Ujawnienie przez Archiwum Narodowe Stanów Zjednoczonych imion, nazwisk, dat urodzin i numerów legitymacji partyjnych milionów członków NSDAP wzbudziło sensację i zainteresowanie na całym świecie. Nie dlatego, że do tej pory była to wiedza całkowicie niedostępna, ale dlatego, że zgodnie z przyjętą jeszcze w Bundesrepublice w styczniu 1988 r. Ustawą o Archiwach Narodowych, dostęp do niej był w Niemczech ograniczony ze względu na ochronę danych osobowych osób fizycznych i prawo do zachowania prywatności. Jaka jednak jest historia tych dokumentów? Jak wyglądały negocjacje kolejnych rządów zachodnioniemieckich z Waszyngtonem w sprawie odzyskania przejętego w 1945 roku przez Amerykanów archiwum? Czy niemieccy politycy celowo zwlekali z przejęciem archiwum, by nie dopuścić do „drugiej fali denazyfikacji”? I jak podejście do tego mrocznego dziedzictwa, rozpisanego na miliony dokumentów, podzieliło niemieckich posłów do Bundestagu? Berliński Tygiel przeanalizował dokumenty i stenogramy debat parlamentarnych z lat 1967-1988. Część z nich cytujemy w całości.
Jeszcze półtora tygodnia temu, obywatel Niemiec, chcąc dowiedzieć się czegoś więcej o swoich przodkach żyjących w czasie III Rzeszy, np. zasięgnąć informacji o możliwej przynależności dziadków czy pradziadków do NSDAP (Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotnicza), musiał przejść procedurę przewidzianą przez Archiwum Federalne (Bundesarchiv).
Zainteresowany wypełniał wniosek o dostęp do akt z podaniem konkretnego nazwiska i celu swoich dociekań. Następowała wymiana korespondencji, również klasyczną drogą pocztową Uiszczano ustawowo przyjętą opłatę i po pewnym czasie można było na miejscu, w największym oddziale Archiwum Federalnego, w berlińskiej dzielnicy Lichtefelde, zajrzeć do poszukiwanych źródeł. Archiwum w takich sytuacjach udostępniało też skany poszukiwanych dokumentów.
Od 1994 roku katalogi członków NSDAP są zgromadzone berlińskiej filii Archiwum Federalnego na Lichtefelde, w budynku, który od 1933 r. służył jako koszary Waffen-SS.
To tu znajdziemy zarówno zbiory centralnej kartoteki NSDAP z 12,7 miliona fiszek, jak i dokumenty ministerstw i urzędów dawnej NRD.
Upublicznienie danych członków NSDAP przez Amerykanów zmienia zasady korzystania z tych kartotek. Przynajmniej teoretycznie, ponieważ samo poruszanie się w bazie Archiwum Narodowego USA do najprostszych nie należy i trudno traktować ją jak typową wyszukiwarkę internetową.
Ogromne zainteresowanie kartoteką od ponad tygodnia przegrzewa stronę, więc korzystając z niej, warto uzbroić w cierpliwość, ale ta drobna niewygoda nie przesłania korzyści z upublicznienia zasobów, w których posiadaniu Amerykanie są przecież od 1945 roku – pierwotnie fizycznie, a po 1994 r. dzięki kopiom, zrobionym zresztą na koszt niemieckiego MSW.
Można zapytać, dlaczego Niemieckie Archiwum Federalne przez tyle lat nie odważyło się na krok, który właśnie wykonali Amerykanie. Powód jest zasadniczy: ochrona danych osobowych plus (w dużo mniejszym stopniu) względy techniczne. Mimo iż 12,7 miliona kart osobowych NSDAP zostało już dawno zdigitalizowane, nie są one dostępne w sieci, co tłumaczy się m.in. specyficznym porządkiem katalogowania dokumentów, które może być uciążliwe dla użytkownika.
Okres ochronny również dla kartoteki NSDAP: 10 lat od śmierci lub 100 lat od daty narodzin
Jednak właściwą barierą była przez lata i wciąż nią pozostaje – ochrona danych osobowych. Dane osoby, której informacje znajdują się w archiwum, można ujawnić dopiero 10 lat po jej śmierci, a jeżeli data śmierci pozostaje nieznana – to w sto lat od daty narodzin. I nie jest to bynajmniej zasada ograniczona do katalogu NSDAP, tylko wynika ona z zapisów Ustawy o Archiwach Federalnych (BArchG) ze 6 stycznia 1988 roku (nowelizowanej w 2017, 2021 i 2022 r.), która reguluje dostęp do zbiorów i określa zasady udostępniania dokumentów do celów użytkowych, jeśli nie podlegają ograniczeniom wynikającym z ochrony danych osobowych lub ochrony interesu państwa. Przy czym pierwotnie (w wersji z 1988 r.) okres ochronny wynosił nie 10, a 30 lat od śmierci danej osoby i ewentualnie 110 lat od daty jej narodzin.
Ponadto w Niemczech ogólny okres ochronny dla federalnych materiałów archiwalnych wynosi 30 lat od momentu ich powstania, chyba że określono inaczej – np. w przypadku dokumentów sklasyfikowanych jako niejawne, okres ochronny wynosi już 60 lat.
Wyjątkiem są sytuacje, kiedy w przypadku akt osobowych, ktoś sam zrzeknie się prawa do ochrony swoich danych. Ustawa przewiduje jednocześnie skrócenie okresu ochronnego w pewnych szczególnych okolicznościach, takich jak, chociażby badania naukowe.
Z relacji historyków, którzy spędzili trochę czasu w archiwach dot. okresu III Rzeszy, wiadomo jednak, że podobnie jak w przypadku kwerend w Instytucie ds. Akt Stasi (dawniej – Instytut Gaucka), część materiałów otrzymuje się do wglądu z zaczernionymi fragmentami. Archiwum Amerykańskie takich ograniczeń nie przewiduje. Tu wszystko jest jawne, a dostęp do danych nie wymaga składania żadnych wniosków.
Co się tyczy samej idei ochrony danych osobowych i prawa do prywatności osób, których akta znajdują się w katalogu NSDAP, sprawa ta nie przeszła w niemieckiej debacie politycznej bez echa, ale była przedmiotem ostrego sporu pod koniec lat 80. XX między posłami Zielonych a chadekami (CDU/CSU), socjaldemokratami (SPD) i liberałami (FDP). Działo się to w kluczowym dla sprawy momencie, kiedy Niemcy przygotowywali się już na przejęcie m.in. zarekwirowanego przez Amerykanów w 1945 roku katalogu członków NSDAP, o czym nieco później.
Kwiecień 1945 – Jak Hans Huber ocalił „dzieło sztuki nowoczesnej organizacji”
W berlińskiej filii Archiwum Federalnego. karty członkowskie NSDAP są uporządkowane alfabetycznie według nazwisk. Pierwotnie dokumenty też były podzielone alfabetycznie, ale według nazw geograficznych – był to system przyjęty jeszcze przez Abteilung Gaukartei.
Cała kartoteka członków NSDAP (centralna i regionalna) podlegała Skarbnikowi Rzeszy. Większość kart członkowskich przechowywano w Monachium, ogniotrwałe szafy, w których składano dokumenty rozciągały się na dystansie 80 metrów w gmachu administracyjnym NSDAP przy Archisstrasse (dziś: Katharina-von-Bora-Straße).
Tak tamtą rzeczywistość opisała w 2020 r. prof. dr Iris Lauterbach w artykule: „Who was a Nazi?” Zu Geschichte und Story der NSDAP-Mitgliederkartei”:
„Drewniane szuflady w stalowych szafkach zawierały alfabetycznie sortowane Reichskartei NSDAP i topograficznie uporządkowane Gaukartei. Pod koniec 1944 roku liczba żyjących towarzyszy partyjnych wynosiła około 8,8 miliona [w 1922 r. NSDAP miała 6 tys. członków, dekadę później 2,5 mln – red.]. Łącznie na koniec wojny otrzymano około 11 milionów kart indeksowych. Partia Nazistowska propagowała swoje katalogi „jako dzieło sztuki nowoczesnej organizacji” (Völkischer Beobachter, 10.12.1937). Perfekcja, racjonalizacja i automatyzacja pracy biurowej były na arenie międzynarodowej [nośnymi – red.] tematami lat dwudziestych i trzydziestych. Mit akt NSDAP jako wzorca biurokratycznej penetracji zawartej w nim masy jest typową dla tamtego czasu, a jednocześnie bezbłędną polityczną propagandą w służbie Partii Narodowo-Socjalistycznej i systemu totalitarnego”
Prof. Lauterbach pisząc o atmosferze panującej w tym centrum administracyjnym NSDAP, o 150 uwijających się jak w ukropie pilnujących aktualizacji kartoteki pracownikach, odnotowujących każdą informację o przeprowadzce, zgodnie itd. porównuje ją do urzędniczej krzątaniny z „Zamku” Franza Kafki. Nie brakowało też elementów groteski – mężczyznom nie pozwalano na przychodzenie do pracy w skórzanych spodniach (charakterystyczny element bawarskiego folkloru), ale już nieliczne urzędniczki mogły przemierzać korytarze w tradycyjnej sukience („Dirndl”), ale z zastrzeżeniem, by „nie wyglądać zbyt operetkowo”. Autorka przytaczając różne relacje, pisze też, że na porządku dziennym w biurze było donosicielstwo i przeszukiwanie prywatnych szafek, zdarzały się konfiskaty przedmiotów osobistych, ubrań, książek, raz namierzono nawet zakazaną wycofaną z handlu i pokazowo paloną powieść Tomasza Manna „Wasza Wysokość”.
Kiedy stało się oczywiste, że wojna jest przegrana, postanowiono kartotekę zniszczyć. Przemielenie ton dokumentów miało przebiec dyskretnie, bez teatralnego stosu na Königsplatz. Wybór padł, na położoną w północnej części miasta, papiernię Josefa Wirtha.
Wiosną 1945 r. papiernia ze względu na brak węgla pracowała na zwolnionych obrotach, a przy maszynach stało tylko 20 z 40 członków załogi. Amerykanie byli już wtedy w Bawarii, ale zajęcie Monachium nastąpiło dopiero 30 kwietnia, dzień wcześniej wyzwolono obóz koncentracyjny Dachau. Dwa tygodnie wcześniej funkcjonariusz NSDAP polecił dyrektorowi papierni, Hansowi Huberowi, pilne zniszczenie pokaźnego transportu „makulatury”. Między 18 a 27 kwietnia 1945 r. do papierni zwieziono dwudziestoma ciężarówkami z przyczepami ok. 8 mln dokumentów. Hans Huber zwlekał z wykonaniem polecenia. Wcześniej kazał załodze papierni ukrycie dokumentów NSDAP pod stertą makulatury. I tak 68 ton dokumentów ocalało.
Bayerische Rundfunk (BR) w 2020 r. poświęciło Hansowi Huberowi film dokumentalny. Zabrała w nim głos Gisela Wirth, żona założyciela fabryki, która była świadkiem przywożenia kartoteki z centrali NSDAP. – Wśród dokumentów walały się też egzemplarze „Mein Kampf” – wspominała pani Wirth.
Z jej wspomnień wyłania się historia starań Hansa Hubera o wysłuchanie u Amerykanów, którzy jej zdaniem nie rozumieli, co dyrektor chce im pokazać. Huber nie znał angielskiego, a Amerykanie niechętnie rozmawiali z tutejszymi, z różnych względów. Dopiero major William D. Browne, jesienią 1945 roku doceni wagę informacji i zarządzi akcję przejmowania akt.
Byli więźniowie Dachau sortują kartotekę NSDAP
To wtedy Amerykanie decydują się postawić przed papiernią straż i wywożą kartotekę NSDAP. W październiku Herbert List, uznany fotograf i zaufany amerykańskiej administracji w Monachium, robi serię zdjęć dokumentując proces zabezpieczenia materiałów z papierni. Wtedy też powstaje portret Hansa Hubera, majora Browne ’a i fotografie samych kart osobowych.
Do sortowania i oceny dokumentów zatrudniono 16 byłych więźniów obozu w Dachau. Alianci chcieli mieć pewność, że ludzie zajmujący się katalogiem są czyści jak łza i można im zaufać. A później ponad 10 milionów kart członkowskich NSDAP, z Monachium trafiło do Berlina. Dobrze zachowane ankiety, formularze, wnioski o przyjęcie do partii posłużyły w Procesach Norymberskich, a następnie jako podstawa do kwestionowania czyjejś rzekomej niewinności [tu warto odesłać do książki Niklasa Franka, „Dunkle Seele, Feiges Maul”, której bazując na archiwach landowych ukazywał, w jaki sposób uwikłani w nazizm Niemcy starali się wyprzeć w związku z reżimem – red.] weryfikowanej w ramach denazyfikacji i wydawania tzw. Persilscheinów (świadectw niewinności).
Nie wiadomo, dlaczego Huber ukrył kartotekę NSDAP. Dziennikarze BR i prof. Lauterbach wskazują, że brat Hubera był lekarzem, ale ze względu na małżeństwo z Żydówką, zakazano mu praktykowania zawodu i w 1933 roku wyemigrował do Stanów. Huber nie opuścił kraju, został przy papierni, w której dyrektorował od początku lat.20. Było mu tam dobrze, mieszkał w willi na terenie należącym do fabryki. W tej samej, w której żyli też właściciele zakładu, z którymi utrzymywał wręcz rodzinne stosunki. Ze wspomnień Giseli Wirth wynika nawet, że Huber był zaręczony z ciotką właściciela papierni.
I jeszcze pewna ciekawostka – już 15 kwietnia 2015 roku (5 lat przed wspomnianym dokumentem) rozgłośnia Bayerische Rundfunk w ramach: „kartki z kalendarza” przywołała historię kartoteki NSDAP w materiale omawiającym teoretycznie „niemieckie cnoty” z mitycznym „Ordnungiem” na czele. Przejawem tego porządku miała być „starannie sporządzona dokumentacja nazistów ze zdjęciami i numerami”, a przejawem anty-porządku postawa Hansa Hubera, który swoją celową opieszałością zakwestionował przy okazji cnotę posłuszeństwa wobec władzy. Wątek ten jest cenny, ponieważ daje przykład tego, jak na przestrzeni 70 lat zmieniła się narracja wokół człowieka, który w tamtym czasie był (tak wynika ze źródeł cytowanych przez Iris Lauterbach) napiętnowany przez swoich rodaków za ocalenie akt. Huber miał dostawać pogróżki, a Amerykanie rozważali nawet zamknięcie go na w areszcie dla jego własnego dobra.
W budynku centrali, gdzie mieściła się starannie spakowana w ogniotrwałych szafach kartoteka NSDAP, Amerykanie po wkroczeniu do Monachium, urządzili Centralny Punkt Sztuki Zrabowanej, dziś uczą się tam studenci historii sztuki. Szafy przetrwały, stoją w podziemiach instytutu. Zdjęcia skradzionych dzieł sztuki, tak jak dokumentacja katalogu NSDAP noszą podpis Herberta Lista, pioniera stylu „fotografia metafisica”. W 1944 r. List sfotografował w Wiedniu słynną kolekcję figur woskowych Hermanna Präuschera, która w kwietniu 1945 prawie doszczętnie spłonęła w pożarze, w czasie Operacji Wiedeńskiej. Po wojnie List fotografował jeszcze w Grecji, we Włoszech, na Karaibach, w Nigerii. Pod koniec lat 60. coraz bardziej tracił jednak zainteresowanie fotografią na rzecz rysunków dawnych mistrzów włoskich. Zmarł w 1975 roku.
600 tysięcy niedoszłych członków i selektywne udzielanie wglądu do akt
W listopadzie 1945 r. 50 ton z papierni Wirtha przetransportowano do Fürstenhagen, pod Kassel, a stamtąd w styczniu 1946 r. do Berlina.
Kartoteka ocalona przed zmieleniem, przesortowana przez byłych więźniów Dachau, wykorzystana podczas Procesów Norymberskich i pierwszych lat denazyfikacji (do czasu przekazania tego zadania władzom niemieckim) stała się fundamentem Berlin Document Center (BDC) – Berlińskiego Centrum Dokumentacji. To administrowane przez Amerykanów archiwum pełne „gorących kartofli” – jak lata później określi je jeden z dyrektorów BDC, urządzono w podziemiach Ministerstwa Lotnictwa Rzeszy, na berlińskim Zehlendorfie, gdzie mieściło się centrum podsłuchowe Gestapo. Dziś znajduje się tam parking podziemny.
Pod koniec lat 50. [niektóre źródła mówią też o roku 1962 – red.] większość nieosobowych akt z BDC przesłano do założonego w 1952 roku Archiwum Federalnego w Koblencji. Lokalizacja archiwum, z uwagi bliskość Bonn była zrozumiała, choć z początku traktowano ją jako prowizorium.
Pierwotnie w zbiorach BDC znajdowało się 12,7 mln kart członkowskich NSDAP, korespondencja partyjna szacowana na 1,3 mln jednostek, 240 tys. akt personalnych z Głównego Urzędu Rasy i Osadnictwa SS, akta personalne członków SS w liczbie 240 tysięcy plus 350 tys. należących do ich bliskich. Dodatkowo 550 tys. akt personalnych rodzin członków Oddziałów Szturmowych NSDAP (SA), dokumenty przesiedleńców z Centrali Przesiedleńczej w Łodzi oraz te należące do członków Izby Kultury Rzeszy.
Całościowo w BDC przechowywano ponad 20 mln akt personalnych a na podstawie zabezpieczonych katalogów (Zentralkartei i Gaukartei) można dziś zidentyfikować 90 proc. członków NSDAP. Osobny zbiór stanowi pula 600 tys. wniosków o przyjęcie do partii, które nie doczekały się już odpowiedzi.
Do 1 lipca 1994 roku archiwum podlegało administracji amerykańskiej, to Amerykanie nim zarządzali, choć od 1958 r. wydawanie pozwoleń na wgląd do akt leżało w gestii senatora ds. wewnętrznych Berlina Zachodniego, który miał zadbać o to, by wśród wniosków nie prześlizgnął się żaden pochodzący np. od badaczy z NRD. Przy okazji dbano również o ograniczanie dostępu do akt osobowych prominentnych funkcjonariuszy narodowego socjalizmu. Nie czyniono jednak problemów w przypadku akt osób już zmarłych lub uznawanych za mało istotne.
Teoretycznie Amerykanie mogli przekazać archiwum rodzącemu się państwu zachodnioniemieckiemu już w 1948 roku. Jak wskazuje w artykule z 1997 r. Dieter Krüger [Archiv im Spannungsfeld von Politik, Wissenschaft und Öffentlicher Meinung; Geschichte und Überlieferungsprofil des ehemaligen „Berlin Document Center”, Institut für Zeitgeschichte], był taki pomysł po stronie amerykańskiego Wojskowego Zarządu Okupacyjnego w Berlinie. Tyle że wraz z ideą ewentualnego przekazania akt pojawiły się i wątpliwości. Dotyczyły one w pierwszej kolejności przekazania stronie niemieckiej akt personalnych, w Waszyngtonie stanowczo się temu sprzeciwiono. Z drugiej strony, armia USA nie była chętna do dalszego ponoszenia kosztów utrzymania pokaźnego archiwum, ostatecznie koszt ten wziął na siebie z dniem 1 października 1953 roku Departament Stanu USA. BDC stało się jednostką cywilną i zatrudniała od 40 do 60 niemieckich pracowników.
Batalia posła Hansena
Żeby, klatka po klatce, naświetlić historię starań Republiki Federalnej Niemiec o przejęcie archiwum od Departamentu Stanu USA warto zajrzeć do archiwum Bundestagu. To tam znajdziemy zapytania poselskie, wnioski klubów parlamentarnych, sprawozdania z posiedzeń różnych komisji, zapisy debat parlamentarnych – słowem wiele (ale oczywiście nie wszystko), co miało jakikolwiek związek z dążeniem do odzyskania m.in. katalogu członków NSDAP.
9 października 1970 r., poseł SPD, Karl-Heinz Hansen, na forum Bundestagu, zadaje pytanie o, to kiedy można liczyć na zwrot BDC „zawierającego ważne dokumenty z czasów narodowego socjalizmu do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych”.
Na pytanie odpowiada Walter Scheel (FDP), ówczesny minister spraw zagranicznych w rządzie koalicji SPD-FDP kanclerza Willego Brandta:
„W latach 1967 i 1968 odbyły się rozmowy między Ministerstwem Spraw Zagranicznych, Federalnym Ministerstwem Spraw Wewnętrznych a ambasadą amerykańską dotyczące amerykańskiej propozycji przekazania Centrum Dokumentacyjnego w Berlinie pod zarząd niemiecki. Rozmowy nie przyniosły żadnego rezultatu, ponieważ oba rządy nie były w stanie uzgodnić warunków przekazania. Rząd amerykański jako siła okupacyjna w Berlinie, sprawuje kontrolę nad Centrum Dokumentacji. Gdy tylko dojdzie do porozumienia w sprawie warunków, rząd federalny przejmie zbiory archiwalne”
Hansen zgłasza pytanie dodatkowe:
„Panie Ministrze, czy podziela Pan moje przekonanie, że 25 lat po zakończeniu wojny również niemieccy historycy – a mam tu na myśli zwłaszcza historyków współczesnych – mają prawo do dostępu do wszystkich źródeł dotyczących nazizmu?”
Scheel: „Podzielam tę opinię, ale uważam, że nie możemy zaakceptować warunków postawionych przez Stany Zjednoczone. Dlatego negocjacje muszą być kontynuowane”.
Hansen (SPD): Panie Ministrze, czy uważa Pan za uzasadnione, że informacje uzyskiwane przez najwyższe organy federalne w Centrum Dokumentacji są dostarczane średnio po kilku miesiącach lub kilku tygodniach, mimo że czasami zależą od nich uprawnienia emerytalne i inne świadczenia, i czy nie uważa Pan, że fakt, iż nawet przekazanie informacji telegraficznych do Urzędu Ochrony Konstytucji zajmuje czasem od pięciu do dziesięciu dni, może stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa wewnętrznego Republiki Federalnej Niemiec?
Scheel: Byłoby dobrze, gdyby zapytania kierowane do Centrum Dokumentacji były rozpatrywane w terminie odpowiednim do danej sprawy i uwzględniającym pilność zapytania. Jednak, dopóki nie zarządzamy Centrum Dokumentacji, nie mamy oczywiście bezpośredniego wpływu na sprawne załatwianie spraw.
Karl-Heinz Hansen wraca ze swoimi pytaniami o BDC w marcu 1976 r. Chce wiedzieć jaki skutek przyniosły rozmowy prowadzone od 1967 r.
Odpowiedzi udziela Hans-Jürgen Wischnewski (SPD), sekretarz stanu w MSZ w I rządzie koalicyjnym SPD-FDP kanclerza Helmuta Schmidta:
„Panie pośle Hansen, pozwolę sobie odpowiedzieć na pańskie pytanie w następujący sposób. Rozmowy prowadzone w ostatnich latach między Ministerstwem Spraw Zagranicznych i Federalnym Ministerstwem Spraw Wewnętrznych z jednej strony a ambasadą amerykańską z drugiej strony, dotyczące przejęcia Centrum Dokumentacyjnego w Berlinie pod zarząd Republiki Federalnej Niemiec, nie przyniosły jak dotąd żadnych rezultatów. Przyczyny, o których poinformowano pana już w 1974 roku, nadal pozostają aktualne”.
Hansen (SPD): „Panie ministrze stanu, czy to prawda, że negocjacje, a raczej starania rządu federalnego o przejęcie Centrum Dokumentacyjnego od Amerykanów, od początku ubiegłego roku całkowicie utknęły w martwym punkcie?”
Wischnewski: „Od czasu do czasu porusza się tę kwestię, a starania rządu federalnego w tej sprawie są kontynuowane”.
Hansen (SPD): „Panie ministrze, czy wie pan – sądzę, że w tym kontekście jest to istotne – że Centrum Dokumentacji udziela informacji na przykład burmistrzom oraz całej władzy wykonawczej, ale członkowie parlamentów, w tym tej Izby, nie otrzymują informacji z Centrum Dokumentacji?”
Wischnewski: „Panie kolego Hansen, nie mam na ten temat żadnych informacji. Zasięgnę jednak informacji i przekażę ją panu”.
Hansen: „Kiedy rząd federalny wznowi negocjacje z rządem Stanów Zjednoczonych, aby w końcu przejąć berlińskie Centrum Dokumentacji pod niemiecką administrację?”
Wischnewski: „Rząd federalny nie uważa obecnie za stosowne, aby kontynuować konkretne negocjacje w tej sprawie”.
Hansen (SPD): „Panie ministrze, czy byłby pan gotów podać wiarygodne powody, dla których rząd federalny nie chce w tej chwili kontynuować tych negocjacji?”
Wischnewski: „Wychodzimy z założenia, że powody, które podaliśmy w 1974 roku, nadal mają zastosowanie oraz że nie ma obecnie możliwości osiągnięcia porozumienia w tej sprawie”.
Hansen (SPD): „Panie ministrze, skoro wcześniej podał pan jako jeden z powodów [zwłoki – red.] chęć poczekania na porozumienie berlińskie, to jak wyjaśni pan fakt, że w międzyczasie nie tylko podobne instytucje, które już znajdowały się w Berlinie, przeszły w ręce niemieckie, ale nawet przeniesiono do Berlina takie instytucje jak np. Centralne Niemieckie Archiwum Filmowe?”
Wischnewski: „Uważam, że pod względem merytorycznym nie można porównywać tych dwóch instytucji i że osoby, które mają w tej sprawie decydujący głos, z pewnością ocenią to inaczej”.
„Dla spadkobierców z Bonn najwyraźniej już sama perspektywa tak ogromnego dziedzictwa jest krępująca”
18 kwietnia 1976 r. tygodnik „Der Spiegel” publikuje artykuł p.t. „NS-DOKUMENTE: Dinarisch mit Einschlag „, gdzie przytacza fragment z akt osobowych NSDAP małżeństwa Kochów, a właściwie notatki lekarza SS, który pozytywnie ocenia zdolności prokreacyjne Karla Ottona Kocha. Komendant obozu w Buchenwaldzie zostaje ponadto opisany jako „typ dynarski z rysem nordyckim”, a u jego żony, Ilse Koch, zbrodniarki wojennej nie zdiagnozowano „ani szpotawej stopy, ani przepukliny”. „Takie dane osobowe funkcjonariuszy nazistowskich – nawet 31 lat po zakończeniu wojny – znajdują się w największym niemieckim archiwum osobowym, pod ścisłą kontrolą dawnych zwycięzców” – czytamy w tekście.
I dalej: „Jednak dla spadkobierców z Bonn najwyraźniej już sama perspektywa tak ogromnego dziedzictwa jest krępująca – a praktykowana od lat polityczna lakoniczność w tej kwestii jeszcze bardziej wzmocniła to wrażenie. W 1970 roku projekt upadł z powodu „warunków” postawionych przez Amerykanów. Raz trzeba było uwzględnić polityczną „geografię” – jak stwierdził sekretarz MSZ, Karl Moersch. Innym razem zmiana właściciela Centrum Dokumentacji […] zależała już tylko od formalności: od „sprawdzenia kwestii finansowych i budżetowych” lub „kwestii zabezpieczenia archiwum przed aktami przemocy”, jak argumentował minister spraw zagranicznych Genscher jeszcze w październiku 1974 r. w liście do Hansena, który zwrócił się do niego z pytaniem [o BDC-red.]. W tym czasie Genscher miał jednak za sobą inny wyczyn polegający na demonstracyjnym przeniesieniu reprezentacji RFN do Berlina zachodniego i utworzeniu tam zupełnie nowej agencji federalnej, Federalnego Urzędu ds. Środowiska. A przewidywalny sprzeciw [wobec tej decyzji – red.] na wschodzie dostarczyło tym razem zarówno Bonn, jak i Waszyngtonowi pretekstu do odłożenia sprawy na czas nieokreślony. Przynajmniej od tej daty wszystkie negocjacje „utknęły w martwym punkcie”. Przy czym trudno powiedzieć, czy sami antyfaszyści ze wschodniego Berlina narzekaliby na przyszłą filię Archiwum Federalnego [w Berlinie zachodnim – red.]. Bo nawet autorzy różnych nazistowskich „brunatnych ksiąg” powinni dobrze zdawać sobie sprawę z politycznych korzyści takiego „Konia Trojańskiego” […]. Poseł Hansen upatruje w wieloletnich manewrach taktycznych tylko jednej przyczyny: „oszczędzenia byłym nazistowskim funkcjonariuszom, którzy dziś ponownie służą państwu i chronią je przed» radykałami «, ujawnienia ich mrocznej przeszłości”. Już dziś średnia wieku większości byłych nazistów zarejestrowanych przez Centrum Dokumentacji przekracza 70 lat. A „w latach dziewięćdziesiątych”, jak szacuje prezes Archiwum Federalnego Hans Booms, problem ten „i tak rozwiązałby się sam” – tym razem z przyczyn biologicznych” – czytamy w archiwalnym wydaniu hamburskiego tygodnika.
Karl-Heinz Hansen, enfant terrible SPD, który nie tylko miał za nic dyscyplinę partyjną podczas ważnych głosowań, ale i nie ustawał w krytyce rządu socjaldemokratów i liberałów za brak chęci z ich strony do przejęcia BDC i udostępnienia archiwum bez ograniczeń badaczom, w lutym 1978 r. w komentarzu dla brytyjskiej BBC, stwierdził: „Fakt jest taki, że rząd niemiecki nie chce, aby te dokumenty zostały wykorzystane, ponieważ chce chronić byłych nazistów, którzy znaleźliby się w bardzo kłopotliwej sytuacji, gdyby pewne dokumenty wyszły na jaw”. Hansen dostał partyjną naganę. Z artykułu w „Spieglu” (wydanie z 13 marca 1978 r.), dowiadujemy się, że klubie parlamentarnym SPD mają dość Hansena i jego już ośmioletnich starań o uzyskanie odpowiedź na pytania o BDC. Hansen został więc mocno zrugany za swój komentarz dla BBC i kolejny, w tym samym tonie, dla amerykańskiej agencji Associated Press. Po tych występach Hansena wpierw wezwano na dywanik do szefa frakcji, a potem urządzono nad nim partyjny sąd, którego atmosferę „Spiegel” opisywał jako „pogromową”. Socjaldemokratyczni członkowie rządu, z ministrem sprawiedliwości Hansem-Jochenem Voglem na czele byli oburzeni, koledzy z partii za to uznali, że sytuacja sprzyja by odwdzięczyć się Hansenowi za jego skrajny brak lojalności podczas głosowań w Bundestagu. Kanclerz Helmut Schmidt mówił, że „czuje się obrażony”, nieliczni członkowie frakcji próbowali jakoś Hansenowi przemówić do rozsądku, by cofnął swoje słowa i de facto złożył samokrytykę, ale wszystko na nic. Hansen nie zamierzał ustąpić. Z partii go nie wykluczono, obawiając się reakcji zagranicy na to, że „w Republice Federalnej Niemiec represjonuje się antyfaszystów w łonie SPD”. Jak opisuje hamburski tygodnik – postanowiono z Hansenem dożyć jakoś do końca kadencji. „Większość jednak członków spisała odszczepieńczego towarzysza go na straty, nawet były rzecznik rządu, Conrad Ahlers miał stwierdzić, że > Dla Hansena nie ma już ratunku, on by obalił samego kanclerza<”. Sam Hansen wspominał później, że były kanclerz, Willy Brandt i szef SPD, powiedział mu tamtym czasie: „Chyba rozum by nas musiał opuścić, jeżeli teraz, zaczęlibyśmy na nowo wznawiać to, zakończyło się 35 lat temu. To by nas politycznie nie popchnęło ani o milimetr”.
Koledzy z SPD przeżyli z Hansenem do końca kadencji. 13 grudnia 1981 roku wykluczono go z partii.
W tym samym reportażu BBC, od którego zaczęły się poważne problemy Hansena w SPD, wypowiedział się wtedy też ówczesny dyrektor archiwum, Daniel P. Simon. „Cóż, sądzę, że wielu z tych, którzy należeli do SS lub NSDAP, są dziś jeszcze bardzo żywotni…Gdyby ich nazwiska połączono z ich [dawnymi] działaniami, to i oni i rząd federalny popadliby w kłopoty” – mówił Amerykanin, który same akta nazwał „gorącym kartoflem”.
Lęk przed drugą odsłoną denazyfikacji
11 czerwca 1979 roku za drugiego rządu koalicyjnego SPD i FDP, kanclerza Helmuta Schmidta (SPD) ówczesny minister spraw wewnętrznych Gerhart Baum (FDP) udzielił odpowiedzi na pisemne zapytanie klubu parlamentarnego CDU/CSU o przyszłość archiwum. Posłowie chcieli wiedzieć:
– W którym roku Stany Zjednoczone po raz pierwszy wyraziły gotowość przekazania BCD w niemieckie ręce i dlaczego do tej pory rząd federalny wstrzymuje się z przejęciem archiwum.
– Czy rząd federalny podziela pogląd, że przejęcie Berlińskiego Centrum Dokumentów przez Archiwum Federalne byłoby właściwym rozwiązaniem, zwłaszcza że ważne akta tematyczne były już od 1962 r. przekazywane tej instytucji i tam oceniane, a ponadto – jak dodawali posłowie-całkowite przejęcie [dokumentów – red.] przez Archiwum Federalne i objęcie ich obowiązującym tam zasadom dostępu uniemożliwiłoby niekontrolowany dostęp do zasobów BCD.
– Czy rząd federalny byłby skłonny przenieść zbiory BCD do oddziału Federalnego Urzędu Administracyjnego w Berlinie [zamiast do siedziby w Koblencji -red.].
– Czy rząd federalny podziela pogląd, że przejęcie BCD przez Archiwum Federalne byłoby zgodne z zawartym 3 września 1971 r. Porozumieniem Czterech Mocarstw dotyczącym Berlina?
Odpowiedź ministra była następująca:
Rozpoczęte w 1967 roku rozmowy między rządem Stanów Zjednoczonych a rządem federalnym, dotyczące przekazania Berlin Document Center (BDC) administracji rządu federalnego, są w toku.
Ich zakończenie zostało opóźnione z wielu względów, takich jak, chociażby kwestie dotyczące lokalizacji, formę organizacji, zasad użytkowania oraz aspektów personalnych i budżetowych. Rząd federalny jest zainteresowany i zasadniczo gotów objąć w posiadanie BDC w posiadanie Republiki Federalnej Niemiec. Jednak o tym, w jakiej formie organizacyjnej to nastąpi, [poinformuje] dopiero gdy kontakty z rządem amerykańskim doprowadzą do ostatecznego rezultatu, co aktualnie nie ma miejsca.
[…] Jeśli BDC zostanie przejęta przez administrację Republiki Federalnej, zostanie znalezione rozwiązanie zgodne z sytuacją prawną i niesprzeczne z Porozumieniem Czterech Państw w sprawie Berlina – zakończył minister.
Następnie padły pytania dodatkowe:
– Czy rząd federalny zamierza przedstawić projekt Ustawy o Archiwach podobny do tych obowiązujących np. w Stanach Zjednoczonych, Anglii, Francji i wielu innych krajach, w celu stworzenia jasnej sytuacji prawnej w zakresie korzystania z materiałów archiwalnych i zapobiec nadużyciom?
I odpowiedź ministra:
Trwają prace nad projektem Ustawy o Archiwach Federalnych. Ze względu na liczne kwestie wymagające uregulowania nie można obiecać, że rząd federalny podejmie działania w tej sprawie w najbliższym czasie. Korzystanie z materiałów archiwalnych regulują obecnie przepisy Archiwum Federalnego dotyczące korzystania z zasobów, które zawierają wystarczające zabezpieczenia prawne przed nadużyciami.
Kolejne pytania dotyczyły tzw. okresów ochronnych dla odtajniania dokumentów rządowych oraz tego, w jaki sposób kwestia ta wygląda w USA i innych państwach Zachodu. Z tej korespondencji parlamentarzystów chadecji i szefem WSW, wynika, że np. dokumenty, które w Niemczech mogą być odtajniane po upływie 30 lat, w USA są odtajniane po 20 w latach, co dotyczy również dokumentów istotnych z punktu widzenia interesu Republiki Federalnej.
Dieter Krüger, w swojej analizie z 1997 r., podkreśla, że okres, na który przypadły pierwsze rozmowy ws. zwrotu archiwum były czasem przełomu w kulturze politycznej i społecznej RFN, a zasoby BCD zawierały odpowiedzi na nurtujące zapewne część społeczeństwa pytanie „o osobiste uwikłanie czołowych reprezentantów życia publicznego” w narodowy socjalizm. W 1968 r. amerykańscy historycy i środowiska naukowe, ale i środowiska żydowskie, sprzeciwiły się zwróceniu archiwum. Propozycją, która miała nieco zmiękczyć ich stanowisko, była ta zakładająca skopiowanie wszystkich dokumentów. Ponadto Amerykanie stawiali warunek-Niemcy mieli dać nieograniczony dostęp do archiwum każdemu zainteresowanemu, co z kolei nie spotkało się z entuzjazmem rządu w Bonn. „Obawiano się nowej odsłony denazyfikacji. Jakkolwiek by było, „Spiegel” dopiero co ujawnił informacje o nazistowskiej przeszłości kanclerza Kurta-Georga Kiesingera. Informacje te pochodziły z filmów, które Amerykanie zrobili przejętym dokumentom” – pisze Krüger.
Czy nie byłoby lepiej zlecić to zadanie trzem lub czterem zakładom kopiowania, tak by sprawa nabrała szybszego tempa?
Po zapytaniu z 1979 r. następuje trzyletnia cisza. We wrześniu 1982 r. (schyłek drugiego rządu Helmuta Schmidta i wstęp do pierwszego rządu Helmuta Kohla) pytanie o archiwum pojawia się wśród innych, skierowanych hurtowo do rządu.
Tym razem pytającym jest poseł klubu CDU/CSU dr Adolf Müller, który ma taką oto sprawę do resortu Spraw Wewnętrznych:
„Jak rząd federalny ocenia utrudnienia badań historycznych, wynikające z odmowy wglądu do dokumentów znajdujących się w posiadaniu amerykańskim, ale zarządzanych przez niemieckie organy, powołujące się na ustawę o ochronie danych? Czy rząd federalny uważa za zgodne z prawem, by „względy ochrony osobistej” lub Ustawa o Ochronie Danych mogły mieć zastosowanie w przypadku byłego nazisty, który po 1945 roku wyemigrował do Argentyny i tam zmarł? I tu poseł chadecji przywołuje w formie załącznika recenzję książki „Śmierć cukrowego króla”, która ukazała się na łamach >Neue Zürcher Zeitung< w kwietniu 1982 r.”
[Dla uzupełnienia: Pierwsza, federalna Ustawa o Ochronie Danych Osobowych w Niemczech została zatwierdzona 27 stycznia 1977 roku (Bundesdatenschutzgesetz, w skrócie – BDSG). Na poziomie landowym pionierem była Hesja, która już w 1970 r. przyjęła własne regulacje w zakresie ochrony danych osobowych].
Odpowiedź MSW na pytanie posła Müllera była następująca:
Pańskie pytanie najwyraźniej dotyczy korzystania z materiałów archiwalnych oraz ich analizy w Berlin Document Center (BDC), podlegającym wyłącznie administracji amerykańskiej. Z Pańskiej wzmianki o recenzji książki w Neue Zürcher Zeitung wnioskuję, że autor książki „Tod eines Zuckerkönigs” jest naukowcem mieszkającym w Berlinie (Zachodnim). Zgodnie z porozumieniem zawartym w 1958 roku pomiędzy moim urzędem, Ministerstwem Spraw Zagranicznych oraz Ambasadą Stanów Zjednoczonych w Bonn, za rozpatrywanie wniosków złożonych przez naukowców zamieszkałych w Berlinie odpowiada senator ds. spraw wewnętrznych kraju związkowego Berlina. Jakie powody skłoniły senatora ds. spraw wewnętrznych, aby w wyniku wyważenia interesów między ochroną prywatności a wolnością naukową, odmówić wnioskodawcy osobistego wglądu do odpowiednich dokumentów BDC – nie wiem. Moja instytucja nie ma wpływu na decyzję administracji senackiej. Nie znam też żadnych podobnych przypadków tego typu z zakresu administracji federalnej. Przy czym należy zasadniczo zauważyć, że federalna Ustawa Ochronie Danych oraz ustawy krajów związkowych o ochronie danych odnoszą się w sektorze publicznym wyłącznie do danych przechowywanych przez niemieckie organy lub inne instytucje publiczne.
Podsumowując: W 1982 r. posłowie Bundestagu wciąż interesowali się zbiorami Berlińskiego Centrum Dokumentacji, w tym konkretnym przypadku zarzucano jednak organom decydującym o uzyskaniu dostępu do zbiorów, niedopuszczenie osoby zainteresowanej do akt „byłego nazisty”.
Dwa lata później, w listopadzie 1984 r. (czasy drugiego rządu Kohla i koalicji chadeków z FDP) temat znów wraca. Tym razem znów chodzi o przejęcie BDC, a pyta o nie Freimut Duve, poseł SPD. I tu sprawa jest o tyle ciekawa, że pokazuje pierwsze konkretne wyobrażenia strony niemieckiej o tym, co należy zrobić, by Amerykanie przekazali zbiory.
Freimut Duve zadaje pytanie o to, dlaczego „przekazanie BDC Archiwum Federalnemu w Koblencji od dwóch lat się przeciąga i na kiedy przewidziano transfer dokumentów”. Fakt, iż Duve wspomina o „dwóch latach” jest dowodem na to, że pod koniec lat 70., coś w sprawie się, mówiąc kolokwialnie, ruszyło. Zresztą odpowiedź udzielona przez Jürgena Möllemanna (FDP), ówczesnego sekretarz stanu w MSZ, to potwierdza, tak jak i późniejsze dyskusje posłów Bundestagu, w których część polityków dokuje już pewnej syntezy lat negocjacji między Bonn i Waszyngtonem.
Jürgen Möllemann odpowiada tak:
„Od kilku lat rząd federalny wraz z rządem amerykańskim starają się o przekazanie BDC pod zarząd niemiecki. Nie przewiduje się przy tym, by centrum dokumentacji trafiło do Archiwum Federalnego w Koblencji; ma ono podlegać Federalnemu Urzędowi Administracyjnemu. W projekcie umowy wynegocjowanym w latach 1979/80 strona amerykańska postawiła warunek, że przed przekazaniem zasobów BDC, dokumenty muszą zostać w całości zarchiwizowane na mikrofilmach. W rządowym projekcie budżetu na rok 1985 przewidziano sfinansowanie mikrofilmowania ze środków MSW. Należy zatem mieć nadzieję, że mikrofilmowanie zbiorów dokumentów będzie mogło rozpocząć się po zatwierdzeniu przez parlament projektu budżetu na rok 1985. Berlińska firma, która mogłaby zająć się kopiowaniem, szacuje, że prace te potrwają około trzech lat”.
Duve: Panie ministrze, w jaki sposób rząd federalny zamierza rozwiać wątpliwości i obawy, które pojawiły się w międzynarodowej opinii publicznej w związku z tym niebywale opieszałym i przeciągającym się procesem przekazywania [archiwum – red]?
Möllemann: Szanowny kolego, zakładam, że pańskie słowa należy rozumieć jako krytykę poprzedniego rządu federalnego, którą jednak odrzucam; nie ulega bowiem wątpliwości, że trudności związane z przedłużaniem się tej sprawy, nie wynikają w tak dużym stopniu z postawy poprzedniego czy obecnego rządu federalnego. Trzeba podjąć działania, trzeba doprowadzić do porozumienia z partnerem amerykańskim. Doskonale pan wie, że w tej kwestii również w Stanach Zjednoczonych panują bardzo różne opinie, zwłaszcza wśród różnych grup społecznych.
Do dyskusji włącza się posłanka FDP, dr Hamm-Brücher (FDP): Panie Ministrze, jeśli dobrze zrozumiałam, że kolejne opóźnienie wynika z faktu, iż zakład kopiowania potrzebuje trzech lat na wykonanie niezbędnych kopii. Chciałabym więc zapytać, czy nie byłoby lepiej zlecić to zadanie trzem lub czterem zakładom kopiowania, tak by sprawa nabrała szybszego tempa?
Möllemann: Trzeba to sprawdzić. Nie potrafię teraz odpowiedzieć, czy to jest możliwe.
Ostatnie pytanie pada z ust posła SPD, Ernsta Waltemathego: Panie ministrze, czy mam interpretować pańską wzmiankę o czasie kopiowania w ten sposób, że przekazanie całego Centrum Dokumentacji niemieckim organom potrwa trzy lata, czy też można sobie wyobrazić, że w ciągu tych trzech lat wszystko, co zostało skopiowane, zostanie już przekazane?
Möllemann: Panie kolego Waltemathe, właśnie powiedziałem, że w projekcie umowy wynegocjowanym w latach 1979/80 przez poprzedni rząd federalny uzgodniono, iż warunkiem przekazania dokumentów jest ich pełne zarchiwizowanie na mikrofilmach. Musimy się tego trzymać.
Koniec debaty
Urodzony w 1935 r. Ernst Walthemate był synem ślusarza, Paula Waltemathego i stenotypistki, Sophie Cohen. Jego rodziców zmuszono w ramach nazistowskiej polityki rasowej do rozwodu. Matka nie wytrzymując presji, wyjechała w 1938 r. z małym Ernstem i jego starszym bratem, do Holandii. Dekadę później rodzina znów była w komplecie, ale Sophie Cohen krótko cieszyła się odzyskanym życiem rodzinnym, zmarła w 1949 roku. Warto dodać, że kiedy w 1978 r. ważyły się losy Karl-Heinza Hansena, Ernst Walthemate był jednym z sześciu posłów SPD, którzy próbowali jakoś ratować Hansena przed partyjnym trybunałem.
Afera z kradzieżą 80 tys. akt; Testament Hitlera i kartoteka Bormanna na czarnym rynku
14 lutego 1988 r. dziennik „Berliner Morgenpost ujawnia, że od lat z archiwów BDC znikają »akta osobowe byłych nazistów «. Temat podejmują inne media. Okazuje się, że Prokuratura Generalna już od 1983 r. prowadzi śledztwo w sprawie kradzieży dokumentów z BDC, których wedle wstępnych szacunków wyparowało z archiwum ok. 80 tys.
Wśród skradzionych dokumentów były np. akta osobowe Martina Bormanna czy kapitana okrętów podwodnych, Günthera Priena, a pracownicy BDC wskazywali, że wśród zaginionych akt były też te należące do prominentnych osobistości RFN. W poufnym dokumencie z maja 1988 r. US Mission do Waszyngtonu [dokument można znaleźć dziś w archiwum CIA – red.], czytamy, że „Prokuratura w Berlinie z e wsparciem FBI poczyniła znaczny postęp w sprawie wyjaśnienia kradzieży dokumentów z BDC i że „ostatnich tygodniach aresztowano marszanda z Hamburga, pracownika zajmującego się dokumentacją z Berlina, berlińskiego drobnego złodzieja oraz pracownika BDC, a także przesłuchano poufnego informatora. Większość z nich przyznała się do winy. Prokuratorzy Spodziewają się zakończyć śledztwo latem a jesienią początek sprawy sądowej”.
W dokumencie jest też mowa o dokonywanej kontroli zbiorów BDC, w celu ustalenia skali strat. „Do tej pory potwierdzono kradzież 2416 dokumentów, z których odzyskano około 1800. Uważamy, że straty są większe (jeden z głównych oskarżonych przyznał się do sprzedaży 4–5 tysięcy), ale miną miesiące, zanim będziemy mieć pewność. Do tej pory nie zidentyfikowaliśmy żadnych istotnych strat, które nie zostały wcześniej zmikrofilmowane, ale sprawdzono tylko niewielką część tych zbiorów […] Dodatkowo RFN przyznała oddzielne
środki na kontynuację projektu mikrofilmowania. Oferty dotyczące mikrofilmowania powinny zostać złożone w przyszłym miesiącu, a rozpoczęcie projektu planujemy latem tego roku”.
Szczegóły śledztwa zostały opisane dość szczegółowo, nie będziemy w tym miejscu przytaczać całej treści 7-stronicowego dokumentu, ale są pewne informacje, które warto przywołać. Jak chociażby ta, że jeden z zamieszanych w kradzież dokumentów złodziej był analfabetą i zdaniem śledczych „miał nikłe pojęcie o wartości dokumentów, którymi się zajmował”. Złodziej ten wskazał jednak człowieka, który przekazywał mu akta, pracownika działu reprodukcji BDC, który przez 12 lat pracował w archiwum. Pracownik BDC przechowywał skradzione akta w swoim wynajmowanym w Berlinie mieszkaniu. Służby miały już od kilku miesięcy obserwować pośrednika, jak i to, że działał w zmowie z byłym zastępcą dyrektora BDC, Wolfgangiem Eberhardem. Z czasem krąg podejrzanych się poszerzył jeszcze o handlarzy militariami z Hamburga i Monachium, potem doszło i nazwisko brytyjskiego handlarza, który miał kupić dokumenty z BDC o wartości 100-120 tys. DM. To dlatego amerykańskie meldunki o sprawie były zaadresowane nie tylko do Waszyngtonu i Bonn, ale i do amerykańskiej ambasady w Londynie. Z kolejnych informacji wynika, że śledczy mieli problem z ustaleniem liczby skradzionych dokumentów, więc postanowiono stopniowo przeczesywać katalogi i wpierw skupiono się na aktach osobowych oficerów. Z katalogu SS zniknęło 2001 akt najważniejszych funkcjonariuszy, to udało się najszybciej potwierdzić, ale część zbiorów nie była jeszcze zmikrofilmowana, co uniemożliwiało ich odzyskanie przynajmniej w takiej formie. Dalej czytamy, że wśród skradzionych dokumentów brakowało m.in. 88 z 18 tys. przechowywanych w BDC akt Volksgerichthofu (Trybunału Ludowego) i akta Klausa Barbiego oraz 2416 akt osobowych prominentnych byłych nazistów. Stwierdzono ponadto brak oryginału dokumentacji dentystycznej Josefa Mengele. W związku ze śledztwem, które wykazało, że od początku lat 80. w przestępczy proceder było zaangażowanych wielu pracowników BDC, załoga archiwum była mocno okrojona i nie nadążała z opracowywaniem składanych wniosków {wtedy było to średnio 4 tys. miesięcznie]. W komunikatach pojawia się w pewnym momencie informacja, że prokuratura odstąpi od oskarżenia wszystkich handlarzy zamieszanych w sprawę, ponieważ część z nich dobrowolnie się przyznała, oddała skradzione dokumenty i współpracuje. Amerykanie w Berlinie informują ponadto Waszyngton o podjętych działaniach mających zminimalizować kradzieże i wszelkie nadużycia w przyszłości, tj. nowoczesny system kamer, całodobową ochronę obiektu wewnątrz i na zewnątrz oraz specjalne procedury dla pracowników, ponieważ jak odnotowano „największe zagrożenie pochodzi z wewnątrz”. Specjalne procedury polegały na tym, by pracownicy jednej sekcji, nie mogli przemieszczać się do innych sekcji, co miały gwarantować kolorowe plakietki markujące „teren” właściwy danemu pracownikowi. Na wejściu i wyjściu z BDC przeszukiwano torebki i inne bagaże podręczne. Całkowity koszt wdrożonych ulepszeń: 800 tys. DM.
W meldunkach z Berlina przewija się też kwestia wakatu po zwolnionym zastępcy dyrektora i poszukiwania nowego kandydata oraz wyraźne przyspieszenie z mikrofilmowaniem reszty zbiorów archiwum. Z pism wynika, że rozmowy podjęto z czterema berlińskimi firmami, które byłyby w stanie wykonać tak ogromne zlecenie. Rzecz dotyczyła 15 milionów akt mogących zawierać nawet 60 milionów dokumentów.
Tak latem 1988 roku wyglądała sprawa z kradzieżą akt z perspektywy amerykańskiej. W RFN temat rozpalał media i opozycję parlamentarną. Der Spiegel, w artykule „Koszmar w piwnicy” z 21 lutego, 1988 r. pisał, że w mieszkaniu jednego z pracowników BDC znaleziono nawet kopię testamentu Hitlera, a wokół samej akcji kradzieży krążyły różne plotki i spekulacje. „Berliner Morgenpost” skłaniał się do wersji z szantażowaniem „byłych nazistów” skradzionymi dokumentami, padała nawet suma rzekomego haraczu za milczenie – 20 mln DM. Z kolei cytowany przez „Spiegel” Heizn Galinski, ówczesny przewodniczący
Gminy Żydowskiej w Berlinie, miał powiedzieć, że za sprawców uważa „pewne kręgi, które należą do osób obciążonych i są zainteresowane tym, by ich akta nie były dostępne dla opinii publicznej”. W związku z ujawnioną aferą na nowo rozgorzała też debata nad tym, dlaczego Bonn mimo wieloletnich negocjacji wciąż nie przejęło BDC. Jedni twierdzili, że Amerykanie zachowują sobie archiwum jako „narzędzie władzy” względem RFN, inni (jak Karl-Heinz Hansen) upatrywali w przeciąganiu sprawy woli niemieckich polityków, którzy chcą chronić byłych funkcjonariuszy nazistowskich.
I tu „Spiegel” pisze tak: „Być może w obu tych wersjach jest ziarno prawdy, jak zdradził magazynowi SPIEGEL były szef prasowy armii amerykańskiej w Berlinie, Edward Harper: >Niemcy jasno dali do zrozumienia, że nie chcą tych akt. Zgodziliśmy się na to. Rozwiązanie: uzgodniono, że najpierw skopiujemy zbiory; a następnie po prostu spowolniono ten proces<. Rzeczywiście, mikrofilmowcy pracowali na tyle powoli, że do tej pory, 13 lat po obiecanym zakończeniu akcji, skopiowano jedynie sześćdziesiąt procent materiałów archiwalnych”.
W artykule jest mowa o dokumentach Z BDC, które wytropiono na aukcjach w różnych częściach RFN, ale i o świadectwie jednego z pracowników archiwum, który wspominał o aktach osobowych sędziego, który w okresie III Rzeszy wydał 250 wyroków śmierci a dziś „nadal jest sędzią i nie został pociągnięty do żadnej odpowiedzialności”. Biorąc pod uwagę dane z amerykańskich meldunków, o skradzionych aktach Trybunału Ludowego, można zadać sobie pytanie, czy dokumenty te trafiły na czarny rynek, czy może posłużyły do szantażu, któregoś z sędziów i prokuratorów. Z drugiej jednak strony, w 1956 r. Trybunał Konstytucyjny, przyznając sędziom Trybunału tzw. przywilej sędziowski, uniemożliwił ich ściganie i lekko przeszli do aparatu sprawiedliwości RFN. W 1985 r. co prawda Bundestag w rezolucji potępił Trybunał Ludowy, ale żyjący jeszcze, dawni sędziowie i prokuratorzy, mogli spać spokojnie.
Zieloni: Centrum Dokumentacji jest w pewnym sensie uśpionym świadkiem, ogromnym składowiskiem najnowszej historii Niemiec
Skandal z kradzieżą dokumentów nie pozostawił obojętnych posłów Zielonych, którzy w swoim wniosku złożonym w Bundestagu, korzystając z tego, że temat BDC znów stał się nośny, postulowali, by po przejęciu archiwum przez RFN, akta ujawnić, a tzw. starych nazistów wykluczyć z ochrony, którą miała im gwarantować, dopiero co przyjęta w styczniu 1988 r. Ustawa o Archiwach Narodowych. 10 marca w Bundestagu, Zieloni przedstawili swój pomysł na przyszłość zbiorów BDC nie szczędząc przy okazji krytyki wszystkim rządom federalnym, które nie zdołały archiwum przez te wszystkie lata przejąć.
„Charakterystyczne dla podejścia do najnowszej historii Niemiec jest to, że to nie sprawcy i wspólnicy reżimu nazistowskiego, zidentyfikowani na podstawie akt, rozgrzali ostatnio atmosferę wokół tych dokumentów, lecz handlarze i paserzy, a być może także tajna organizacja o charakterze mafijnym, jak przypuszczała gazeta »Berliner Morgenpost«, choć nie była w stanie tego udowodnić. Jest to charakterystyczne, ponieważ najwyraźniej łatwiej było siłą pieniądza wyciągnąć część tych akt z Centrum Dokumentacji niż uzyskać do nich dostęp. Jest to jednak charakterystyczne przede wszystkim dlatego, że Berlińskie Centrum Dokumentacji symbolizuje ogromną zbiorową zdolność do wypierania poczucia winy za zbrodnie reżimu nazistowskiego. Centrum Dokumentacji jest w pewnym sensie uśpionym świadkiem, ogromnym składowiskiem najnowszej historii Niemiec” – zaczęła Ellen Olms, posłanka Zielonych.
I dalej:
„Z wyjątkiem oryginalnych akt dotyczących Adolfa Eichmanna, z ogromnej góry dokumentów nie ujawniono żadnych innych sprawców ani wspólników reżimu nazistowskiego. Nikt do dziś nie mógł ani nie powinien był, poparzyć się tymi „gorącymi kartoflami”, jak nazwał te wybuchowe przechowywane tam akta, amerykański kierownik archiwum Simon. Zbyt wielu tu w Niemczech, ale i rządzących w USA, ma interes w tym, by nam, opinii publicznej w Niemczech i na arenie międzynarodowej, odmawiać wglądu we własną przeszłość. Milczący konsensus co do tego, by nie poddawać publicznej i systematycznej analizie żółknących w piwnicach Centrum Dokumentacji „gorących kartofli” wynika też z tego, by po wojnie nie narażać na kompromitację tych, którzy zajmowali kierownicze stanowiska w polityce i przedsiębiorstwach. Gdyż „gdyby powiązać ich nazwiska z ich działalnością” w czasach nazistowskich, „wpadliby oni wraz z rządem niemieckim w kłopoty”, jak szczerze przyznał dziesięć lat temu w audycji BBC dyrektor Centrum Dokumentacji”.
Olms w swojej emocjonalnej mowie podkreśliła, że akta z BDC powinny być udostępnione badaczom, tak by w końcu „Bez żadnych luk ukazać terror nazistowski i popełnione zbrodnie”. Jak przekonywała, „Nie może być żadnych ograniczeń i żadnego tabu. To minimum, które jesteśmy winni ofiarom nazistowskiego terroru”. Miała również na myśli zniesienie ograniczeń dla każdego, kto będzie chciał zapoznać się z aktami, bez okresów ochronnych.
Słowa Elleny Olms wywołały ostrą reakcję ze strony pozostałych posłów. Bernd Neumann (CDU/CSU) był urażony sugestiami posłanki Zielonych, która powtórzyła tego dnia, obecne w przestrzeni publicznej wątpliwości co do niechęci przejęcia archiwum BDC przez rząd RFN wraz z sugestią, że rządzący zwlekają z tym, by „kryć byłych nazistów”. Neumann jednocześnie potępił kradzież akt z BDC i zapewnił, że chadecy są za jak najszybszym przejęciem archiwum, ale opowiedział się jasno za tym, by archiwum podlegało wszystkim zapisom Ustawy o Archiwach Narodowych.
„Panie i Panowie, w odniesieniu do akt, które mają zostać przejęte, zastosowanie mają oczywiście kryteria określone we właśnie uchwalonej Ustawie o Archiwach Federalnych, która w optymalny sposób uwzględnia orzeczenia Federalnego Trybunału Konstytucyjnego
w zakresie ochrony danych i prywatności. Nie rozumiem postulatu partii Zielonych, aby w przypadku akt z Centrum Dokumentacji bezprawnie uchylić te przepisy, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę, drogie panie z partii Zielonych, że sami Zieloni nawet podczas ścigania terrorystów skrupulatnie nadają pierwszeństwo ochronie danych. Miliony osób zapisanych w Document Center, z których część już nie żyje, nie były wyłącznie nazistowskimi zbrodniarzami, ale w wielu przypadkach również biernymi zwolennikami [systemu – red.], członkami przymusowych organizacji nazistowskich, np. izb i stowarzyszeń zawodowych. W aktach tych dotyczących tych osób zawarte są również częściowo bardzo osobiste fakty dotyczące zdrowia i innych spraw. Mogę powiedzieć, że w tym przypadku fakty te oczywiście nie leżą w interesie publicznym i wymagają ochrony prywatności. Nie mamy absolutnie żadnego interesu w usprawiedliwianiu i tuszowania winy. Ale, panie i panowie, nie ma dwóch rodzajów prawa. Nowa Ustawa o Archiwach Federalnych w sposób wyważony uwzględnia ważne zasady praw podstawowych. Dlatego też będzie miała ona zastosowanie również do akt Centrum Dokumentacji, które, miejmy nadzieję, wkrótce przejmujemy” – powiedział poseł klubu parlamentarnego CDU/CSU.
FDP: Ochrona danych to ochrona prywatności, a to prawo do ochrony prywatności, które przyznajemy – powiedzmy – zwykłym przestępcom, przyznamy również członkom organizacji narodowosocjalistycznych, którzy często nawet nie popełnili przestępstwa
„…BDC jest zbiorem o znaczeniu historycznym, którego właśnie my, Niemcy, potrzebujemy, aby uporać się z własną historią. Dokumenty tego Centrum Dokumentacyjnego nie powinny jednak i nie mogą stanowić podstawy do wszczęcia postępowania mającego na celu ponowną denazyfikację. Choć denazyfikacja przeprowadzona bezpośrednio po wojnie była obarczona błędami, to jednak obowiązuje zasada, że ponad 40 lat później nie można i nie wolno podejmować próby jej powtórzenia, jeśli nie chce się naruszyć zasady zachowania pokoju prawnego. W tym przypadku w ogóle nie jest kwestionowana ochrona sprawców, ponieważ nie odnotowano tam sprawców, lecz członkostwo w organizacjach. Są to ważne dokumenty, których potrzebowały prokuratury. Wykazano, że zostały one również wykorzystane w tym celu. Nic więcej. Nigdzie nie utrudniono postępowania karnego tym, że Amerykanie sprawują nadzór nad tym centrum” – dodał Wolfgang Lüder (FDP)
Na co z ław zawołała posłanka Jutta Oesterle-Schwerin z Zielonych: „Członkostw to też przestępstwo! [Ta sama posłanka kilkanaście minut później zadała pytanie o to, czy „Rząd koalicji SPD/SDP przypadkiem nie wzbraniał się przed przejęciem archiwum z uwagi na leżące w nim akta Helmuta Schmidta”. Pytanie padło pod adresem posłanki SPD, Gerlinde Hämmerle, która tak samo jak posłowie chadecji i liberałów, popierała objęcie akt BDC Ustawą o Archiwach Narodowych.]
Wolfgang Lüder kontynuował:
„Panie i Panowie, kiedy mówię, że to centrum ma przejść pod niemiecką kuratelę, to od razu dodaję: nie chcemy tworzyć nowych kategorii sprawców. Chcemy, Pani Koleżanko Hämmerle, tak samo jak Pani, aby przekazanie to odbyło się w sposób przejrzysty i podlegało kontroli politycznej. Nie ma tu miejsca na żadne ukrywanie faktów; centrum to ma przejść pod niemiecką kuratelę zgodnie z zasadami państwa demokratycznego.
Ale zgadzamy się również co do tego, że w kwestii ochrony danych nie może być miejsca na dwulicowość. Ochrona danych to ochrona prywatności, a to prawo do ochrony prywatności,
które przyznajemy – powiedzmy – zwykłym przestępcom, przyznamy również członkom organizacji narodowosocjalistycznych, którzy często nawet nie popełnili przestępstwa. Ochrona danych nie może być uzależniona od przynależności politycznej. Ochrona danych nie może zależeć od orientacji politycznej. Prawo służy ochronie osoby, ale w takim razie każdej osoby. Szanowni Państwo, osoby wymienione w tych dokumentach mają takie samo prawo do ochrony danych, jak gdyby były odnotowane w innych niemieckich archiwach. Uważam, że ci, którzy nieco bardziej zagłębią się w ustawę – pani poseł Hämmerle już zwróciła uwagę na kilka kwestii – dostrzegą, że ochrona prywatności przysługuje ostatecznie tylko zwykłemu obywatelowi, który nie popełnił żadnego przestępstwa i który, z jakichkolwiek powodów, należał do jakiejś organizacji pobocznej w III Rzeszy. Chodzi przecież o to, abyśmy zapewnili – a to zapewniła ustawa – że otrzymujemy informacje o osobach, a także o ważnych urzędnikach naszej Republiki. Nie stoi temu na przeszkodzie żadna ochrona wynikająca z ustawy. Możemy wszystko, mogliśmy wszystko, a nawet pod nadzorem aliantów można było prowadzić postępowania karne i, jak już tutaj wspomniano, prokuratury mogły wkraczać do archiwów i je przeglądać…”.
[Zacytowaliśmy tu tylko fragmenty debaty z marca 1988, jest ona niewątpliwie warta lektury w całości. Cały zapis tego posiedzenia jest w pełnej wersji dostępny na stronie Bundestagu.]
Co się tyczy wniosku Zielonych, od którego zaczęła się debata, został przekazany do kilku komisji parlamentarnych, a niecały rok później odrzucony.
1 lipca 1994 r. BDC zostało przekazane władzom Zjednoczonym na powrót Niemiec. Zgodnie z planem archiwum objęto Ustawą o Archiwach Narodowych. Szacuje się, że koszt przeniesienia całości zborów na mikrofilmy, kosztowało Niemcy ok. 6 mln DM.
Osobnym, nie mniej ciekawym, niż debata wewnątrzniemiecka, tematem jest to, w jaki sposób na ostateczne przekazanie Niemcom BDC, zareagowano w USA. Tu ciekawą lekturą może być, chociażby archiwalny artykuł z New Yorkera z 7 marca 1994 r., „Letter from Berlin; Secrets of the Files” autorstwa Geralda Posnera.
Post scriptum: Kiedy dokumenty wcale nie trafiają do Archiwum Federalnego
Bywa i tak, że ważne dokumenty, notatki ze spotkań, korespondencja z czasu urzędowania np. danego kanclerza, czy ważnego urzędnika państwowego, wcale nie lądują w Archiwum Federalnym, tylko w instytucjach prywatnych. Wtedy dana instytucja staje się ich właścicielem i decyduje, które dokumenty pokaże i komu je udostępni. Sprawa teoretycznie nie ma związku z samym katalogiem NSDAP, a jednak pokazuje interesujący mechanizm obchodzenia się, chociażby z tzw. spuścizną polityków, której miejsce jest w Archiwum Federalnym.
Tak było w przypadku 178 segregatorów z biura byłego kanclerza Gerharda Schrödera (SPD), które po wymówieniu mu pomieszczeń biurowych przez Bundestag, trafiły do bliskiej SPD Fundacji Friedricha Eberta. A fundacja nie ma obowiązku nikomu tych notatek, korespondencji etc. udostępniać. A zatem dokumenty, które powinny zgodnie z dobrym obyczajem, ale i zasadami funkcjonowania Archiwum Federalnego, trafić do jego oddziału w Koblencji, znajdują się w budynku fundacji, a z doniesień niemieckich mediów wynika, że każdy zainteresowany wglądem do tych dokumentów musiałby wpierw uzyskać akcept od tego, kto akta przekazał, więc samego Gerharda Schrödera.
Co istotne, z artykułu śledczego zespołu dziennikarskiego CORRECTIV, z listopada 2025 r. można wywnioskować, że już w 2019 r. urzędnicy Kanzleramtu mieli wiedzę o tym, że w biurach zajmowanych przez Gerharda Schrödera, znajdują się również dokumenty z czasu jego kanclerstwa. Były tam również te, dotyczące kontaktów byłego kanclerza z prezydentem Rosji, Władimirem Putinem związane z negocjacjami ws. budowy Nord Streamu, w tym notatki o ostatnim spotkaniu Gerharda Schrödera z Władimirem Putinem, z 14 października 2005 r. w St. Petersburgu. W grudniu tego samego roku oficjalnie ogłoszono, że Schröder otrzyma posadę w spółce-córce Gazpromu. Wg. CORREVTIV, nawet Kanzleramt nie ma wglądu do tych dokumentów. A prawo jest bezradne. Przynajmniej można domniemywać o jego bezradności, patrząc jak podobne sprawy do tej pory, były traktowane przez Federalny Trybunał Konstytucyjny.
Zostawiając już nawet na boku spór wdowy po Helmucie Kohlu z całą rzeszą instytucji w Niemczech, ponieważ ta dość burzliwa historia jest wciąż rozwojowa, warto sięgnąć do sprawy sprzed ponad dekady.
[Osobom zainteresowanym syntezą tego zagadnienia, polecam lekturę ekspertyzy służby naukowej Bundestagu „Zugang zu historischen Dokumenten” z 24 lipca 2023 r.]
W 2017 roku zapadła decyzja TK w Karlsruhe ws. skargi konstytucyjnej dziennikarki ARD starającej się, bezskutecznie, o wgląd w dokumenty z czasu kanclerstwa Konrada Adenauera (CDU). Odmowa ta stała się powodem skargi do TK, złożonej po wcześniejszej (niepomyślnej dla dziennikarki) decyzji Wyższego Sądu Administracyjnego. Z uwagi na złożoność tej historii, posłużę się tu cytatem samego Trybunału Konstytucyjnego, który w swojej decyzji z dn. 20 czerwca 2017 r. pisał tak:
„Skarżąca jest dziennikarką i historykiem. W związku z [pracą nad] audycją radiową dla ARD zajmowała się ona tematem odszkodowania Republiki Federalnej Niemiec na rzecz Izraela od roku 1952 roku i tak zwaną akcją „Geschäftsfreund “ (»Przyjaciel Biznesowy«). W toku tej akcji, która miała zostać uzgodniona na potajemnym spotkaniu kanclerza Adenauera i izraelskiej głowy państwa Ben Guriona, rząd niemiecki miał w latach 1961-1965 zapłacić Izraelowi łącznie 630 milionów DM na projekty na pustyni Negew. Pieniądze z podatków wykorzystane do tego celu miały zostać wypłacone bez legitymacji parlamentarnej i decyzji rządu. W trakcie zbierania materiałów skarżąca ustaliła, że istnieją dokumenty rządu federalnego, które w jej opinii miały charakter urzędowy. Akta te były sporządzane w tamtym czasie dla rządu przez ówczesnego sekretarza stanu w Kanzleramcie, Hansa Globkego i ówczesnego szefa zarządu Deutsche Bank i współzałożyciela Kreditanstalt für Wiederaufbau [bank rozwoju założony po II wojnie światowej jako część Planu Marshalla – red.], Hermanna Josefa Absa.
Według skarżącej, akta te, z których niektóre oznaczono jako niejawne, miały trafić jako spuścizna po Globkem i Absie do dwóch prywatnych instytucji: do Konrad-Adenauer-Stiftung e.V. oraz Instytutu Historycznego Deutsche Bank AG. Skarżąca zwróciła się do obu instytucji z prośbą o wgląd do dokumentów, obie odmówiły.
Deutsche Bank ogłosił, że dokumenty będące w jego posiadaniu będą dostępne wyłącznie dla projektów badawczych zainicjowanych przez Instytut Historyczny Deutsche Banku. Autor biografii Hermanna Josefa Absa, wspierany przez Deutsche Bank, uzyskał dostęp do akt z jego spuścizny […]. Osobom z zewnątrz natomiast dokumenty miałyby być udostępniane dopiero po upływie dwudziestoletniego okresu ochronnego, który w tamtym czasie jednak jeszcze nie upłynął.
Konrad Adenauer Stiftung e.V. uzasadniła swoją odmowę tym, że jest instytucją prywatną, która sama może decydować o tym, komu pozwala na wgląd w akta znajdujące się w jej posiadaniu. Poza tym spadkobiercy Hansa Globkego nie zgadzali się na udzielenie wglądu dziennikarki w dokumenty. Niektóre z tych akt zostały sklasyfikowane jako informacje niejawne. Ostatecznie Fundacja Konrada Adenauera udzieliła skarżącej dostępu do tych dokumentów, które nie były oznaczone jako informacje niejawne.
Skarżąca zaapelowała do Archiwum Federalnego o wsparcie. Złożyła wniosek o dostarczenie dokumentów urzędowych oraz o zapewnienie dostępu do nich. Prezes Archiwum Federalnego poinformował ją, że Archiwum Federalne może dostarczyć tylko te dokumenty, które są na stanie, tych zaś, o które prosi wnioskująca, Archiwum Federalne nie ma. Prezes dodał, że coraz częściej dokumenty urzędowe nie trafiają do Archiwum Federalnego, tylko są przekazywane, chociażby >archiwom partyjnym< wraz z prywatnymi dokumentami polityków i wysokich urzędników.
Podjęte próby przeciwdziałania tej >prywatyzacji urzędowych dokumentów< nie przyniosły rezultatu. Pełnomocnik Rządu Federalnego ds. Kultury i Mediów pełniący nadzór nad Archiwum Federalnym, zwrócił skarżącej uwagę, że Archiwum nie ma prawnych możliwości sankcjonowania podmiotów, które nie wypełniają obowiązku dostarczenia archiwów…”
[Tu zakończymy cytat z uzasadnienia TK, które jest dość obszerne. Zainteresowanych pełną treścią uzasadnienia decyzji odsyłam na stronę TK (numer sprawy: 1 BvR 1978/13)].
Sędziowie Trybunału Konstytucyjnego odrzucili skargę dziennikarki. W 2025 roku portal LTO (Legal Tribune Online) wrócił do sprawy przypominając, że nie była przypadkiem odosobnionym, a odmowa wglądu do dokumentów generalnie nie jest w Niemczech czymś jednostkowym. W tekście poruszono też wątek przejmowania spuścizny po kanclerzach i kluczowych politykach Bundesrepubliki przez wspomniane instytucje prywatne oraz bezradności Archiwum Federalnego, wobec tego typu praktyk.
LTO przywołało również sprawę z odrzuceniem w 2013 r. przez Federalny Sąd Administracyjny w Lipsku, skargi dziennikarza tabloidu „Bild”, któremu BND odmówiło pełnego wglądu (bez zaczernień) do dokumentów wywiadu związanych ze sprawą Adolfa Eichmanna. Decyzję uzasadniano tym, że udostępnienie dokumentów zagrażałoby dobru państwa i mogłoby zaważyć na współpracy z zagranicznymi wywiadami. Warto podkreślić, że rzecz dotyczy dokumentów z lat 50. XX w., dziennikarzowi zależało na dokumentach potwierdzających, że BND już w 1952 r. wiedziało o tym, że Eichmann przebywa w Argentynie.
W czasie, na który przypadała batalia dziennikarza „Bild” o akta ws. Eichmanna, miała miejsce jeszcze jedna ciekawa sytuacja z archiwum w tle. Tym razem rzecz dotyczyła zniszczenia 254 akt personalnych z archiwum niemieckiego wywiadu.
Sprawą, po doniesieniach medialnych Spiegla, w grudniu 2012 roku zainteresował się klub parlamentarny Linke. Posłowie chcieli m.in. wiedzieć, kto zdecydował o zniszczeniu akt, na jakiej podstawie tego dokonano, czy zlikwidowane akta personalne dotyczyły działających w BND byłych członków SS i Gestapo itd. W odpowiedzi uzyskanej na zapytanie posłów strona rządowa podała, że dokumenty kasowano w dwóch „rundach”, w 1996 r. było to 8 akt, a w 2007 r. – 245. Stron nie liczono. Skasowanie dokumentów odbyło się zaś za zgodą Archiwum Federalnego, które od 2001 roku decyduje o tym, czy dane akta są „godne archiwizacji”. Te okazały się niegodne. Więc wszystko odbyło się w zgodzie z literą prawa. Wśród zmielonych dokumentów były akta 17 byłych członków SS, 7 byłych członków Gestapo, 7 osób miało zarzuty prokuratorskie w związku z podejrzeniem o popełnienie zbrodni nazistowskich, ale śledztwa w ich sprawie wstrzymano, było też 11 pracowników wywiadu, którzy w związku z podejrzeniem o możliwe „obciążenie nazistowskie” zostali poddani wewnętrznej procedurze śledczej w latach 60. XX w. Prasa niemiecka podawała w tamtym czasie, że za decyzję o zniszczeniu dokumentów miała odpowiadać niedoświadczona pani dyrektor i pani pracująca w archiwum, a impulsem do działania była przeprowadzka archiwum z Pullach do Berlina.
Być może jeszcze wrócimy w Tyglu do tego tematu, posiłkując się książką powstałą na kanwie pracy Komisji Historyków, jest to publikacja Christopha Rassa „Das Sozialprofil des Bundesnachrichtendienstes. Von den Anfängen bis 1968, Band 1, Ch. Links Verlag, 2016. (Profil społeczny Służby Wywiadu Federalnego. Od początków do 1968 roku).
Olga Doleśniak-Harczuk



