„Mamy problem w krajobrazie miejskim” i „Zapytajcie swoje córki” – te dwie wypowiedzi Friedricha Merza sformułowane w kontekście imigrantów pozwoliły Niemcom zapomnieć o problemach mieszkaniowych, ekonomicznych, sporze wokół poboru do wojska i dziurawych mostach. Z pozoru niewiele wnoszące i pozostawiające szerokie pole do interpretacji, słowa kanclerza, zrodziły falę oburzenia porównywalną do tej sprzed wyborów do Bundestagu, kiedy chadecy zagłosowali wraz z AfD za zaostrzeniem kursu w polityce imigracyjnej. Wtedy aktywiści zgromadzeni przed siedzibami CDU, pisali na transparentach: „Jesteśmy zaporą ogniową”, dziś piszą: „Jesteśmy krajobrazem miejskim”. Czy Friedrich Merz, niczym polityczny nowicjusz niechcący wbił kij w niemieckie mrowisko, czy wręcz przeciwnie – uczynił to z rozmysłem, chcąc odzyskać przynajmniej część utraconego na rzecz AfD, elektoratu?
W ostatnią sobotę, w Hamburgu protestowało ponad 2,6 tys. ludzi, w Magdeburgu było skromniej – na ulicę wyszło ok. 300 osób, W Hildesheim 500, w Essen 400. Większe demonstracje zapowiadane są na niedzielę, być może dorównają rozmachem tym sprzed tygodnia.
Paragraf 130
Faktem pozostaje, że w kilka dni Friedrich Merz zdołał wyprowadzić z równowagi socjaldemokratów, lewicowych i zielonych aktywistów, część imigrantów i Niemców z cudzoziemskimi korzeniami, oraz stowarzyszenia takie jak Omas gegen Rechts (Babcie przeciwko prawicy), Radikale Töchter (Radykalne córki), Keinen Meter den Nazis (Ani metra Nazistom), Exil, Eltern gegen Rechts (Rodzice przeciwko prawicy), Schülis gegen Rechts (Uczniowie przeciwko prawicy). Przy czym lista organizacji, które poczuły się przez kanclerza Niemiec wywołane do tablicy wciąż się wydłuża i zapętla. Na dodatek 22 października Zieloni w Nadrenii Północnej Westfalii (konkretnie z Castrop-Rauxel) złożyli na policję zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez kanclerza Merza zarzucając mu podżeganie do nienawiści, ścigane w Niemczech z paragrafu 130 Kodeksu Karnego.
Mówi on, że „Kto, w sposób, który może zakłócić spokój publiczny, nawołuje do nienawiści wobec grupy narodowej, rasowej, religijnej lub etnicznej, wobec części ludności lub przeciwko osobie z powodu jej przynależności do grupy, lub części populacji, lub nawołuje do stosowania środków przemocy, lub arbitralności, lub narusza godność ludzką innych osób poprzez obrażanie, złośliwe dyskredytowanie lub oczernianie grupy, lub części ludności z powodu jej przynależności do grupy, lub części populacji, podlega karze pozbawienia wolności od trzech miesięcy do pięciu lat”.
Jak informują niemieckie media, „policja bada sprawę”. Takich zawiadomień może być wkrótce więcej, w mediach społecznościowych krążą gotowe wnioski, wystarczy tylko wpisać swoje dane i wysłać.
Rozśpiewana trójka z Syltu
Przy czym skazanie kogoś (abstrahując czy jest kanclerzem Niemiec, czy zwykłym Schmidtem) z tego paragrafu wcale nie jest takie proste. W kwietniu prokuratura zawiesiła postępowanie wobec trojga imprezowiczów z wyspy Sylt, którzy wiosną 2024 r. zostali sfilmowani przy intonowaniu słów: „Niemcy dla Niemców, Cudzoziemcy precz!” (org. „Deutschland den Deutschen, Ausländer raus!”) na nutę hitu „L’amour toujours”. Sprawa była głośna, rozśpiewana trójka z Syltu musiała się zmierzyć z publicznymi oskarżeniami o rasizm i ksenofobię, nieprzyjemnościami na uczelni i w miejscu pracy, a w związku z powielaniem wspomnianej piosenki w miejscach publicznych, niemiecka policja interweniowała w całym kraju ok. 380 razy (dane z lipca 2024 r.).
A jednak ani policja, ani prokuratura nie znalazła wystarczających podstaw, by oskarżyć uczestników imprezy na Sylcie z paragrafu 130. W uzasadnieniu tej niemożności użyto argumentu (cytat za portalem Legal Tribune Online z 28.04.2025 r.) orzeczenia Federalnego Trybunału Konstytucyjnego w innej sprawie, które mówiło, że „by potwierdzić przestępstwo podżegania do nienawiści, należy zaatakować godność ludzką, a atak taki ma miejsce tylko wtedy, gdy osobie zaatakowanej odmawia się prawa do życia jako równoprawnej osobie we wspólnocie państwowej i traktuje się ją jako istotę niższą”. Przy czym hasło „Cudzoziemcy precz” stanowiłoby atak na godność ludzką, gdyby zaistniały pewne okoliczności, takie jak używanie symboli nazistowskich lub unoszenie ręki w hitlerowskim salucie. Takie okoliczności nie zaistniały na Sylcie. A już z całą pewnością nie zaistniały w przypadku Merza.
“Ten problem”
Pierwsza wypowiedź Merza padła 14 października na konferencji prasowej w Poczdamie. To tam wybrzmiały słowa o „problemie w przestrzeni miejskiej”, których kontekstem była dłuższa odpowiedź kanclerza na pytanie dotyczące zaostrzonej polityki imigracyjnej rządu, a konkretnie – szefa niemieckiego MSW, Aleksandra Dobrindta. Merz przyznał, że polityka ta przynosi już pierwsze efekty, ale jest jeszcze „ten problem”. Przy czym „ten problem” z miejsca zinterpretowano jako uprzedzenie Merza do imigrantów widocznych w niemieckich miastach. Bo jak są widoczni, to zapewne wyróżniają się kolorem skóry. A stąd już tylko krok do rasizmu. Tak mniej więcej można opisać pierwszy ciąg skojarzeń, który oburzył tę część społeczeństwa, która nie podziela entuzjazmu kanclerza dla bardziej restrykcyjnej polityki uchodźczej i imigracyjnej, widząc w niej ukłon w stronę AfD.
Manifest “Radykalnych Córek”
Drugim granatem wrzuconym przez Merza w niemiecką infosferę była rada, by ci, którzy nie rozumieją, co miał na myśli, zapytali o to swoje córki, „one już będą wiedziały”. Na tę radę kanclerza zareagowała błyskawicznie organizacja „Radykalne Córki”, która jest wspierana m.in. przez Bundeszentralle für Politische Bildung (bpb), organ stojący na straży niemieckiej edukacji i demokracji i podlegający Federalnemu Ministerstwu Spraw Wewnętrznych, czyli Aleksandrowi Dobrindtowi, który firmuje zaostrzenie polityki imigracyjnej rządu Merza. Na stronie „Radykalnych Córek”, bpb jest wymienione jako jedno ze źródeł finansowania ponad 10 proc. budżetu organizacji. Fakt ten jak widać, nie powstrzymał organizacji przed wystosowaniem do kanclerza manifestu, w którym napisano tak:
„Jesteśmy córkami i nie dajemy się zwieść pańskiemu rasizmowi, panie Merz! Nie mówi pan w naszym imieniu! Jesteśmy córkami z pochodzeniem imigranckim i bez niego. Córkami, które pojawiają się w pańskim “krajobrazie miejskim” – jako “problem”, jako “obcy”, jako “figura wroga”. Córkami, których przyjaciół się opluwa, bije i poddaje ostracyzmowi. Jesteśmy córkami, których koleżanki wyrwano z bezpiecznego życia, bo zostały deportowane – w środku nocy, ze szkół, z przytułku kościelnego. Jesteśmy córkami, które są Niemkami, które urodziły się i wychowały tutaj, a jednak nie są postrzegane przez pana jako Niemki, panie Merz. […] Mamy strukturalny problem z przemocą wobec kobiet – prawie zawsze ma on miejsce w naszych własnych domach. Sprawcami nie są byle jacy ludzie w „miejskim krajobrazie”, ale mężowie, ojcowie czy (byli) partnerzy. Kiedy mówimy o „dramatach w związkach”, wiemy, że tak naprawdę powinniśmy mówić o zabójstwach kobiet! Bo wszyscy znamy liczby. Problemem jest strukturalna przemoc wobec kobiet. Powinien pan to powiedzieć, panie Merz! Domagamy się: uznania ochrony przed przemocą domową za najwyższy priorytet i uznania zabójstwa kobiet za odrębne przestępstwo. Czy jest pan Kanclerzem nas wszystkich? Pańskie słowa mają wagę, a pańskie ostatnie wypowiedzi nie licują z odpowiedzialnością wynikającą tego urzędu. Wręcz przeciwnie, szkodzą naszej demokracji i dzielą ludzi”.
Pod listem podpisało się do tej pory 238.446 osób (stan na 25.10.2025 r.).
Chrupalla: Gdybym ja to powiedział, miałbym już kontrwywiad pod drzwiami
Trzecia wypowiedź – mająca najprawdopodobniej łagodzić przekaz poprzednich – padła 23 października, w czwartek, na marginesie Szczytu Procesu Berlińskiego w Londynie. „Imigracja będzie nam również potrzebna w przyszłości. Dotyczy to zarówno Niemiec, jak i wszystkich krajów Unii Europejskiej. Potrzebujemy imigrantów również i przede wszystkim na naszych rynkach pracy. W końcu wiele osób o pochodzeniu imigranckim jest nieodzowną częścią naszego rynku pracy” – powiedział Merz zaznaczając, że „Niemcy nie mogą już obejść się bez pracowników z zagranicy, na przykład w domach opieki i na uniwersytetach”. Kanclerz dodał też, że problemem są „ci migranci, którzy nie mają stałego pobytu, nie pracują i nie trzymają się zasad obowiązujących w Niemczech”. Szef CDU zasugerował, że to obecność tych ludzi wpływa na poczucie zagrożenia w miejscach publicznych, a „przyczyny tych problemów powinny zostać rozwiązane wspólnie w Europie”. Zapytany na gorąco o spór wokół słów chadeckiego kanclerza, współprzewodniczący AfD, Tino Chrupalla, nie krył pewnej mieszanki Schadenfreude i rozbawienia. „To zdumiewająca hipokryzja. Gdybym ja się w taki sposób wypowiedział, miałbym kontrwywiad pod drzwiami i zarzucono by mi, że nie różnicuję” – skomentował Chrupalla.
Klingbeil: Polityka ma budować mosty
Podsumowując: chadecki szef niemieckiego rządu zwraca uwagę na „problem” i zachęca do rozmowy o nim z córkami. I wybucha afera. Część społeczeństwa solidaryzująca się z imigrantami wychodzi na ulice, część jest zadowolona, że „Merz w końcu coś powiedział”, jeszcze inni nie do końca rozumieją co kanclerz właściwie miał na myśli, ale odbierają sygnał, że rząd „w końcu zajmie się imigrantami”.
Wicekanclerz Lars Klingbeil (SPD) taktycznie przeczekuje pierwszą burzę, by po kilku dniach na kongresie związkowców bez wymieniania nazwiska Merza wyrazić się krytycznie o jego słowach. „Chciałbym żyć w państwie, w którym polityka buduje mosty i jednoczy społeczeństwo, zamiast je werbalnie dzielić. Chciałbym żyć w państwie, w którym to nie nazwisko decyduje o tym, czy dostanę możliwość obejrzenia mieszkania (do wynajęcia -red.). I nie chciałbym żyć w kraju, w którym wygląd zewnętrzny rozstrzyga o tym, czy pasuje się do krajobrazu miejskiego, czy nie” – powiedział Klingbeil, co media zinterpretowały jako kolejną rysę na koalicji SPD-CDU/CSU.
Krytyka przyszła jednak i z samego jądra chadeckiego, np. wciąż przedstawiany w mediach jako „były kandydat na kanclerza” i notorycznie mylony z Borisem Pistoriusem, Armin Laschet (CDU) uznał brak klarowności wypowiedzi Merza za kłopotliwe-dla ścisłości dodajmy, że Laschet komentował dwie pierwsze wypowiedzi. Otóż zdaniem Lascheta, byłoby zgrabniej nazwać po imieniu najbardziej problematyczne grupy imigrantów takie jak „dealerów narkotyków czy zwolenników Hamasu”. Przy czym akurat Laschet wie, o czym mówi. To w końcu Laschet jeszcze jako premier Nadrenii-Północnej Westfalii zainicjował w 2017 r. wraz ze swoim ministrem spraw wewnętrznych Herbertem Reulem, szeroko zakrojoną akcję zwalczania arabskich klanów przestępczych i budował na tym swój przekaz w kampanii do Bundestagu 2021 r. Wybory przegrał (z różnych względów, ten z niefortunnym i zarejestrowanym przez media, wybuchem wesołości na terenach popowodziowych można uznać za decydujący), a problem klanów jak był tak jest i dotyczy nie tylko Nadrenii-Północnej Westfalii, ale wszystkich większych miast niemieckich, z Berlinem włącznie. Tajemnicą poliszynela jest podziemie klanowe zarządzające swoim procederem z shisha-barów i salonów gier, ale też licznych Barber shopów, które nie zawsze są tylko i wyłącznie teatrem fantazyjnego przycinania zarostu.
Dlaczego kanclerz wprost nie powie, kto wystaje na rogach ulic?
Wracając jednak do awantury wokół Merza – po pierwszych dwóch wypowiedziach, wsparcie dla kanclerza przyszło ze strony Wolfganga Bosbacha, nestora CDU i polityka, który praktycznie od początku kryzysu migracyjnego w 2015 r. przestrzegał przed przeciążeniem państwa i opowiadał się nie za „rozwiązaniem europejskim”, ale za ograniczeniem napływu imigrantów do Europy. W 2016 r. po wydarzeniach związanych z nocą sylwestrową w Kolonii, Bosbach żądał w Bundestagu zmiany kursu w polityce imigracyjnej. W 2017 r. pożegnał się z wielką polityką, ale do tej pory chętnie udziela się w mediach. I z tej pozycji odniósł się w studiu Welt TV do wypowiedzi Friedricha Merza. „Nie można nic powiedzieć, bo od razu ściąga się na siebie podejrzenia o rasizm i jest awantura” – stwierdził Bosbach. Chadek przypomniał też o tym, że przed 2015 rokiem Niemcy, że szczególnym naciskiem na kobiety – nie czuli się tak zagrożeni w miejscach publicznych, jak dziś. Przy czym podkreślił, że nie jest to zarzut do „mężczyzn wyglądających obco”, co „mężczyzn w ogóle”, chociaż przywołanie argumentu, że „przed 2015 było lepiej” raczej nie pozostawia wątpliwości co do grupy, jaką miał faktycznie na myśli.
Pośrednio, choć nie bez uszczypliwego tonu, za Merzem ujęła się też Alice Schwarzer, znana głównie jako naczelna feministycznego magazynu „Emma” i współautorka (z Sahrą Wagenknecht) „Manifestu na rzecz Pokoju”, w którym apelowała jeszcze do kanclerza Olafa Scholza o zaprzestanie pomocy militarnej Ukrainie.
„Dlaczego kanclerz nie mówi, że to >cudzoziemcy< wystający na rogach dworców kolejowych i placów, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, niepokoją mieszkańców? Nawiasem mówiąc, ci sami młodzi mężczyźni robią to samo w swoich miejscach pochodzenia, w Algierze czy Casablance. Kręcą się, wyrabiają bzdury, zaczepiają kobiety. Bo mają za dużo czasu, bo są bezrobotni. W nadziei na znalezienie pracy wyjechali do Europy – ale i tutaj nie mogą znaleźć pracy, a często nawet nie wolno im pracować. Tyle, że zamiast krzyczeć >rasizm< w reakcji na każdą niezdarną próbę (nazwania tego zjawiska -red.), krytycy powinni lepiej pomóc tym młodym ludziom znaleźć pracę. I powinni oceniać ich według tych samych kryteriów, co gangi młodych mężczyzn o blond włosach i niebieskich oczach…” – napisała w felietonie opublikowanym 20 października na portalu magazynu Emma, Schwarzer.
Schwarzer już lata temu wyraziła swoją opinię na temat skutków kryzysu migracyjnego. W 2016 r. w książce „Der Schock-Die Silvesternacht” („Szok – Noc Sylwestrowa, wyd. Kiepenheuer&Witsch) jej felieton sąsiadował z tym dr. Nekli Kelek i prof. Bassama Tibiego. Pochodząca z Turcji Kelek jest socjologiem autorką zdania, że „Czador i burka to mobilne więzienia (dla kobiet)”. Tibi urodził się w Damaszku, tak jak Kelek od dekad mieszka w Niemczech. To on kształtował lub współkształtował w niemieckiej debacie publicznej takie pojęcia jak „Leitkultur” („Kultura wiodąca”), czy „Parallelgesellschaft” („Społeczeństwo Równoległe” / za Errnstem W. Heitmeyerem). Oboje od lat uczulają na błędny kierunek niemieckiej polityki integracyjnej. W przypadku Schwarzer kwestie związane z integracją i polityką imigracyjną nachodzą na jej feministyczny obraz świata sięgający przełomu lat 60. i 70. XX w., co plasuje ją (abstrahując zupełnie od jej poglądów na Rosję, Ukrainę, NATO etc.) w nurcie pierwszej fali niemieckiego feminizmu niekompatybilnego ze standardami fali dzisiejszej, z której reprezentantkami toczy regularne boje.
35 proc. Niemców uważa kwestie migracyjne za powód do niepokoju
Można zadać pytanie, dlaczego Friedrich Merz w połowie października 2025 r. przy coraz słabszych notowaniach rządu i w połowie drogi do drastycznych reform dotykających portfeli Niemców (hasło „zasiłki i emerytury”) i ich poczucia wolności (hasło „pobór do wojska”) wpada na pomysł, by jeszcze mocniej podgrzać atmosferę i tym razem nastąpić na odcisk środowiskom lewicowo-zielono-liberalnym? Po co kanclerzowi kolejna awantura? Czy nie wystarczy, że ukrócono rządowe dotacje dla wielu NGO-sów wspieranych z budżetu państwa przez poprzednie rządy? Czy nie wystarczy styczniowych protestów przed siedzibami CDU, aktywistów broniących zapory ogniowej za pomocą drabiny prowadzącej z chodnika wprost do salek konferencyjnych lokalnych chadeków? Okazuje się, że nie.
Wobec tego, dlaczego Merz to zrobił? Chyba można sobie odpuścić argument „politycznego nieopierzenia”. Merz ma wykształcenie prawnicze, działał w wielkim biznesie, jest biegły w czytaniu między wierszami, jego praca między jednym a drugim rozdziałem w polityce polegała m.in. na dogłębnej analizie rynku. Dziś rynkiem są nastroje społeczne w Niemczech, a walutą głosy. A nastroje w październiku wyglądają tak, że Niemców najbardziej niepokoi imigracja. Tak wynika z ostatniej ankiety Instytutu Ipsos, który co miesiąc monitoruje nastroje w 30 państwach świata. I w październiku obawy związane z napływem imigrantów, po raz dwunasty znalazły się na pierwszym miejscu „barometru niemieckich trosk”. 35 proc. ankietowanych wskazało na tę kwestię jako najbardziej palącą. To o 4 punkty procentowe mniej niż we wrześniu, ale wciąż najwięcej spośród wszystkich zagadnień wyszczególnionych w ankiecie. Jak czytamy na stronie Ipsos, „Tylko w Wielkiej Brytanii (40 proc.), Chile (38 proc.), Irlandii (36 proc.) i Holandii (36 proc.) obawy związane z migracją są jeszcze większe niż w Niemczech”. Drugie miejsce w barometrze zajmują ex aequo strach przed przestępczością oraz biedą i nierównością społeczną (29 proc.), czwarte – strach związany z inflacją (27 proc.), piąte – obawa przed konfliktami zbrojnymi między państwami (23 proc.). Na miejscu szóstym znalazł się lęk związany z opieką zdrowotną (20 proc.), na siódmym – strach przed zmianami klimatycznymi (19 proc.), na ósmym – zaniepokojenie wzrostem ekstremizmów (14 proc.).
“Omas gegen Rechts” i tak nie polubią kanclerza
To teraz spójrzmy na wyniki tego badania i jeszcze raz postawmy pytanie, dlaczego Friedrich Merz zaryzykował otwarty konflikt ze środowiskami proimigranckimi, feministycznymi i proklimatycznymi oraz przynajmniej z jedną czwartą społeczeństwa identyfikującego się z ich postulatami i systemem wartości. Mając 35 proc. społeczeństwa uznającego za główny problem Niemiec kwestie migracyjne i po drugiej stronie 14 proc. społeczeństwa obawiającego się wzrostu ekstremizmów (czyli np. wzrostu znaczenia AfD), rachunek wydaje się prosty. Do tego dochodzi refleksja, że jakby się Merz nie starał i jak nie odcinał od haseł i tematów uważanych za zarezerwowane dla AfD (z zaostrzeniem polityki imigracyjnej na czele), to ani panie z „Omas gegen Rechts”, ani bojowe dziewczyny z „Radikale Töchter” nie zagłosują na CDU/CSU, ponieważ zawsze będzie im bliżej do Zielonych, czy Linke.
SPD w tej grze przestaje się liczyć, bo przez kolejny mariaż z chadekami jeszcze bardziej straciła profil, zazwyczaj jest zresztą tak, że dominujący partner koalicyjny zjada słabszego, obdziera go z właściwości stanowiących o jego wiarygodności w oczach własnego elektoratu. Po raz drugi boleśnie przekonali się o niezawodności tej reguły politycy FDP, których raz zjadają chadecy, raz socjaldemokraci. Ostatnio zjadł ich Olaf Scholz. Do Bundestagu liberałowie się nie dostali. Doszło już nawet do tego, że landowi politycy FDP wstępują do ruchu „Team Freiheit” założonego przez byłą współprzewodniczącą AfD, Frauke Petry. Christian Lindner spadł na cztery łapy i wrócił do świata wielkich finansów, ale nie wszyscy w FDP mają taką możliwość. Jak wynika z ostatniego sondażu, FDP i Sojusz Sahry Wagenknecht mają dziś notowania poniżej 3 proc. co wyrzuca obie partie poza orbitę i czyni sierotami po chybionej koalicji (FDP) i rozłamu na lewicy (BSW). W takiej sytuacji chadecy nie mają innego wyjścia, jak zaostrzać retorykę w nadziei, że odzyskają bardziej radykalny elektorat, który po 2015 r. zaczął przepływać do AfD. Zmiana języka w dziedzinie imigracji nie kosztuje nic poza awanturą z NGO-sami i liberalno-lewicowymi mediami, a to chadecy najpewniej wrzucili w koszty jeszcze w lutym, przed samymi wyborami do Bundestagu, kiedy złożyli 551-punktowe zapytanie do rządu o finansowanie lewicowych organizacji pozarządowych z budżetu państwa w „trosce o ich neutralność światopoglądową”. Na liście znalazły się praktycznie wszystkie organizacje, które protestowały przeciwko „kruszeniu zapory ogniowej”. Zapytanie zostało odczytane jako próba kneblowania lewicowych aktywistów.
Tylko 29 proc. ankietowanych nie podziela opinii Merza
24 października, równo dziesięć dni od pierwszej wypowiedzi Merza, kiedy przez miasta przetoczyły się już mniej lub bardziej liczne protesty spod szyldu „Jesteśmy krajobrazem miejskim” opublikowano pierwsze wyniki ankiet ukazujące szersze reakcje społeczne na słowa kanclerza. I jak wynika z „Politycznego Barometru” ZDF i dziennika „Tagesspiegel”, 63 proc. ankietowanych uznało, że kanclerz ma rację, przeciwnego zdania było 29 proc. pytanych. Przy czym z oceną Merza najczęściej zgadzały się osoby w wieku średnim i starsi. W grupie wiekowej 18-34, słowa Merza poparło 42 proc., w grupie 35-59 lat – 70 proc., a w grupie osób powyżej 66 roku życia – 66 proc. Interesująco przedstawiły się odpowiedzi na pytania o „problemy z uchodźcami zamieszkującymi tą samą okolicę co ankietowani” – tylko 18 proc. przyznało, że faktycznie miało tego typu doświadczenia, 74 proc., że miało niewielkie, lub nie miało żadnych, ale 58 proc. wyraziło opinię, że w przypadku osób, które nie uzyskały prawa do azylu i powinny zostać wydalone z Niemiec, rząd wciąż robi zbyt mało (w sensie tempa działania), jednocześnie 24 proc. stwierdziło, że koalicja postępuje właściwie.
Dobre wieści sondażowe ośmieliły innych polityków do zabrania głosu i podpięcia się pod wagonik „krajobrazu miejskiego”. Lider frakcji CDU/CSU w Bundestagu, Steffen Bilger w video-podkaście SWR powiedział, że „stale widuje kobiety z zasłoniętymi twarzami w miejscach publicznych”. „Zastanawiam się, czy ktoś, kto przechodzi przez swoje życie w pełni zawoalowany, naprawdę jest w naszym kraju na właściwym miejscu” – rzucił polityk. Na pytanie, czy Merz powinien przeprosić za swoje słowa, Bilger odpowiedział: „Dlaczego miałby przepraszać? Nie popełnił błędu. Nikogo nie obraził” […] Chodziło o tych, którzy nie mają tu nic do roboty, którzy sprawiają problemy i budzą zaniepokojenie wielu ludzi”. Jak podkreślił Bilger, „Merz został kanclerzem również dlatego, że umie mówić wprost”. Odpierając zaś zarzut rzekomego populizmu stojącego za tak ostrym postawieniem sprawy, dodał, że „obywatele byli być może przyzwyczajeni do innego rodzaju komunikacji od czasu kanclerz Merkel”.
Czujecie się bezpieczni?
Debata nad wypowiedziami kanclerza stała się siłą rzeczy debatą nad poczuciem bezpieczeństwa w przestrzeni publicznej. Media przypomniały o raportach ukazujących skalę problemu. SWR przytoczył treść opublikowanego w styczniu 2025 r. badania odczuwanego poczucia bezpieczeństwa przygotowanego przez Instytut Badań Kryminologicznych na zlecenie MSW Badenii- Wirtembergii. Na potrzeby badania przepytano 35.500 osób. Pytano o to, w jakich miejscach mieszkańcy czują się bezpiecznie, a w których nie. 47,1 proc. ankietowanych podało, że czuje się niepewnie nocą w miejscach publicznych (ulice, place), a 54,5 proc. podało, że czuje się niepewnie korzystając samotnie w nocy z transportu miejskiego i unika go. Z raportu wynikało też, że kobiety w Badenii czują się mniej bezpiecznie w przestrzeni publicznej niż mężczyźni. Ponadto czterech na dziesięciu respondentów twierdziło, że często lub zawsze unika niektórych ulic, placów i parków, aby chronić się przed przestępczością. W raporcie nie pojawiał się jednak wątek imigrancki.
Zainteresowanych statystykami tego typu można odesłać do raportów Statisty, która zbiera dane z różnych źródeł i przedstawia je w formie krótkich raportów. W przypadku Niemiec, na podstawie danych za rok 2023/2024 ustalono, że 14,8 proc. społeczeństwa Niemiec to obcokrajowcy (osoby bez niemieckiego paszportu, a nie wszyscy mający pochodzenie cudzoziemskie). Przy czym cudzoziemcy stanowili 41,8 proc. wszystkich podejrzanych o popełnienie przestępstwa, 38,9 proc. skazanych sądownie i 37,4 proc. osadzonych. Autorzy raportu zwrócili uwagę, że „osoby nieposiadające obywatelstwa niemieckiego są zatem wyraźnie nadreprezentowane na wszystkich szczeblach egzekwowania prawa”, jednocześnie wymieniając szereg czynników, które należy brać pod uwagę przy interpretacji tych liczb. Takim czynnikiem jest zdaniem ekspertów fakt, iż w statystykach kryminalnych uwzględnia się też cudzoziemców, którzy nie mieszkają w Niemczech, ale popełnili w tym kraju przestępstwo. Do tego dochodzą przypadki, w których naruszane są przepisy prawa pobytowego czy azylowego odnoszące się wyłącznie do obcokrajowców. Kolejnym czynnikiem jest „struktura społeczno-demograficzna ludności niemieckiej i zagranicznej”, która zauważalnie się różni tym, że wśród obcokrajowców jest wyższy odsetek młodych mężczyzn, wyższe jest również prawdopodobieństwo biedy, co jest uznawane za istotny czynnik ryzyka zejścia na złą drogę. Ostatnim faktorem wymienianym jako ważny w interpretowaniu statystyk jest tzw. „racial profiling”, objawiający się intensywniejszym i częstszym kontrolowaniu osób o „obcym wyglądzie”, co oznacza, „że więcej przestępstw popełnianych przez takich sprawców przesuwa się z niewykrytego ciemnego pola na zarejestrowane jasne pole”. Tyle na ten temat piszą eksperci.
Osoby zainteresowane bardziej namacalną stroną problemu mogą zajrzeć na strony policji niemieckiej, zwłaszcza w zakładkę „poszukiwani”, gdzie publikuje się zdjęcia poszukiwanych uzyskane z miejskiego monitoringu. Na przykład na stronie policji berlińskiej (stan na 25.10 2025 r. https://www.berlin.de/polizei/polizeimeldungen/gesuchte-personen/) można zapoznać się z policyjnymi apelami o pomoc w ustaleniu personaliów i miejsca pobytu osób podejrzewanych o popełnienie przestępstwa lub świadków zdarzenia. Jest to wiedza z pierwszej ręki, pozwalająca być może na lepsze zrozumienie natury zjawiska, które prawdopodobnie miał na myśli Merz.
Gorąco w studiu SWR
24 października rozgłośnia Deutschlandfunk Kultur nawiązując do „krajobrazu miejskiego” pytała w swoim podkaście o to „Jak dalece prawicowe jest niemieckie centrum”. Goście audycji: Hadija – Haruna Oelker (dziennikarka Hessischer Rundfunk), Robin Alexander (wicenaczelny Die Welt) i Martin Hikel (burmistrz berlińskiej dzielnicy Neukölln z SPD) próbowali znaleźć złoty środek na dyskusję o problemach niemieckiej polityki migracyjnej, tak by uniknąć oskarżeń o rasizm czy dzielenie społeczeństwa. Robin Alexander dostrzegł problem w tym, że kanclerz musiał tłumaczyć swoje własne słowa, co nie mogło dobrze zabrzmieć, ale w jego opinii „właściwym tematem dyskusji, poza semantyką jest pewne zaniepokojenie społeczne”. Alexander wprost powiedział, że w niesławnym Görlitzer Park, w którego pobliżu mieszka, (Görli) narkotykami dealują młodzi mężczyźni z Afryki, którzy teoretycznie już dawno powinni zostać wydaleni z Niemiec, ponieważ nie dostali pozwolenia na pobyt. I że istnienie zarówno tego parku, jak i tych ludzi nie jest czymś, czemu można obiektywnie zaprzeczyć.
Sprzeciwiająca się „stygmatyzowaniu wyglądających imigrancko młodych ludzi w przestrzeni publicznej” dziennikarka Hessischer Rundfunk podkreśliła, że przyjmując ostatnie tłumaczenie Merza, debata dotyczy 225 tys. osób, z których 80 proc. ma w Niemczech status tolerowany, ale „ponieważ wypowiedzi były mało precyzyjne, trudno powiedzieć kto był faktycznym ich adresatem, choć wielu się domyśla”. Zdaniem Martina Hikela kanclerz mówił „szyfrem”, co zostawiło spore pole do interpretacji, ale nie powiedział nic, co mogłoby przyczynić się do polepszenia stanu integracji. A przecież to o nią głównie chodzi.
Hadija – Haruna Oekler zwróciła ponadto uwagę na raporty dotyczące przestępczości i tego, że „większy jest strach przed przestępczością imigrantów, niż sama przestępczość” i, że „od 2020 r. pochodzenie sprawców przestępstw stało się znów bardziej widoczne w przestrzeni medialnej, co prowadzi do zniekształcenia przekazu”. Dziennikarka odniosła się też do podanego przez Aleksandra przykładu Görlitzer Parku jako dowodu wykoślawiania obrazu obcokrajowców w Niemczech, szczególnie ciemnoskórych lub muzułmanów. Moderująca dyskusję dziennikarka, nawiązując do wypowiedzi Oekler zapytała Robina Aleksandra jako wicenaczelnego „Die Welt”, czy media powinny czuć się wpół odpowiedzialne za kształtowanie wizerunku imigrantów jako bardziej skłonnych do popełniania przestępstw, na co dziennikarz odpowiedział z wyczuwalnym zniecierpliwieniem. „Czy mam zatem nie mówić, że dealerzy w Görlitzer Park prowadzą działalność kryminalną? Przecież to żart. Kto mi w to uwierzy? Mam nie mówić, że przed wyborami do Bundestagu miała miejsce seria zbrodni z udziałem odrzuconych azylantów w Solingen, czy Aschaffenburgu? Przecież absurdem byłoby o tym mówić, tak jak byśmy mogli ukryć te fakty przed społeczeństwem. Musimy o tym mówić z pełną odpowiedzialnością, tak by ludzie wiedzieli, że większość ubiegających się o azyl, tych, którzy proszą o ochronę, nie ma z tymi zbrodniami nic wspólnego. Nienazywanie istniejących problemów po imieniu nie jest możliwe” – odpowiedział Alexander.
Oelker nie zgodziła się z tym tłumaczeniem i powołując się na raporty policyjne argumentowała, że „media nie relacjonują w sposób zróżnicowany i zniuansowany”, na co Alexander jeszcze raz usiłował wytłumaczyć swój punkt widzenia. W studiu czuć jednak było rosnące napięcie i coraz mniejsze pole do kompromisu. Dziennikarka podsumowała, że zamiast opisywania „problemów miejskiego krajobrazu” i straszenia imigrantami powinno się przeciwdziałać przestępczości tam, gdzie ona się rodzi i jako potencjalne czynniki ryzyka wystąpienia przestępczości wymieniła „biedę i przemoc domową”.
55 proc. obcokrajowców pracuje
Takich rozmów niemieccy dziennikarze i politycy prowadzili w ostatnich dniach wiele, a w mediach społecznościowych opublikowano wiele krótkich filmików i rolek nawiązujących – raz żartobliwie, raz na poważnie – do „problemu w krajobrazie miejskim”. Ich bohaterami byli też cudzoziemcy pracujący w Niemczech, pielęgniarki, opiekunki, nauczyciele, robotnicy. Federalny Urząd Pracy szacuje, że pod koniec 2024 r. w Niemczech było zatrudnionych łącznie 6,3 mln cudzoziemców (z 39,3 mln wszystkich zatrudnionych). Oznacza to również, że 55 proc. mieszkających w Niemczech obcokrajowców pracuje, w grupie cudzoziemców pochodzących z państw UE odsetek ten wynosi 62 proc., w grupie obywateli państw uprawnionych do wystąpienia o azyl – 46 proc. W 2023 r. najliczniejszą grupę cudzoziemców zatrudnionych w Niemczech (i odprowadzających składki) byli Polacy – 540,1 tys. osób, następnie Rumuni – 526,6 tys. i Bułgarzy – 186,9 tys. Największą grupę zatrudnionych z państwa spoza UE stanowili Turcy – 571,2 tys. Takich statystyk można by przytoczyć jeszcze wiele, łącznie z kwotami transferowanymi przez tych ludzi do krajów pochodzenia. Tyle że to nie ta grupa znalazła się de facto pod obstrzałem niemieckiego kanclerza. Ten, kto pracuje i „nie robi problemów” jest mile widziany. Zresztą tego typu narracja jest charakterystyczna również dla polityków AfD, którzy już jakiś czas temu odstąpili od kategorycznego odrzucania cudzoziemców jako cudzoziemców i koncentrują się na „osobach wykorzystujących niemiecki system socjalny”, lub tych, którzy popełniają przestępstwa, albo bezprawnie, na skutek luk systemie pozostają w Niemczech.
Problematyczna zgodność zapatrywań
Chadecy grają w tym sensie na bliźniaczych klawiszach, co może nie kruszy, ale podkopuje zaporę ogniową. Patrząc więc z tej perspektywy, ci, którzy wychodzili na ulice żądając „przywrócenia zapory” wcale tak dalece nie mijali się z prawdą. Zresztą podobieństwo postulatów i celów w polityce migracyjnej stanowi istotę aktualnego problemu CDU/CSU z Afd. Problemem nie jest stanowisko wobec Rosji, które dzieli dziś oba polityczne obozy. Problemem są podobieństwa, które Friedrich Merz właśnie usiłuje spożytkować na korzyść własnego ugrupowania nie mając pewności, czy ten manewr długodystansowo się powiedzie. Idąc bowiem kilka kroków w prawo, zmusza AfD do dalszej radykalizacji, co może się w końcu skończyć procedurą delegalizacji. Chyba, że AfD nie da się sprowokować i zacznie stawiać na bardziej umiarkowany przekaz, którego Lejtmotywem stanie się komunikowanie wyborcom konserwatywnym: „mieliśmy rację, chadecy dopiero teraz się obudzili, nie głosujcie na podróbkę, mając do wyboru oryginał”. Nie wiemy co odpowie AfD, gra z „krajobrazem miejskim” dopiero się zaczęła, ale stanowi niewątpliwie jedno z tych pól, które będzie decydować o dalszym przepływaniu elektoratu konserwatywnego. Również tego z pochodzeniem cudzoziemskim, który podobnie jak w Austrii (vide: FPÖ) w drugiej, czy trzeciej generacji zaczyna odczuwać negatywne skutki napływu imigrantów na własnej skórze. Są to ludzie, którzy ciężką pracą zbudowali w Niemczech egzystencję swoją i swoich rodzin, nie są zależni od wsparcia państwa, posłali swoje dzieci na uczelnie, mają często niemieckie środowiska pracy, prowadzą firmy rodzinne lub małe i średnie przedsiębiorstwa, nie postrzegają się sami jako część społeczeństwa równoległego i nie chcą być postrzegani przez tę samą soczewkę, którą się przystawia do imigrantów i uchodźców 2015 roku. Ta grupa może się poczuć dotknięta debatą o „krajobrazie miejskim”, ale jednocześnie właśnie ci ludzie rozumieją, że mgliste uwagi Merza nie dotyczyły ich wkładu w rozwój państwa. Co nie oznacza, że ich pośrednio nie dotkną. Jak to sformułował jeden z panów prowadzących podcast Lanz i Precht (odcinek 216), trudno sobie wyobrazić, by czarnoskóry lekarz z Afryki, od lat pracujący w niemieckim szpitalu nagle zaczął przemierzać ulice w kitlu, by udowodnić, że nie ma nic wspólnego „z tymi innymi”. Wydumany argument? Przyznam się Państwu, że też znam kogoś takiego. Pracuje w szpitalu, jest świetnym fachowcem, po pracy gra w piłkę z niemieckimi kolegami, nie wystąpił nigdy o niemieckie obywatelstwo, chociaż mógł. W świetle statystyk pozostaje „cudzoziemcem spoza państw UE”. Bardzo dobrze zintegrowanym, ale uwięzionym w swojej tabelce. I mającym za złe kanclerz Merkel jej decyzje z 2015 r. Ponieważ w jego opinii, to przez tę decyzję zaczął się czuć nieswojo w mieście, które od 30 lat jest jego domem. Takie historie też są.
W butach Sarrazina
W tym roku minęło 15 lat od wydania głośnej książki „Samolikwidacja Niemiec” (niem. „Deutschland schafft sich ab “) autorstwa byłego już senatora SPD, Thilo Sarrazina. Jego książka, najeżona statystykami i cytująca naukowe opracowania wskazujące na rażące błędy Niemiec w polityce imigracyjnej i integracyjnej została w większości środowisk opiniotwórczych uznana za „populistyczną i ksenofobiczną”. Sarrazin pisał wtedy: „Nie interesuje mnie o ile centymetrów za 100 lat podniesie się poziom Morza Północnego, ale to jak będą wyglądały Niemcy, czy językiem urzędowym wciąż będzie niemiecki i czy Europa będzie wspólnotą suwerennych narodów”. Gdyby zrobić dziś sondę uliczną i poprosić przechodniów w Berlinie o przyporządkowanie tych słów do partii politycznej, większość pewnie by typowała AfD. Sarrazin był socjaldemokratą, na którego odczyty wpadali aktywiści wykrzykujący: „Nigdy więcej rasizmu w Niemczech! ”, „Niemcy są kolorowe, a nie brunatne! ”.
15 lat później takie reakcje spotykają chadeckiego kanclerza desperacko odgradzającego się od „wszelkiego prawicowego populizmu” zaporą ogniową. Thilo Sarrazin w 2020 r. napisał kolejną książkę dotyczącą kwestii migracji (pomijam te dotyczące euro). Nosiła tytuł „Der Staat an seinen Grenzen; Über Wirkung von Einwanderung in Geschichte und Gegenwart „(Państwo na granicach swoich możliwości; O wpływie imigracji na historię i współczesność”). Tym razem Sarrazin mógł się już odnieść do kryzysu migracyjnego 2015 r. W rozdziale zatytułowanym „Perspektywy”, analizując prace naukowców i dziennikarzy zajmujących się tematem demografii i migracji, Sarrazin stwierdził, że „Europejskie państwa dobrobytu nie mogą sobie pozwolić na nieograniczony napływ imigrantów z Afryki, jeżeli chcą zachować swój dotychczasowy model społeczny”.
Nie jest to najważniejsze zdanie tej książki, ale w pewnym sensie dotyka sedna problemu – zachowania modelu. Niemcy na skutek rosyjskiej napaści na Ukrainę zostali pozbawieni utartego modelu biznesowego, a wspomniany model społeczny ulega erozji przez zmiany demograficzne, przy czym obecność imigrantów (zwłaszcza tych niezaktywizowanych zawodowo) nie jest tu bez znaczenia. Utrata modelu rozciąga się więc na znacznie szersze pole, co będzie rodzić kolejne napięcia. Już rodzi. Horyzont kanclerza Merza powinien więc być znacznie szerszy niż ten, jaki miała Merkel. Na razie jest jednak zawężony do kawałka zapory ogniowej, którą pan kanclerz chciałby jednocześnie i mieć i zjeść.
Olga Doleśniak-Harczuk



