Błażej Torański: W tej historii cud gonił cud, podszedłem do niej z dystansem i naukowym zamysłem

W artykule:

  • 10:43 min

Kiedy usłyszałem o „urodzonym w Stutthof”, pomyślałem: historia nie z tej ziemi! Zbyt niewiarygodna, aby była prawdziwa. Cud gonił cud. Jako niemowlę Andrzej K. przez kilka miesięcy miał być ukrywany w stertach bielizny pralni esesmańskiej. Przeżył, jak twierdzi, epidemię tyfusu. Z obozu wywiózł go, ukrytego w koszu, esesman. Miał trafić do sierocińca, a stamtąd do rodziny niemieckiego generała. Być zgermanizowanym. Nie miałem wątpliwości, że historię Andrzeja K. muszę prześwietlić – mówi w rozmowie z Berlińskim Tyglem Błażej Torański, pisarz, dziennikarz, tegoroczny laureat Brązowego Medalu „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.

Berliński Tygiel: Po wstrząsającej książce „Małym Oświęciumiu” ukazującej realia niemieckiego obozu koncentracyjnego dla polskich dzieci w Łodzi napisanej wspólnie z Jolantą Sowińską Gogacz i po równie wstrząsającej książce o Eugenii Pol, zbrodniarce wojennej, nadzorczyni z tego obozu, napisał Pan reportaż historyczny o tajemniczym Andrzeju K. Historia jest intrygująca, pełna zawiłości, zwrotów akcji i niedomówień. Kim jest bohater Pana książki i dlaczego zwrócił Pan uwagę właśnie na niego?


Błażej Torański: Historię Andrzeja K. opowiedział mi Tadek Płużański, dziennikarz, publicysta, historyk, autor książek. Jego ojciec – prof. Tadeusz Ludwik Płużański, historyk filozofii i pisarz – był więźniem obozu koncentracyjnego Stutthof, do tego stopnia przekonanym, że Andrzej K. tam się urodził, że poświęcił jemu i jego matce wiersz. Kiedy zatem usłyszałem o „urodzonym w Stutthof”, pomyślałem: historia nie z tej ziemi! Zbyt niewiarygodna, aby była prawdziwa. Cud gonił cud. Jako niemowlę Andrzej K. przez kilka miesięcy miał być ukrywany w stertach bielizny pralni esesmańskiej. Przeżył, jak twierdzi, epidemię tyfusu. Z obozu wywiózł go, ukrytego w koszu, esesman. Miał trafić do sierocińca, a stamtąd do rodziny niemieckiego generała. Być zgermanizowanym. Nie miałem wątpliwości, że historię Andrzeja K. muszę prześwietlić. Dać świadectwo prawdzie. Skonfrontować z wiedzą i doświadczeniem naukowców, ekspertów najwyższej klasy. Powstała z tego opowieść o człowieku, który szuka odpowiedzi na pytanie, kim jest. Ukazująca dramatyczną walkę o własną tożsamość. Z wojenną traumą i pamięcią wojny. Z pytaniami: jak to wpływa na resztę życia? Jak je naznacza i warunkuje? Jak samotnym pozostaje człowiek ze swoją podartą, wybrakowaną i naznaczoną stratą biografią; ze strzępami historii, których nie da się zszyć tak, aby stworzyły jakiś jeden w miarę kompletny obraz przeszłości?

Nie miałem wątpliwości, że historię Andrzeja K. muszę prześwietlić. Dać świadectwo prawdzie.

Berliński Tygiel: W którym momencie opowieści, coś – ujmę to kolokwialnie – Panu „zazgrzytało”?

Błażej Torański: W stosunku do Andrzeja K. miałem nieograniczone pokłady empatii. Ale entuzjazm łączę ze sceptycyzmem. Z dystansem i naukowym zamysłem. Nie jestem maszyną do pisania, stojakiem do mikrofonu, a dosyć szybko zorientowałem się, że Andrzej K. oczekuje ode mnie, że zapiszę wyłącznie to, co mi powie. Bez weryfikacji. Że przyjmę to jako jedyną, niepodważalną prawdę. Nie mogłem na to przystać, gdyż nie na tym polega rola biografa.
Zaczęło się najlepiej na świecie: przyjmował mnie w domu wraz żoną wedle zasady „gość w dom, Bóg w dom”. Domowe obiady, ciasta i kawa. Wielogodzinne rozmowy przez dwa lata. Nagrywałem je na dwa nośniki. Im bardziej jednak zbliżałem się do prawdy, pozbawionej emocji i stronniczości, tym bardziej nasze drogi się rozchodziły. Andrzej K. przez szesnaście lat zebrał dziesiątki dokumentów i starannie układał je w skoroszytach, bo czekał na swojego biografa. Zdziwiło mnie jednak, dlaczego niemal wszystkie relacje świadków były potwierdzone notarialnie? To był pierwszy sygnał ostrzegawczy, bo przecież notariusze nie badają stanu faktycznego. Nie prowadzą śledztw w dochodzeniu do prawdy. Nie weryfikują historii. Sprawdzają jedynie dowody osobiste i przyjmują podpisy. Spytałem o to Agnieszkę Kłys, wybitną ekspertkę z Muzeum Stutthof, która zajmuje się naukowo losami tamtejszych więźniów dzieci. Odpowiedziała mi tak: “Dobrze, że to zrobił. Po pierwsze dlatego, że udało mu się dotrzeć do świadków. Gdyby dzisiaj dochodził prawdy o sobie, nie miałby takiej możliwości, bo wielu świadków nie żyje. Po drugie: potwierdzenie świadectw notarialnie ma swoją wartość, podnosi ich rangę, zwiększa wiarygodność. Pan Andrzej ma prawo do swojej tragicznej historii. Tragicznej, bo w gruncie rzeczy on nie wie, kim jest. Przez wiele lat szukał swoich korzeni. To z pewnością było dla niego emocjonalnie trudne. Nie widzę potrzeby, aby tak bardzo jego wersję weryfikować, aby zburzyć świat, który zbudował. Ma do niego prawo. Co da się potwierdzić, potwierdzamy”. Przekonała mnie. Ale w ogromnych obszarach jego opowieść – w konfrontacji z opiniami naukowców – rozsypywała się.
Pamiętam nasze ostatnie spotkanie w jednej z warszawskich kawiarni. Zaczęło się od trzęsienia ziemi, jak w filmach Alfreda Hitchcocka. Bez powodu krzyczał. Był apodyktyczny, roszczeniowy, żądaniowy. Groził sądem, jeśli nie przeczyta całej książki. Było mi wstyd, bo akurat w tej samej kawiarni miał spotkanie słynny kompozytor i skrzypek jazzowy Krzesimir Dębski. Spojrzał na nas. Oderwali się inni od stolikowych rozmów. Pan Andrzej wyczuł to i złagodniał. Wyciszył się, niczym wygasły wulkan. Ale wtedy już straciłem do niego zaufanie. Chciałem jak najszybciej wydać tę książkę, aby poddać ją ocenie czytelników i poczuć ulgę.
Wszystkie jego wypowiedzi, cytowane wprost, autoryzowałem. Odesłał mi je bez zmiany przecinka! (sic). Kiedy jednak poprzedni wydawca wysłał mu całą książkę, z opiniami ekspertów, odmówił zgody na druk. Ale takiej władzy nad autorem, nad wolnością słowa, nie daje mu żadne prawo. Nie ulegam szantażom.

Pan Andrzej ma prawo do swojej tragicznej historii. Tragicznej, bo w gruncie rzeczy on nie wie, kim jest. Przez wiele lat szukał swoich korzeni.

Berliński Tygiel: W książce znajdziemy komentarze specjalistów, naukowców, osób na co dzień zajmujących się poszczególnymi aspektami II wojny światowej oraz życia – i umierania, pod niemiecką okupacją. Są to wyważone opinie, żaden z Pańskich rozmówców nie podaje na tacy diagnozy, nie przesądza o prawdziwości lub nieprawdziwości historii bohatera książki. Może z wyjątkiem głosów historyków IPN, którzy krytycznie odnieśli się do powojennej „konspiracyjnej karty” Andrzeja K. Ile trwało zbieranie tych wszystkich opinii? Czy zdarzało się, że ktoś odmawiał komentowania tej historii?

Błażej Torański: Przez pół wieku byłem dziennikarzem, reporterem i wypracowałem sobie taką pozycję zawodową, że nie pamiętam, aby ktokolwiek mi odmówił. Ludzie mają do mnie zaufanie. Od siedmiu lat zajmuję się literaturą obozową. Moje książki, w tym współautorski „Mały Oświęcim”, sprzedały się – jak dotychczas – w łącznym nakładzie przekraczającym 32 tysiące egzemplarzy, co na polskim rynku jest bardzo przyzwoitym wynikiem, dużym sukcesem. „Kat polskich dzieci” był nominowany do Międzynarodowej Nagrody im. Witolda Pileckiego i został przetłumaczony na języki rumuński i francuski. W Rumunii wydała go oficyna Editura Cetatea de Scaun. To także buduje markę osobistą autora książek. Nad „Tożsamością Andrzeja K.” pracowałem dwa i pół roku. Ta książka kosztowała mnie gigantyczny wysiłek emocjonalny, intelektualny, warsztatowy.

Berliński Tygiel: Jeszcze pozostając w temacie – czy któryś z Pańskich rozmówców zaskoczył Pana? Przyznam, że dla mnie szczególnie interesujące były wnioski prof. Tomasza Kozłowskiego, poczułam się jak widz rasowego kryminału.

Błażej Torański: Bo na wielu poziomach jest to historia detektywistyczna. Niczym powieść kryminalna. Na przykład: Pan Andrzej miał hipotezę, że jego ojcem może być były komendant obozu Stutthof SS-Obersturmbannführer Paul Werner Hoppe. Esesman miał krew na rękach co najmniej 65 tys. więźniów obozu, w tym 47 tys. Żydów. Prawdę mówiąc, gdyby tak było, uwiarygadniałoby przekonanie Pana Andrzeja, że przeżył on kilka miesięcy w pralni esesmańskiej za zgodą komendanta i naczelnego lekarza obozu. Poprosiłem kolegę, aby zrobił Panu Andrzejowi zdjęcie portretowe. Dr hab. Tomasz Kozłowski, prof. UMK w Toruniu, ekspert od antropologii fizycznej porównał zdjęcia Paula Wernera Hoppe ściągnięte z sieci i dostarczone mu Andrzeja K. Jest biegłym, który w sądach rodzinnych, na podstawie analiz morfologicznych wielokrotnie pomagał sądom ustalać sporne biologiczne rodzicielstwo, przeważnie ojcostwo. Zajmował się również identyfikacją osób na podstawie zdjęć. M.in. porównuje układy morfologiczne głowy, a zwłaszcza twarzy. Bywa, że jak nie ma możliwości bezpośredniego badania osób, to wykorzystuje zdjęcia biologicznej matki, domniemanego ojca i dziecka.
Prof. Tomasz Kozłowski próbował uchwycić cechy podobne i cechy odmienne. Analizował układy widocznych na fotografiach cech morfologicznych głowy i twarzy. Nie znalazł podobieństwa, które potwierdzałoby związki krwi z komendantem.

Berliński Tygiel: W historii Andrzeja K. pojawia się też wątek romansowo-miłosny, nie chcę zdradzać szczegółów, ale przyznam, że ta opowieść wzmogła mój sceptycyzm względem bohatera książki, jest w niej coś z młodzieńczych przechwałek. Jak Pan zareagował na te wszystkie sprzeczne informacje?

Błażej Torański: Jego opowieść o tym, że przez dwa, trzy lata miał potajemny romans z wybitną poetką Haliną Poświatowską dowodzi silnej potrzeby dowartościowania się „samca alfa”. Ale najbardziej żenujące jest jego twierdzenie, że poetka ukradła mu dwa wiersze: „Lustro” i „Kot”. Że przepisała je z jego młodzieńczego zeszyciku w kratkę i włączyła do swojego tomiku. Autorka biografii poetki, Kalina Błażejowska, nie ma wątpliwości, że te wiersze ukazały się w debiutanckim tomiku Haliny Poświatowskiej „Hymn Bałwochwalczy”, wydanym przez krakowskie Wydawnictwo Literackie w 1958 roku. Wtedy Andrzej K. miał zaledwie 14 lat i nie mógł znać Haliny Poświatowskiej. Według Kaliny Błażejowskiej sprawa „plagiatu” jest żenującą fantazją. „Poza tym trudno uwierzyć, by nastoletni chłopiec napisał wiersz z perspektywy dorosłej kobiety patrzącej w lustro” – twierdzi biografka.

Berliński Tygiel: Można zaryzykować stwierdzenie, że niechcący dokonał Pan dekonstrukcji postaci Andrzeja K.? A może o to właśnie chodzi – by podchodzić do biografii jak do pracy naukowej, bez uprzedzeń, bez zachwytów, z chłodnym spojrzeniem?

Błażej Torański: Dokładnie tak. Powtórzę: entuzjazm łączę ze sceptycyzmem. Z dystansem i naukowym zamysłem.

Dr hab. Tomasz Kozłowski, prof. UMK w Toruniu, ekspert od antropologii fizycznej porównał zdjęcia Paula Wernera Hoppe ściągnięte z sieci i dostarczone mu Andrzeja K.

Berliński Tygiel: A czy – z drugiej strony – można traktować z takim naukowym chłodem wspomnienia ludzi straumatyzowanych? Zdarzyło mi się w rodzinie godzinami rozmawiać z osobami, które przeżyły II wojnę światową jako dzieci lub nastolatkowie. Czasem miałam wrażenie, że koloryzują, czasem, że nie wszystko chcą ujawnić. Lata zajęła mi weryfikacja rodzinnych opowieści i byłam sama w szoku, że w tych historiach moich bliskich praktycznie…wszystko było tak, jak mówili a nawet bardziej dramatyczne. W jednym przypadku za sprawą poszukiwań dotarłam aż do Nowego Jorku, w innych dowody były zachowane w dokumentacji medycznej. Czy bierze Pan pod uwagę, że przynajmniej część tej opowieści jest prawdą?

Błażej Torański: Oczywiście. Nie mam wątpliwości, że Andrzej K. mówi prawdę. Ale swoją prawdę! Z definicją prawdy jest bowiem problem. Wybitny filozof, profesor Papieskiej Akademii Teologicznej, ks. Józef Tischner mawiał po góralsku, że „istnieją trzy rodzaje prowdy: świento prowda, tyz prowda i gówno prowda”. Nie ma jednej prawdy. Jest Pani prawda, moja prawda i prawda mojego bohatera. Ale narracja Pana Andrzeja, skonfrontowana z opiniami wybitnych ekspertów, uczonych i doświadczonych znawców tematu, mocno się rozsypuje. Nieprzypadkowo moją książkę “Tożsamość Andrzeja K.” wieńczy rozmowa z psychiatrą prof. dr hab. Krzysztofem Rutkowskim z Katedry Psychoterapii Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Medicum. W tej rozmowie profesor – przez porównanie z przypadkiem swojego pacjenta – per analogiam przyznaje rację mojemu bohaterowi: “można urodzić się w piekle i rozmawiać z kosmitami”. Pani nie wierzy w kosmitów?


Rozmawiała: Olga Doleśniak-Harczuk


„Tożsamość Andrzeja K”, Błażej Torański, wydawnictwo Ostre Pióro, listopad 2025 r
Książka została objęta patronatem medialnym m.in. portalu berlinskitygiel.pl

Ilustracja: Ostre Pióro

Udostępnij

03

wrz

Czym jest dziś „niemieckość”? Jakie wydarzenia historyczne powinny stanowić element „nowej, trwałej tożsamości narodowej” będącej alternatywą dla „antymitu, […] w którym naród pojawia się wyłącznie…

27

sie

Za dwa tygodnie mieszkańcy Saksonii-Anhalt ruszą do urn i wybiorą swoich reprezentantów do landtagu. Według sondażu instytutu badania opinii publicznej Pollytix (z 12.08.), AfD może…

13

sie

Od 19 marca do 1 sierpnia 2027 r. w Starej Galerii Narodowej w Berlinie będzie można zobaczyć ok. 150 dzieł szwajcarskiego mistrza neoromantyzmu i symbolizmu,…