Dlaczego potrzebowaliśmy tak długo, by przywrócić dostawy prądu i dlaczego wezwano na pomoc Bundeswehrę jeżeli sprawa dotyczyła tylko jednej linii energetycznej i 45 tys. gospodarstw domowych? Dlaczego nie byliśmy w stanie zminimalizować skutków tej awarii? To są pytania, które powinno się zaadresować do ustawy ramowej KRITIS. Na razie te kwestie się w ustawie nie znalazły i jeżeli ona nie zostanie zmieniona, to w kolejnych latach będziemy niestety przeżywać podobne sytuacje – powiedział w rozmowie z portalem berlinskitygiel.pl Manuel ‘HonkHase’ Atug, inżynier, ekspert ds. ochrony infrastruktury krytycznej, cyberbezpieczeństwa i zarządzania kryzysowego, założyciel i rzecznik niezależnej grupy AG KRITIS
Berliński Tygiel: Południowo-zachodnie dzielnice Berlina powoli wracają do życia po kilkudniowej awarii prądu spowodowanej pożarem kabli. Do sabotażu, który sparaliżował kilkadziesiąt tysięcy gospodarstw domowych, 2 tys. firm, wiele sklepów, ale i domy opieki czy szpitale, przyznała się skrajnie lewicowa organizacja „Wulkan”. Sprawca jest więc znany. Jak mogło jednak w ogóle dojść do takiej sytuacji?
Manuel ‘HonkHase’Atug: Położenie sieci elektroenergetycznej jest jawne. Żyjemy w demokracji, w otwartym społeczeństwie, co oznacza również, że wszystko odbywa się jawnie. Jak ktoś trochę się zna na kablach, to zaatakowanie sieci nie sprawi mu szczególnej trudności, ponieważ nie wymaga wybitnej wiedzy. I tak też założyli sprawcy tej awarii. Z drugiej strony równie dobrze mogło do niej dojść na skutek wypadku, czy z przyczyn naturalnych. To mogło być zmęczenie materiału, pożar lasu, albo zalegająca pokrywa śnieżna. Tego typu sytuacje mogą się wydarzyć w dowolnym miejscu i dowolnym czasie i nie jest to bynajmniej wyłącznie niemiecka specjalność.
Dopiero w 2030 r. będzie wiadomo, co właściwie powinno zostać wdrożone zgodnie z ustawą ramową KRITIS
BT: To akurat jest oczywiste, a jednak w Niemczech od kilku lat, a w sposób szczególny od czasu rosyjskiej napaści na Ukrainę, debatuje się nad wzmocnieniem ochrony infrastruktury krytycznej. Politycy i eksperci mówią o ochronie kabli podmorskich, o konieczności podniesienia odporności instytucji na cyberataki itd. i nagle zimą za sprawą ataku na sieć energetyczną zostaje sparaliżowana niemała część niemieckiej stolicy. 1 grudnia sam Pan przecież wypowiadał się jako biegły przed Parlamentarną Komisją Spraw Wewnętrznych na temat ustawy ramowej KRITIS mającej zapewnić lepszą ochronę infrastruktury krytycznej w Niemczech. Wypowiedział się Pan zresztą o projekcie tej ustawy w sposób mało przychylny. Dlaczego?
MA: Ochrona naszej infrastruktury krytycznej przed takimi zagrożeniami jak sabotaż, klęski żywiołowe, pandemie, wypadki itp. jest dziś absolutnie niewystarczająca. W ostatnich dziesięcioleciach dużo na ten temat dyskutowaliśmy, ale działaliśmy bardzo niedbale i za mało inwestowaliśmy w ochronę. Większość przedsiębiorstw robi tylko tyle, ile wymagają od nich przepisy lub tyle, ile jest konieczne do prowadzenia działalności bez ponoszenia strat.
To zresztą oczywiste, że przedsiębiorstwa dążą do maksymalizacji swoich zysków. Tyle że ustawa ramowa KRITIS nie przewiduje, delikatnie mówiąc, niczego, co miałoby jakąś treść. Zarówno w przemówieniu na Komisji, jak i w pisemnym stanowisku, jasno zaznaczyliśmy, że brak działań zakresie ochrony infrastruktury krytycznej stanowi zagrożenie dla ludzi. Projekt ustawy zawiera tak wiele wyjątków i specjalnych zachęt, że w rzeczywistości nie zostało w nim nic istotnego.
Ustawa ta dotyczy w zasadzie minimum klasycznej infrastruktury krytycznej, ponieważ wykluczono z niej prawie cały rząd federalny i rządy landowe i wszystko, co jest państwowe. Natomiast infrastruktura krytyczna objęta ustawą jest zobowiązana do podniesienia odporności i poziomu bezpieczeństwa na wypadek zagrożeń fizycznych. Szkopuł w tym, że dokładne wytyczne, jak to zwiększenie bezpieczeństwa ma wyglądać, czyli regulacja, która dostarczy dokładniejszych specyfikacji, zostanie opublikowana dopiero w 2030 r. Dopiero wtedy pojawią się więc konkrety. Co oznacza, że dopiero w 2030 r. będzie wiadomo, co właściwie powinno zostać wdrożone zgodnie z tą ustawą. A do czasu wdrożenia nowych zasad miną kolejne lata i będziemy już w roku 2035 lub 2040. Podsumowując: w 2026 roku rozmawiamy o tym, że za 10-15 lat wejdą pierwsze regulacje zawarte w ustawie, co w kontekście problemów, z jakimi mierzymy się od kilku lat, jest nieodpowiednie i nastraja raczej ponuro. Przy czym trzeba podkreślić, że zawsze były jakieś ataki na infrastrukturę krytyczną. Weźmy na przykład ataki na transporty kolejowe odpadów radioaktywnych. Mieliśmy tego typu problemy, ale też mogliśmy się na nie przygotować, odpowiednio nastawić.
A co zrobimy w sytuacji, gdy poszkodowanych będzie 2, 10, 20 milionów?
BT: A dziś?
MA: Dziś żyjemy w sytuacji, w której od lat jesteśmy konfrontowani z zagrożeniami wymagającymi szybkiego działania, a przedsiębiorstwa i osoby decyzyjne w rządzie i administracji wzruszają ramionami, mówiąc: „No tak, teraz się popsuło. 45 tys. gospodarstw domowych nie będzie miało prądu, mieli pecha, nic się nie da zrobić. Naprawa potrwa do czwartku, szybciej się nie da. Nie mamy też zastępczej sieci energetycznej, to wszystko jest bardzo trudne”. Z drugiej strony mamy 160 funkcjonariuszy policji, strażaków i innych przedstawicieli służb, którzy zostali wezwani na czas awarii. I to wszystko „tylko” dla 45 tys. gospodarstw domowych i 2 tysiące firm. A co zrobimy w sytuacji, gdy poszkodowanych będzie 2, 10, 20 milionów? Wtedy najwyraźniej będziemy mieć w Niemczech katastrofę. Jakby tego było mało, burmistrz Berlina wezwał na pomoc Bundeswehrę. To już szczyt wszystkiego. Przecież mamy Federalną Służbę Ratownictwa Technicznego (THW), która podlega rządowi federalnemu i zajmuje się zarządzaniem kryzysowym. Wychodzi jednak na to, że ta służba okazała się niewystarczająca. Co z kolei znaczy, że powinna być niezwłocznie wzmocniona. Berlin powinien też mieć własne zasoby. Deputowani, zasiadający w senacie Berlina jako kraju związkowego, mają przecież swoje kompetencje i ponoszą odpowiedzialność za miasto i land. Tymczasem widać i to po raz kolejny, że Berlin nie jest przygotowany na trudne sytuacje. Nie jest w stanie zatroszczyć się nawet o kilkadziesiąt tysięcy swoich mieszkańców. A fakt, że będziemy mieć dodatkowo tak źle napisaną i pozbawioną substancji ustawę ramową o ochronie infrastruktury krytycznej, też nie pomoże. Nawet bez tej ustawy Berlin musi poważnie odpowiedzieć sobie na pytanie dlaczego znowu wszystko idzie nie tak, jak powinno.
BT: Wspomniał Pan, że za tego typu awarią może stać człowiek, może być ona efektem zmęczenia materiału, niesprzyjających zjawisk atmosferycznych itd. W Berlinie sprawcy ataku przyznali się do niego w obszernym liście, ale przecież można sobie wyobrazić scenariusz, w którym za sabotażem nie stoi lewicowa, niemiecka organizacja, ale zewnętrzny aktor. Czyli kłania się tzw. kwestia atrybucji, przyporządkowania danego czynu konkretnemu sprawcy.
Ludzie muszą uzyskać odpowiedź tylko na jedno pytanie: „Czy jutro będę mieć wodę i energię?
MA: To są kwestie związane z ustaleniem sprawcy, z organami śledczymi, z tajnymi służbami i działaniami wojskowymi. I pełna zgoda co do tego, że wymienione organa muszą się na tym polu wykazać, to ich zadanie. Tyle że ja bym to oddzielił od awarii w Berlinie. Operatora sieci energetycznej, czy burmistrza nie powinno interesować, kto jest sprawcą, czy ma on paszport rosyjski, polski, izraelski, czy amerykański. To jest obojętne. Tak samo obojętne jest to, czy do awarii doszło na skutek pożaru lasu, działań skrajnie lewicowej, czy skrajnie prawicowej organizacji, a może jednego człowieka z kombinerkami. Wszystko jedno. Ważne, że coś się wydarzyło i może nastąpić awaria. I trzeba natychmiast się tą awarią zająć, tak by do każdego gospodarstwa domowego popłynął prąd. Kropka. I nieważne jest, dlaczego sieć zawiodła, zadaniem operatora i rządzących jest to, by w kontakcie był prąd. Wszystko inne na dobrą sprawę nie interesuje społeczeństwa, albo nie powinno interesować. Ludzie muszą uzyskać odpowiedź tylko na jedno pytanie: „Czy jutro będę mieć wodę i energię?”. A rząd, Federalne Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, które odpowiada za ramową ustawę KRITIS oraz operatorzy infrastruktury krytycznej, w tym przypadku – operator sieci energetycznej – muszą na to pytanie odpowiedzieć twierdząco.
A jeżeli nie są w stanie tego zrobić i źle reagują w sytuacji kryzysowej, to jest to zastanawiające. Najważniejsze jest w takim przypadku zarządzanie kryzysowe i to najlepiej wdrożone na tyle sprawnie, by ludzie nawet się nie zorientowali, że coś nie działa. Albo, by reakcja była tak szybka, by naprawa awarii nie trwała od soboty do czwartku, jak to było w przypadku Berlina. A już przecież samo to pokazało, że coś zawiodło Potrzebujemy więc odporności i dostępności, czyli szybkiej naprawy tego, co się popsuło. I burmistrz powinien odpowiedzieć na pytanie, dlaczego potrzebowaliśmy tak długo, by przywrócić dostawy prądu i dlaczego wezwano na pomoc Bundeswehrę jeżeli sprawa dotyczyła tylko jednej linii energetycznej i 45 tys. gospodarstw domowych. Dlaczego nie byliśmy w stanie zminimalizować skutków tej awarii? To są wszystko pytania, które powinno się zaadresować właśnie do ustawy ramowej KRITIS. Na razie te kwestie się w ustawie nie znalazły i jeżeli ona nie zostanie zmieniona, to w kolejnych latach będziemy niestety przeżywać podobne sytuacje.
To nie działa w ten sposób, że wstawimy generator na dekadę do szafy, a potem w razie potrzeby go z niej wyciągamy i on jest sprawny
BT: W czasie awarii część mediów informowała, że Berlin nie dysponuje wystarczającą liczbą agregatów prądotwórczych, tabloid Bild pisał m.in. o supermarketach, które zostały zamknięte właśnie z uwagi na brak własnych generatorów. Skąd te braki?
MA: Generatory są konieczne do wytwarzania prądu zastępczego w czasie usuwania awarii, są one kosztowne i wymagają regularnych przeglądów i napraw. To nie działa w ten sposób, że wstawimy taki generator na dekadę do szafy, a potem w razie potrzeby go z niej wyciągamy i on jest sprawny. Odporność i dostępność kosztuje, trzeba w nią inwestować. Jeżeli się tego nie robi, to potem można najwyżej zakomunikować ludziom pozbawionym sześć dni prądu: „Przykro nam, naprawa potrwa”.
W państwie przemysłowym, jakim są Niemcy, nie powinno to tak wyglądać. Mamy w Europie i w Niemczech masę przepisów dotyczących wszelkich możliwych spraw, tyle przywilejów, tyle dziwnych przeregulowań, a nie radzimy sobie z oddaniem do dyspozycji na czas awarii podstawowej infrastruktury. Poza tym przerwa w dostawie prądu przyniosła kolejną awarię. Przecież mieszkańcy dotkniętych awarią dzielnic Berlina nie mogli korzystać z telefonów komórkowych i internetu. Dlaczego? A dlatego, że lobby telekomunikacyjne w Niemczech zadbało o to, by maszty telekomunikacyjne nie musiały mieć awaryjnego zasilania. Zamiast tego mają niewielką liczbę zastępczych masztów telekomunikacyjnych, które można przewieźć i uruchomić. To jednak też kosztuje, jest drogie i stresujące. Można jednak i taniej. Przez tydzień kilkadziesiąt tysięcy osób będzie się po prostu pieklić [na wykluczenie komunikacyjne – red.], ale jak już wszystko wróci do normy, to za góra dwa tygodnie wszyscy zapomną. I wtedy już ani operatorzy sieci, ani minister spraw wewnętrznych, ani burmistrz Berlina nie będą musieli już nic więcej robić, ogłosi się tylko, że „kryzys został zażegnany i wracamy do tego jak było”. I to praktycznie bez żadnych konsekwencji.
W ostatnim projekcie, aż po ten będący przedmiotem grudniowego posiedzenia komisji Bundestagu, poprawiono dwie literówki i skorygowano błędny odnośnik
BT: Do następnej katastrofy?
MA: Berlin ma już za sobą niejedną katastrofę, Niemcy jako całość również. Przypomnijmy sobie powodzie na północy kraju, czy straszliwe w skutkach zamiecie śnieżne w latach 70.XX w. Wystarczająco dobrze znamy takie scenariusze. Poza tym jak spojrzymy w stronę Półwyspu Iberyjskiego, który przeżył w kwietniu ub.r. prawdziwy blackout, to od razu widać, że w Berlinie nie było żadnego blackoutu, tylko awaria sieci energetycznej.
BT: Na czym polega różnica?
MA: Blackout ma charakter ponadregionalny i długotrwały. W Berlinie tak nie było, obszar dotknięty brakiem prądu był mniejszy, uszkodzeniu nie uległa cała sieć, co nie przeszkadza jednak zadać sobie pytania, co by się stało, gdyby Niemcy padły ofiarą takiego blackoutu jak Półwysep Iberyjski. Jeżeli przerosła nas awaria dostaw prądu dla 45 tys. gospodarstw domowych, to stoimy na chwiejnych nogach. Nie jesteśmy dostatecznie przygotowani na sytuacje kryzysowe.
BT: Czy Pana zdaniem ostatnie doświadczenie berlińskie może jakoś wpłynąć na ostateczną treść ustawy ramowej o ochronie infrastruktury krytycznej?
MA: Trudno powiedzieć. Rząd i odpowiedzialne za ustawę Federalne Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, nie są raczej zainteresowane zmianami. Na stronie internetowej AG Kritis opublikowaliśmy wszystkie projekty tej ustawy, jakie wpadły nam w ręce. Poszczególne wersje z ostatnich lat prawie się od siebie nie różnią. W ostatnim projekcie, aż po ten będący przedmiotem grudniowego posiedzenia komisji Bundestagu, poprawiono dwie literówki i skorygowano błędny odnośnik. Poza tym nic nie poprawiono. Mając wszystkie opinie biegłych i tyle odbytych dyskusji, nic nie zmieniono. Podczas ostatniego wysłuchania przynajmniej tyle dobrego, że obecni politycy wykazywali się dużym zainteresowaniem tematu. A już później, po spotkaniu, kilkoro polityków zwróciło się nawet do nas bezpośrednio z pytaniem, co można by skorygować. Czyli ktoś zastanawia się nad korektą, ale za to też trzeba przecież zapłacić, a Federalne Ministerstwo Finansów już zapowiedziało, że nie ma pieniędzy i wszyscy muszą oszczędzać. Coś trzeba wykreślić, by coś innego dofinansować. Z MSW płyną głosy: >Chcemy nadzoru, kontroli chatów internetowych, oprogramowania analitycznego Palanir, „państwowego trojana” <, ochrona kryzysowa schodzi na dalszy plan.
Jak nagle dochodzi do takiej awarii jak w Berlinie, to Burmistrz woła na pomoc Bundeswehrę, ponieważ THW najwidoczniej nie jest w stanie sprostać wszystkim zadaniom. Mamy zatem problem
Jak spojrzymy, ile środków z budżetu otrzymuje rocznie Federalny Urząd Ochrony Ludności i Pomocy w Przypadku Katastrof (BBK), czy Federalną Służbę Ratownictwa Technicznego (THW), to w przypadku BKK jest to w ostatnich 15-10 latach kwota od 300 do 400 mln euro. Urząd Ochrony Konstytucji, który również podlega pod MSW, zwiększył w tym czasie swój budżet z ćwierć miliarda euro do ponad pół miliarda. Federalna Służba Wywiadowcza Niemiec (BND) w 2026 ma do dyspozycji 1,51 mld euro [315 mln więcej niż w roku ubiegłym-red.]. Widać po tych przykładach, że na ochronę kryzysową nie przeznacza się środków adekwatnych do potrzeb. A przecież w ostatnich latach tak wiele się zmieniło. W Europie mamy wojnę napastniczą Putina względem Ukrainy, mamy problem bezpieczeństwa na wschodniej flance NATO, mieliśmy pandemię, kryzys gazowy i naftowy, dużo by jeszcze wyliczać, a BKK i THW ani nie otrzymują więcej ludzi, ani więcej środków. Tajne Służby mogą liczyć na wsparcie finansowe, ale i tak wciąż narzekają na zbyt mały budżet i ograniczone uprawnienia. Tylko że jak nagle dochodzi do takiej awarii jak w Berlinie, to Burmistrz woła na pomoc Bundeswehrę, ponieważ THW najwidoczniej nie jest w stanie sprostać wszystkim zadaniom. Mamy zatem problem.
Dlaczego Berlin nie ma wystarczających środków na poradzenie sobie z taką sytuacją? Jako kraj związkowy, Berlin ponosi określoną odpowiedzialność. Dlaczego więc w sytuacji kryzysowej nie wystarczy zwrócić się wyłącznie do THW? Jeżeli THW nie dysponuje zasobami pozwalającymi mu na działania, to trzeba go wzmocnić. I wtedy pomoc Bundeswehry będzie konieczna wyłącznie w wyjątkowych przypadkach i po to, by zachować sprawczość w sytuacji kryzysowej. W zasadzie Bundeswehra w ogóle nie powinna być wzywana do małych awarii. Co bowiem byłoby w sytuacji, gdyby poszkodowanych liczono nie w tysiącach, lecz w milionach? Dla ludzi zajmujących się zarządzaniem w sytuacjach kryzysowych to wszystko wygląda irracjonalnie.
BT: Jak Pan tłumaczy niedostateczne działania prewencyjne?
MA: Jak to się mówi: „There is no glory in prevention”, prewencja nie brzmi pociągająco, stąd ten częsty brak politycznej woli, by coś na tym polu zmienić. Na prewencji nie zdobędzie się drugiej kadencji. Nie zbije się kapitału wyborczego. Lepiej sięgnąć po projekty typu Centrum Antydronowe, które świetnie wygląda, ale może nie strącić ani jednego drona. Miliony euro inwestuje się w tego typu projekty zamiast w budowanie odporności kryzysowej. Mamy jeszcze szansę, by ulepszyć ustawę ramową KRITIS, zanim wejdzie w życie. Jeżeli tego nie zrobimy, to wszystko będzie tak jak do tej pory.
Prewencja nie jest pociągająca
BT: Kilka tygodni temu miałam okazję zobaczyć od wewnątrz pracę Berliner Tafel z ogromną halą przy Beusselstrasse z chłodniami, w których przetrzymuje się żywność dla potrzebujących. Gdyby awaria dotknęła ten zakątek Berlina, prawdopodobnie wszystko poszłoby do kosza. Wiele w ostatnich dniach mówiono o wyziębionych ludziach, o starszych osobach, które spały na łóżkach polowych w prowizorycznych noclegowniach. A jak wygląda w takich przypadkach sytuacja sklepów, firm?
MA: W marcu 2024 r. roku awaria zasilania dotknęła fabrykę Tesli w Brandenburgii [Podpalono maszt energetyczny w pobliżu fabryki Tesli, do ataku przyznała się wtedy organizacja „Wulkan”, ta sama, która prawdopodobnie odpowiada za ostatni sabotaż sieci energetycznej w Berlinie -red]. I dużo na ten temat mówiono w mediach. W tym samym czasie awaria dotknęła również duże centrum dystrybucji żywności w Brandenburgii, takie obiekty stanowią część infrastruktury krytycznej, bo zaopatrują mnóstwo sklepów w regionie. Przez braki zasilania doszło do dużych strat żywności, a sklepy przez kilka dni świeciły pustkami.
Zawsze gdy dochodzi do awarii prądu, supermarkety i dyskonty mają szczególny problem z mrożonkami i świeżymi artykułami wymagającymi chłodzenia. Podobnie piekarnie, z których część chłodzi ciasto. Nowoczesne chłodnie trzymają zimno do 24 godzin, ale w Berlinie awaria trwała od soboty do czwartku. Nawet jak ktoś by chciał jakoś spożytkować te rozmrożone produkty, to musiałby je przecież podgrzać, a większość ludzi w dzielnicach objętych awarią mogła nie mieć w domu kuchenki na butlę gazową, czy grilla na balkonie. Zresztą, jak by ktoś wpadł na pomysł rozpalenia grilla w mieszkaniu, to by się zatruł tlenkiem węgla. Społeczeństwo nie jest więc dostatecznie przygotowane na tego typu sytuacje. Jako suwerenni obywatele Europy i Niemiec nie możemy jednak powiedzieć: „Niech państwo się o nas troszczy, sam nic nie muszę”, tak jak w Chinach, tylko jak jesteśmy tacy suwerenni, to każdy z osobna powinien wziąć odpowiedzialność za swoje bezpieczeństwo. Chce przez to powiedzieć, że każdy z nas musi mieć w domu takie zapasy, by przynajmniej trzy dni przeżyć w sytuacji kryzysowej.
Niech pani zapyta w całym Berlinie, kto ma w domu zapasy i mniej więcej na ile dni
BT: Sam Pan to praktykuje?
MA: Mam w domu zawsze zapas butelek z napojami, konserwy rybne i wiele produktów tego typu. Jak dojdzie do awarii, mogę sam zadbać o swoje wyżywienie i jeszcze podzielić się z sąsiadami. Zbyt mało ludzi myśli jednak w ten sposób. Federalny Urząd Ochrony Ludności i Pomocy w Przypadku Katastrof (BKK) zaktualizowało w ubiegłym roku zalecenia na wypadek kryzysów i klęsk żywiołowych, gdzie sporządzono listę rzeczy potrzebnych, by przeżyć 3 dni bez wychodzenia z domu. Te 3-dniowe zalecenia nie pomogłyby 45 tysiącom gospodarstw domowych pozostawionych bez prądu. Oni by potrzebowali zaopatrzenia na 2 tygodnie. Gdyby jednak ludzie zadbali o zapasy przynajmniej na te 3 dni, to by już pomogło siłom porządkowym w złagodzeniu kryzysu i szybszym dotarciu do najbardziej potrzebujących [chorych, samotnych, starszych – red.].Patrząc z tej perspektywy, zgromadzenie zapasów, chociaż na te 3 dni byłoby lepsze niż zero zapasów. Tyle że większość ludzi tego nie praktykuje. A jak coś się dzieje, wielu spodziewa się, że THW lub Bundeswehra przyjdzie i przygotuje jedzenie.
Niech pani zapyta w całym Berlinie, kto ma w domu zapasy i mniej więcej na ile dni. Przecież jak kupię 40 puszek i wstawię je do jakiegoś kąta, to one nie zajmą dużo miejsca. Albo jak wstawię do kuchni dodatkowe 10 litrów wody, też nic wielkiego się nie stanie. Niektórzy powiedzą, że nie mają pieniędzy na zapasy. Tylko że 10 litrów wody nie kosztuje majątku, i tak przecież musiałbym je kupić. Część ludzi skonfrontowanych z takimi radami będzie się zarzekać, że nie jest preppersem, sięgać do innych wymówek. Można wynaleźć tysiąc powodów, dlaczego ludzie nie chcą tego robić. A jak już przerobimy kwestię puszek i wody można zapytać o baterie, o latarkę. I wtedy się okazuje, że wielu ludzi nigdy nie kupuje baterii i nie posiada latarki. Dla mnie to jest normalna sprawa, że mam takie rzeczy w różnych częściach mieszkania, ponieważ mogą się przydać. Jeżeli ktoś nie jest przyzwyczajony, by zadbać o te podstawowe zapasy, to potem w chwili kryzysu widać deficyty. Państwo może się starać wszystko zabezpieczyć, ale my sami też powinniśmy przynajmniej zadbać o swoje podstawowe zasoby. Państwo ponosi swoją odpowiedzialność za bezpieczeństwo obywateli, burmistrz też, operatorzy infrastruktury krytycznej mają też swoje obszary odpowiedzialności, ale my jako obywatele państwa – również powinniśmy zadbać o siebie. Jeżeli na każdym z tych poziomów coś nie gra, łańcuch może nie wytrzymać. Odporne społeczeństwo wymaga poczucia odpowiedzialności od wszystkich.
Rozmawiała Olga Doleśniak-Harczuk
Link do strony AG Kritis: Startseite – AG KRITIS



