdzie wraz z FARDC [Siły Zbrojne DRK] pokonaliśmy M23. Rebelianci z M23 ponieśli porażkę a my próbowaliśmy włączyć ich do FARDC. Następnie kontynuowaliśmy działania z innymi grupami, ale niestety nie odnieśliśmy sukcesu w przypadku FDLR [Demokratyczne Siły wyzwolenia Rwandy], co było trudne i co Rwanda zawsze nam wyrzucała. Był to czas, kiedy ONZ miała aktywny mandat bojowy przeciwko milicjom. Oczywiście prowadziliśmy równoległe negocjacje polityczne, ale mieliśmy też środki nacisku w postaci sił zbrojnych.
BT: Jak tamte działania w ramach MONUSCO wpłynęły na sytuację w regionie?
MK: Kiedy M23 zniknęło, utworzyliśmy w Południowym i Północnym Kivu tzw. wyspy stabilności, gdzie przybywali cywile a życie znów zaczęło toczyć się normalnym trybem, ludzie znowu mogli się swobodnie przemieszczać. Goma [stolica prowincji Kivu Północne] została wyzwolona, rozbudowano tamtejsze lotnisko. Linie lotnicze Ethiopian Airlines uruchomiły trzy razy w tygodniu bezpośrednie loty do Addis Abeby. Był to więc początek powrotu do normalności. W następnym okresie rząd kongijski w Kinszasie domagał się, aby ONZ wycofała się z Północnego i Południowego Kivu, na co przystano i co poczytuję za największy błąd. Już za moich czasów kongijski minister spraw zagranicznych domagał się, abyśmy zmniejszyli nasze zaangażowanie, ale ja się wtedy temu sprzeciwiłem.Powiedziałem „nie”, ponieważ byłem za pozostawieniem sił stabilizacyjnych na miejscu. Po tym jak skończył się mój mandat, moje następczynie [Leila Zerrougui i Bintou Keita] wdrażały już politykę sekretarza generalnego ONZ, Antonia Guterresa „Afrykańskie rozwiązania afrykańskich problemów”. Zredukowano oddziały ONZ, tym samym pozbawiając je siły, co w konsekwencji doprowadziło do powstania próżni.
Kiedy ONZ osłabło, tę próżnię zaczęli wypełniać inni – siły Południowoafrykańskiej Wspólnoty Rozwoju (SADC), bilateralnie – oddziały ugandyjskie i rwandyjskie, siły East African Community, siły z Tanzanii, najemnicy rumuńscy [wynajęci do walki z M23 przez rząd kongijski]. Czyli wcześniej militarnie było obecne ONZ i armia DRK, a potem pojawili się we wschodnim Kongo najemnicy, Wagnerowcy, i inni. Dopuszczenie przez ONZ do powstania tej próżni było ogromnym błędem.
BT: Jaka rolę spełnia dziś w DRK międzynarodowa pomoc humanitarna?
MK: Pomoc humanitarna wchodzi do gry dopiero wtedy, gdy sprawa nie powiedzie się na poziomie politycznym. Ta pomoc jest niezbędna, ale jednocześnie jest ona deklaracją bankructwa dotychczasowej polityki. Pomocy humanitarnej w zasadzie nie powinno być, ona jest plasterkiem na ranę, jest po to by ludzie nie umierali z głodu, by mieli schronienie w przejściowych obozach dla uchodźców itd. Przy czym ta pomoc też niestety zmalała.W DRK mamy dziś sześć milionów ludzi przepędzonych wewnątrz kraju. Sama zaś sytuacja w Kongo to suma wielu różnych komponentów. Pierwszy ma charakter narodowy, to partie kongijskie muszą porozumieć się, co do przyszłości wschodniego Kongo. Tak by jeden nie grał przeciw reszcie. Czasem bywa tak, że rządy dobrze sobie radzą z brakiem stabilności, a pamiętajmy, że na wschodzie Konga znajdują się ogrome pokłady metali ziem rzadkich. Niektórzy uważają, że im bardziej niepewna sytuacja, tym lepiej dla interesów. Drugi komponent ma charakter regionalny. We wschodnim Kongo przebywa od 5 do 7 tysięcy żołnierzy rwandyjskich. Problemem nie jest zatem wyłącznie M23, ale i okupacja dokonywana przez Rwandę. I tu Unia Afrykańska musi po prostu powiedzieć prezydentowi Paulowi Kagame, że tak dalej być nie może. Należy zapewnić Kongu suwerenność i wycofać oddziały rwandyjskie. I nie mogą mieć swoich zastępczych bojówek, takich jak M23. Tak więc komponent regionalny jest bardzo istotny.
BT: A jaką rolę w ustabilizowaniu sytuacji na wschodzie Konga powinna odegrać społeczność międzynarodowa?
MK: Powinno zostać zawarte porozumienie z inicjatywy ONZ lub Unii Afrykańskiej, jeżeli zechce się tego podjąć. To, co w zasadzie leży wyłącznie w mocy ONZ, to działanie polityczne i zakomunikowanie państwom regionu, że wschodnie Kongo musi mieć zapewnioną suwerenność. Można też użyć lewara gospodarowania złożami ziem rzadkich i prawnie zatwierdzić ich eksport do Chin przez Rwandę, Burundi i inne państwa. W tym względzie nie jestem więc aż takim pesymistą, o ile istnieje oczywiście polityczna wola. Należy tylko wszystkim uświadomić, że na pokoju zyskają wszyscy a na wojnie wszyscy stracą. Za moich czasów w DRK właśnie to też robiła ONZ, próbując uświadomić wszystkim stronom, że na wymianie handlowej każdy skorzysta – Rwanda, Kongo i mieszkańcy Kivu Północnego i Południowego, a przez wojnę ostatecznie wszyscy stracą. Społeczność Międzynarodowa i Rada Bezpieczeństwa ONZ musi jasno postawić warunki. Szanujcie suwerenność państwa, wycofajcie swoje siły [z DRK], otwórzcie granice, nadajcie eksportowi ziem rzadkich prawne, legalne ramy i umożliwcie wzrost gospodarczy wschodniego Konga.
Paul-Iseewanga Indongo-Imbanda: Jeśli chodzi o „warunki” przywrócenia pokoju w DRK, skłaniałbym się do propozycji grupy ekspertów pod przewodnictwem dr. Denisa Mukwegego
[Paul-Iseewanga Indongo-Imbanda, socjolog i politolog mieszkający na stałe w Niemczech, twórca strony internetowej www.kongo-kinshasa.de informującej o bieżących wydarzeniach w Demokratycznej Republice Konga
Berliński Tygiel: W jakich okolicznościach opuścił Pan swoją ojczyznę?
Paul-Iseewanga Indongo-Imbanda: Po ukończeniu szkoły i krótkim pobycie na dawnym Uniwersytecie Lovanium – obecnie jest to Uniwersytet w Kinszasie (UNIKIN)) wyjechałem do Zjednoczonej Republiki Arabskiej (ZRA) czyli dzisiejszej Arabskiej Republiki Egiptu, aby tam studiować. Dzięki stypendium rządu egipskiego zostałem przyjęty na Wydział Nauk Humanistycznych, na romanistykę. Wybór Zjednoczonej Republiki Arabskiej jako miejsca kontynuacji edukacji akademickiej nie był przypadkowy. Dla wielu młodych Afrykanów mojego pokolenia ówczesny prezydent Egiptu Gamal Abdel Nasser uosabiał ruch panafrykański. Nacjonalizacja Kanału Sueskiego była ostatecznym potwierdzeniem panafrykanizmu i wzięcia przez Afrykę swojego losu w we własne ręce. Poza tym rząd egipski udzielił w tym czasie schronienia rodzinie pierwszego, kongijskiego premiera, P.-E. Lumumbie, który został podstępnie zamordowany przez przeciwników forsowanego przez niego nacjonalistycznego projektu – projektu, który do dziś pozostaje istotny i który miał i ma na celu stworzenie nacjonalistycznego państwa i gospodarki uwzględniającej najważniejsze interesy i głęboko zakorzenione oczekiwania narodu kongijskiego. Z powodów od mnie niezależnych, w 1966 r. zostałem zmuszony opuścić ZRA, w tamtym czasie doszło do pogorszenia stosunków dyplomatycznych między ZRA a moją ojczyzną. A muszę podkreślić, że od czasów szkolnych jestem lumumbistą. Ostatecznie trafiłem do Berlina Zachodniego, gdzie zapisałem się na Wolny Uniwersytet (FU) i pogłębiłem studia socjologii, psychologii, nauk politycznych i romanistyki. Po studiach już na stałe osiedliłem się w Berlinie. Od 2000 roku prowadzę stronę internetową o Kongu skierowaną do czytelników niemieckojęzycznych, zresztą moja strona jest polecana przez niemiecki MSZ jako rzetelne źródło wiedzy o Kongu.
BT: Kiedy po raz ostatni odwiedził Pan Demokratyczną Republikę Konga?
PIII: To było w 1987 roku, wybrałem się tam wtedy z moim synem i jego matką.
BT: Czy widzi Pan szansę na pokój we wschodniej części kraju? Jakie warunki musiałyby zostać spełnione, aby tak się stało?
PIII: Pomimo postępów osiągniętych w ramach inicjatyw mediacyjnych – w tym procesu waszyngtońskiego pod auspicjami USA, sytuacja na miejscu poprawia się, ale powoli. Uważam, że strony konfliktu powinny wywiązać się z zobowiązań zawartych w różnych podpisanych porozumieniach i deklaracjach, tak by po przeszło trzech dekadach konfliktu położyć kres tej spirali przemocy. W tym kontekście warto również wspomnieć o Rezolucji 2773 Rady Bezpieczeństwa ONZ wzywającej do zakończenia kryzysu we wschodniej części DR Konga oraz wycofania armii rwandyjskiej i wspieranych przez nią sił AFC/M22. Rezolucja ta do dziś nie została przełożona na czyny. Istnieje też raport ONZ mówiący m.in. o 617 najpoważniejszych przypadkach łamania praw człowieka i zbrodni wojennych popełnionych w DRK w okresie od marca 1993 r. do czerwca 2003 r. Służy on jako zabezpieczenie dowodów w celu zwalczania bezkarności i wspierania mechanizmów tzw. sprawiedliwości przejściowej. Raport ten opublikowano ponad dekadę temu, ale pozostaje on aktualny, ponieważ wielu z udokumentowanych zbrodni nie ukarano, a przemoc w regionie, zwłaszcza we wschodniej części DR Konga, trwa nadal. Jeśli chodzi o „warunki” przywrócenia pokoju w DRK, przychylam się do propozycji grupy ekspertów pod przewodnictwem dr. Denisa Mukwege, kongijskiego laureata Nagrody Nobla, który uznając „wysiłki dyplomatyczne w Dosze i Waszyngtonie za rozwiązania połowiczne”, zaproponował tzw. trzy filary pokojowe.
BT: Jakie są te trzy filary?
PIII: Pierwszy zakłada wdrożenie wspomnianej rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ nr 2773 z ubiegłego roku. Zdaniem dr. Mukwege, tekst rewolucji stanowi niezbędne ramy do nałożenia sankcji na agresorów i zażądania natychmiastowego wycofania obcych wojsk. Drugim jest zorganizowanie międzynarodowej konferencji poświęconej pokojowi i bezpieczeństwu w regionie Wielkich Jezior. Celem tej konferencji ma być „umożliwienie jasnego określenia poszczególnych podmiotów regionalnych, położenie kresu grabieżom zasobów naturalnych, które podsycają konflikt, oraz zapewnienie stabilności granic wywodzących się z okresu kolonialnego. Trzecim filarem jest dialog krajowy, który w przeciwieństwie do porozumień o podziale władzy, jest przedstawiany jako niezbędny do przywrócenia wewnętrznej spójności i opracowania wspólnej strategii obronnej. Osobom bliskim laureatowi Nagrody Nobla tylko takie połączenie środków – presja ze strony ONZ, przejrzysta dyplomacja regionalna i jedność narodowa – pozwoli przywrócić integralność terytorialną Demokratycznej Republiki Konga i położyć kres cierpieniom ludności na wschodzie kraju. Jeśli chodzi o trzeci filar, czyli „dialog narodowy”, warto zauważyć, że w swoim noworocznym przemówieniu skierowanym do korpusu dyplomatycznego akredytowanego w Kinszasie 31 stycznia 2026 r. prezydent Konga postawił warunki, które większość kongijskiej opozycji natychmiast i zdecydowanie odrzuciła. Czy oznacza to, że spotkanie, którego domaga się kongijska opozycja i niektórzy partnerzy Demokratycznej Republiki Konga, zostanie odłożone na czas nieokreślony? „Poczekamy, zobaczymy”, jak to się ładnie mówi.
BT: W rozmowach o sytuacji na wschodzie DRK często można usłyszeć, że to jest „zapomniana wojna”, tego typu wypowiedzi słyszałam np. z ust pracowników organizacji humanitarnych zaangażowanych w regionie. Czy jako Kongijczyk, ale mieszkający w Niemczech, ma Pan poczucie, że Europejczykom brakuje świadomości tego dalekiego, a pochłaniającego przecież tak wiele ofiar, konfliktu?
PIII: Ta wojna jest zapomniana, w sensie obecności samego tematu w przestrzeni medialnej. Nie da się tego porównać np. z informowaniem o wojnie na Ukrainie. Czy fakt niezauważania tego konfliktu wynika z faktu, że rozgrywa się on daleko od Europy i może nie mieć wpływu na tutejszą sytuację? To dobre pytanie. O od siebie mogę dodać tylko tyle, że na początku istnienia mojej strony internetowej, dziennie odwiedzało ją od 10 do 15 tys. osób, dziś cieszę się, jak wejdzie na nią tysiąc osób dziennie. Ilustruje to niewielkie zainteresowanie niemieckojęzycznych mieszkańców Europy nieopisanym okrucieństwem, które ma miejsce we wschodniej części Konga. Krótko mówiąc, chciałbym podkreślić, że podzielam opinię cytowanego powyżej członka organizacji humanitarnej na temat niemal całkowitej obojętności – a nawet milczenia – społeczności międzynarodowej wobec nieludzkich warunków panujących we wschodniej części Demokratycznej Republiki Konga. W rozmowach z moimi współobywatelami na temat zakończenia kryzysu, który dotknął wschodnią część naszego kraju, ciągle pojawia się termin „operacja Artemis”. I wtedy tłumaczę, że to były inne czasy, że dziś już tak się nie da. [Operacja Artemis to kryptonim nadany operacji rozmieszczenia międzynarodowych sił porządkowych w DRK w 2003. Była to pierwsza akcja militarna Unii Europejskiej poza Europą – red.]
BT: Jak wyglądałoby Kongo Pana marzeń?
PIII: Zamiast o marzeniach, wolałbym raczej mówić o moim najgłębszym pragnieniu, które można podsumować następująco: chciałbym, aby Demokratyczna Republika Konga stała się państwem socjalnym i praworządnym, w którym negatywne czynniki takie jak korupcja, plemienność, nepotyzm, arbitralny wymiar sprawiedliwości itp., zostały na zawsze wyeliminowane. Zdaję sobie sprawę, że ja już w takim Kongu żyć nie będę, ale jestem przekonany o tym, że moje dzieci i wnuki już na takich zmianach skorzystają.
Dr Patrick Hönig: Unika się wszelkich sformułowań, które mogłyby zostać zinterpretowane jako przyznanie się do winy, z obawy przed konsekwencjami prawnymi
[Dr Patrick Hönig, LL.M., studiował prawo w Kolonii, Paryżu i Nowym Jorku. Jego działalność naukowa koncentruje się na badaniach nad konfliktami i prawami człowieka. Autor ważnych książek o wymuszonej migracji w DRK i o tzw. mobilnych sądach na wschodzie tego kraju: „Wenn die Gewalt nicht endet. Erzwungene Migration in der Demokratischen Republik Kongo“, Hamburger Edition, Hamburg 2025 i „Ein Ende der Straflosigkeit? Mobile Gerichte im Osten der Demokratischen Republik Kongo“, Edition Hamburg 2021]
Berliński Tygiel: Panie Doktorze, w wydanej w ub. roku książce o wymuszonej migracji w DRK, zamieścił Pan nie tylko wnikliwą analizę sytuacji, ale i wywiady z uchodźcami, głos zabierają więc ludzie, którzy osobiście doświadczyli przemocy i wysiedlenia. Czy któraś z usłyszanych na miejscu, od tzw. zwykłych ludzi historii, w jakiś szczególny sposób Pana poruszyła?
Dr Patrick Hönig: Porusza mnie każda historia opowiedziana przez uchodźców, ponieważ ludzie, uciekając, tak wiele ryzykują, a mimo to są gotowi podzielić się z innymi swoimi przeżyciami, doświadczeniami i przemyśleniami. Wymaga to siły i odwagi. Ale są też sytuacje, które szczególnie poruszają, ponieważ dostarczają nieoczekiwanych spostrzeżeń i zmieniają nasze własne spojrzenie na zjawisko przymusowej migracji. Taką właśnie chwilę przeżyłem na przykład w obozie dla uchodźców w Oruchinga, pod sam koniec wywiadu z młodą matką-uchodźczynią z Konga. Życzyła mi szczęśliwej podróży, a ja się zatrzymałem, zastanawiając się, co ja mógłbym jej życzyć, uwięziony, tak jak ona, w dylemacie. Pobyt w obozie nie dawał żadnych perspektyw, podobnie jak powrót do Konga. Uderzyło mnie, jak ucieczka może zmusić ludzi do zatrzymania się w danej chwili – do tej pory zawsze postrzegałem przymusową migrację jako dynamiczny proces, który utrzymuje ludzi w ruchu; jak się okazało, był to błąd.
Cechą charakterystyczną badań empirycznych – lub prawa w działaniu, jak się je często nazywa, gdy prawnik ubiega się o np. państwowe środki finansowe – jest obserwacja uczestnicząca procesów politycznych lub społecznych, do których zrozumienia chce się przyczynić poprzez dany projekt. Nie osiąga się nic lepszego, po prostu podążając za innymi i obserwując, co robią. Jednocześnie trzeba pamiętać, że w zdecydowanej większości przypadków badania kończą się w momencie, gdy wkracza się do akcji, aby coś stworzyć. Rozmawiałem ze świadkami wielu rozpraw sądowych, gdzie zlekceważono zasady państwa prawa i nawet najniższe standardy ochrony świadków. To przykre, bo widać, że wiele rzeczy idzie nie tak, a mimo to nie robi się nic, by to poprawić. A jednak czasami zaskakiwało mnie, jak bardzo ludziom zależało na udziale w projekcie naukowym, którego celem było zrozumienie zjawisk, a nie wdrażanie czegoś, co zostało opracowane gdzie indziej, rzekomo dla dobra ludzi, których nikt nie zapytał o zdanie.
BT: Pisze Pan: „W przypadku DRK mamy do czynienia ze stałym deficytem informacji”. I faktycznie, jako dziennikarz też muszę przyznać, że rzadko kiedy interesowałam się sprawami Afryki, temat był, ale daleko, z racji odległości, ale i poczucia, że nie mam dostatecznej wiedzy i doświadczenia, by o tym zakątku świata pisać. Ten deficyt informacji nie jest jednak specyfiką polskich mediów, w Niemczech również nie dostrzegam specjalnego zainteresowania mediów Afryką.
PH: Kto w Niemczech chce być na bieżąco z wydarzeniami w Afryce, napotyka najpierw problem, który nie jest od razu widoczny jako taki: wiele z tego, co się dzieje, nie jest warte opublikowania, więc po prostu się o tym nie dowiadujemy. Poza tym Afryka już dawno przestała być eldorado dla błyskotliwych dziennikarzy, takich jak Ryszard Kapuściński, który sprawiał wrażenie, jakby na dworze etiopskich władców rozgrywały się sceny, jakich nie widziano od czasów panowania Ludwika XIV. A afrykańskie głosy coraz częściej docierają do opinii publicznej za pośrednictwem mediów wysokiej jakości, portali internetowych czy mediów społecznościowych. Jednak wciąż pojawiają się reportaże, które obszernie opisują fakty, nie umieszczając ich w kontekście, który pozwoliłby czytelnikowi zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. „Nie ufaj nikomu” to na przykład zarówno tytuł, jak i sedno artykułu o walkach we wschodniej części Demokratycznej Republiki Konga, opublikowanego w ogólnokrajowej niemieckiej gazecie. Jednak z tekstu tego nie dowiadujemy się, jaką wartość ma zaufanie w kontekście obszarów narażonych na konflikty, gdzie państwo ma ograniczoną władzę.
BT: „Pracownica międzynarodowej organizacji pozarządowej w Gomie porównała walki zbrojne we wschodniej części Konga do przechodzącej burzy – gwałtownej, ale krótkotrwałej” – pisze Pan w książce. Co to konkretnie oznacza dla tych, którzy są narażeni na tę burzę?
PH: Mieszkańcy wschodniej części Konga niestety nie postrzegają przemocy jako zjawiska przejściowego, przed którym można się chronić, tak jak przed burzą. Spokój, który zapada, gdy ucichną ostatnie strzały po starciu zbrojnym, jest zwodniczy. Nie wiadomo, co będzie dalej. W każdej chwili mogą wybuchnąć nowe konflikty; czeka się, jak to się ładnie mówi, na to, co ma nadejść. Jeśli jednak brakuje zaufania do niezawodności codziennych procesów, jeśli ludzie tracą wiarę w wiążący charakter powszechnie obowiązujących norm, wówczas załamują się również fundamenty, na których opierają się relacje polityczne i społeczne. Ludzie stają się bezradni i gotowi do ucieczki, co oznacza, że podejmują bardziej radykalne decyzje, niż zrobiliby to w innym przypadku, ryzykując, że nie dotrą do celu, opuszczając swój dom. Bezdomność poznali już przed ucieczką, niepewność życia na obcym terenie już ich nie przeraża.
BT: Jak ocenia Pan kwestię historycznej odpowiedzialności, przeprosin oraz zadośćuczynienia ze strony Belgii w związku z zbrodniami kolonialnymi w dzisiejszej Demokratycznej Republice Konga?
PH: Kwestia historycznej, moralnej i prawnej odpowiedzialności za krzywdy wyrządzone przez dawne mocarstwa kolonialne w Afryce i innych częściach świata wykracza poza relacje między Belgią a Demokratyczną Republiką Konga. Również Niemcy były do końca I wojny światowej znaczącą potęgą kolonialną i robią wszystko, aby kierować dyskusją na temat odpowiedzialności w sposób dla nich korzystny. Rząd federalny Niemiec przyznaje się wprawdzie do popełnienia ludobójstwa na plemionach Herero i Nama w Niemieckiej Afryce Południowo-Zachodniej, ale nie chce, by uruchomiony w Namibii program odbudowy i rozwoju był postrzegany jako zadośćuczynienie, lecz jako gest uznania niezmierzonego cierpienia, jakie wyrządzono ofiarom. Takimi subtelnymi niuansami językowymi posługuje się również Belgia. Zainicjowano zwrot zęba, który belgijski oficer na usługach zbuntowanej prowincji Katanga wybił premierowi Patrice’owi Lumumbie przed jego zamordowaniem, wyraża się głębokie ubolewanie z powodu zbrodni popełnionych w imieniu króla Belgii, ale unika się wszelkich sformułowań, które mogłyby zostać zinterpretowane jako przyznanie się do winy, z obawy przed konsekwencjami prawnymi.
Dr Gerd Hankel: W prowincjach objętych konfliktem nasza działalność została znacznie ograniczona, to znaczy – działamy, ale bardzo ostrożnie
[Dr Gerd Hankel, przewodniczący organizacji pożytku publicznego Initiative Kongo e.V., doktor prawa, członek Hamburger Stiftung zur Förderung von Wissenschaft und Kunst (WIKU), autor licznych publikacji na temat państw Afryki, w tym wydanej w 2020 r. nakładem wydawnictwa zu Klampen książki „Das Dilemma» Entwicklungshilfe «in Afrika Ein Erfahrungsbericht”.]
Berliński Tygiel: W ubiegłym roku Niemcy jako państwo zredukowało środki budżetowe na tzw. pomoc rozwojową dla państw Afryki, część ekspertów twierdzi, że to już się odbija na jakości pomocy humanitarnej udzielanej tam, gdzie jest ona najbardziej potrzebna. Jak Pan to odebrał?
Dr Gerd Hankel: Jakiś czas temu przeczytałem wywiad udzielony przez federalną minister Resortu Współpracy i Rozwoju (BMZ) i odniosłem wrażenie, że o tym nie mówi się wprost, ale chodzi przede wszystkim o bezpieczeństwo, gospodarkę i interesy Niemiec. To jest najważniejsze. Niemiecka polityka w zakresie współpracy gospodarczej i rozwojowej stała się bardzo egoistyczna, co jest pokłosiem znacznego okrojenia budżetu BMZ. Poza tym państwa generalnie coraz mocniej skupiają się na swoich interesach i adekwatnie do tego postępują również w Afryce.
BT: Jako Initiative Kongo e.V. prowadzicie na wschodzie DRK szkołę, zainicjowaliście powstanie spółdzielni prowadzonych przez kobiety, które uciekły przed rebeliantami. Kobiety uprawiają ziemniaki, bataty, orzeszki ziemne, hodują kozy, to co zostaje – sprzedają. Z jakimi wyzwaniami mierzy się stowarzyszenie na terenach, które od trzech dekad są teatrem konfliktu?
GH: Całkiem niedawno borykaliśmy się ze sporymi problemami. Nasi pracownicy zostali okradzeni zarówno z jednej jak i z drugiej strony [konfliktu -red.]. Kobiety były na przykład zastraszane przez milicję, która powinna chronić lokalną ludność, czyli przez żołnierzy kongijskich lub milicję z nimi sprzymierzoną. W prowincjach objętych konfliktem nasza działalność została znacznie ograniczona, to znaczy – działamy, ale bardzo ostrożnie. Zarówno szkoła, jak i spółdzielnie funkcjonują, ale nie brakuje problemów. Musieliśmy np. zapłacić milicjom, by zostawiły kobiety w spokoju. W DRK niestety wszystko kręci się wokół pieniędzy, państwo jest nieobecne. Jeżeli więc chcę osiągnąć jakiś cel, muszę za to zapłacić i przy okazji działać roztropnie, żeby ktoś inny nie przyszedł z pretensjami, że dostał mniej i teraz „należy mu dopłacić”. Dzisiaj już potrafimy się w tym poruszać, ale na poczatku działalności stowarzyszenie straciło w Kongu sporo pieniędzy. Zdarzało mi się też wykupywać pracowników z więzienia. Za wykupienie pracownika, któremu chciano wlepić rok więzienia, trzeba było zapłacić 100 dolarów.
BT: Na stronie stowarzyszenia publikujecie m.in. dane ilustrujące ilu uczniów przerywa naukę w szkole. I tak – z 323 uczniów, którzy zaczęli naukę w roku szkolnym 2024/25, aż 80 odeszło. Jakie są motywy takiej decyzji?
GH: Co się tyczy tych dzieci, które mają rodziców i uczęszczają lub uczęszczały do naszej szkoły – one chcą się uczyć, to rodzice bywają oporni. Na poczatku pobieraliśmy czesne w wysokości jednego dolara miesięcznie. Dla wielu rodziców kwota okazała się zbyt wygórowana. Jak w rodzinie jest dwoje czy troje dzieci to z jednego dolara robią się dwa lub trzy. Poza tym często pokutuje podejście, że jak szkoła jest prowadzona przez białych ludzi, to oni powinni zapłacić, ponieważ mają pieniądze. To kwestia mentalności, która występuje również w DRK. Poza tym ze strony rodziców padał argument i nie był on bez racji, że w Kongu szkoły nie są bezpłatne, więc po co płacić za tą konkretną szkołę. Więc ostatecznie prowadzimy lekcje praktycznie bezpłatnie, a jednak mimo to liczba uczniów nadal spada. Powodem absencji jest po części niebezpieczna sytuacja, czasem dzieci potrzebują godziny by dotrzeć do szkoły a to się wiąże z zagrożeniami. Alternatywą jest zostanie w domu. A jak dzieci zostają w domu, to pracują w polu i czasem już nie wracają do ławek.
BT: A jak wygląda sprawa z nauczycielami?
GH: Nauczycielami są Kongijczycy i Kongijski, którzy otrzymują bardzo dobre wynagrodzenie nawet w czasie przerwy wakacyjnej, co nie jest tu regułą. Właściwie tak bogate państwo jak Kongo powinno czuć się nieswojo, że niemieckie stowarzyszenie, można powiedzieć z pewną dozą być może przesady– w starym stylu kolonialnym, buduje tu szkołę za własne pieniądze. Tak nie powinno być, Kongo stać na szkoły.
BT: Kilka lat temu Pańskie stowarzyszenie założyło warsztat stolarski w Bukavu, celem było to, by dać wędkę nastoletnim chłopcom, by poradzili sobie, zdobyli konkretny fach. Na stronie stowarzyszenia można zobaczyć zdjęcia solidnych mebli, m.in. ławek szkolnych. Zdaje się, że oferta warsztatu była skierowana do dzieci- żołnierzy?
GH: Kiedyś byli to były dzieci-żołnierze, tak się je nazywało. Teraz są dzieci ulicy. One nie mają rodziców, nie mają perspektyw, schodzą na przestępczą ścieżkę, wpadają w sidła prostytucji. To prawdziwa tragedia. Wykształcenie otwiera nowe możliwości. Warsztat stolarski dobrze funkcjonuje, sam potrafi się już finansować. Również spółdzielnie prowadzone przez kobiety, zarabiają na siebie. Szkoła to jednak zupełnie co innego, ona nie przynosi dochodu, zawsze są potrzebne dotacje państwa.
Olga Doleśniak-Harczuk



