Masz co najmniej siedemnaście lat i niemieckie obywatelstwo? Jesteś gotów wyjechać na zagraniczną misję? Wysoko mierzysz? – Jeżeli tak, to zapraszamy! Od kiedy Boris Pistorius przejął stery w Federalnym Ministerstwie Obrony, Bundeswehra zintensyfikowała próby dotarcia z pozytywnym przekazem do niemieckich nastolatków. Zaczęło się rok temu od reality-show „Explorers” z udziałem czworga influencerów, którzy wyjechali z żołnierzami w czterotygodniową trasę, przechodząc przyspieszony kurs wojskowy. Na wesoło, w klimacie Tiktokowych „wyzwań”, z listą ulubionych hitów na Spotify i selfikami. Dziś armia jest obecna na TikToku i Instagramie, kusi obietnicą wielkiej przygody, żołnierskiego braterstwa i czymś, co śmiało można nazwać poczuciem przynależnością do elity. Czy ta multimedialna ofensywa czaru pozwoli odbudować niemiecką armię przynajmniej do poziomu z 2011 roku?
W 1959 r. Bundeswehra liczyła 248.800 żołnierzy, w 1987 r. – 495.649., w 2011 r. -206.091., obecnie – 182.984. Z czego: 57.993. to żołnierze zawodowi, 113.657. kontraktowi (Soldaten auf Zeit), którzy zobowiązują się na pełnienie służby wojskowej na okres od 2 do 25 lat. Trzecią grupę stanowią ochotnicy i jest ich łącznie 11.334. Do 2031 r. Bundeswehra powinna liczyć 203 tys. żołnierzy, do tego oczywiście dochodzą rezerwiści i pracownicy cywilni.
Podsumowując: w latach 1990-2019 liczba żołnierzy Bundeswehry została zredukowana o 60 proc., a 1 marca 2011 r. za ministra Karla -Theodora zu Guttenberga i na jego wniosek (CSU) zniesiono powszechny pobór do wojska. Decyzja ta miała szerokie poparcie chadeków z obu siostrzanych partii. W 2022 r. Niemcy pod wpływem sytuacji na wschodzie wróciły do debaty nad koniecznością dofinansowania niemieckiej armii i podniesienia jej liczebności oraz szeroko zakrojonej reformy uwzględniającej przywrócenie „częściowego poboru” (a nieco później — wprowadzenia służby wojskowej na wzór szwedzki).
Angela Merkel i zniesienie poboru do wojska
To, co Olaf Scholz w swoim przemówieniu z końca lutego 2022 r. nazwał „Zeitenwende” (epokowa zmiana) stało się już terminem-kluczem dla innych resortów. Pojęcie „Zeitenwende” pojawia się przy reformie budownictwa, przy zmianie polityki migracyjnej i w tych wszystkich dziedzinach niemieckiego życia polityczno-gospodarczo-instytucjonalnego, które proszą się o zmiany. W przypadku Bundeswehry zmiany nie były postulowane od momentu rosyjskiej napaści na Ukrainę, ale co najmniej od roku 2014, od aneksji Krymu. Apele o dofinansowanie armii, o znalezienia sposobu na wyjście z personalnego dołka, o odbudowanie również szacunku do munduru (żeby np. żołnierz w mundurze nie był opluwany na dworcu jako „nazista”, co się zdarzało) były jednak ignorowane przez kolejne rządy Angeli Merkel.
Merkel, wsłuchana na dziedzińcu Federalnego Ministerstwa Obrony w orkiestrową wersję piosenki Niny Hagen podczas uroczystego capstrzyku wieńczącego koniec jej kanclerstwa, nie była jedynie kanclerzem od „Wir schaffen das”, do czego na skróty i sztampowo redukuje się jej rządy. Merkel była też kanclerzem końca obowiązkowej służby wojskowej, co nie przysporzyło jej sympatii w kręgach wojskowych, nie mówiąc już o powierzeniu resortu obrony Ursuli von der Leyen i później Annegret Kramp-Karrenbauer (AKK), chociaż gwoli uczciwości – AKK pod względem destrukcyjnych działań w zakresie obrony nie umywa się do swojej poprzedniczki.
Ponad 2 tys. 17-latków na szkoleniu
Tak czy inaczej, dziś Niemcy chcą odbudować siłę Bundeswehry, uzbroić ją, odbiurokratyzować (co już stanowi jedną z największych barier i pochłania mnóstwo środków) i sprawić by – przede wszystkim młodzi ludzie chcieli w wojsku służyć. I mogą służyć już od 17 roku życia z zastrzeżeniem jednak, że dopiero z chwilą osiągnięcia pełnoletności wolno im strzelać (w czasie szkolenia podstawowego kontakt z bronią odbywa się pod ścisłym nadzorem wyznaczonego opiekuna). Niepełnoletni rekruci nie stoją też na warcie i nie biorą udziału w misjach zagranicznych. Jak wynika z raportu Pełnomocnika ds. Obrony za 2024 r. w roku sprawozdawczym liczba szkolonych w Bundeswehrze 17-latków wynosiła 2.203 (10,9 proc. wszystkich rekrutacji) – 1882 chłopców i 321 dziewcząt. 19,3 proc. z nich zrezygnowało ze służby w okresie próbnym. Przy czym, przerywanie szkolenia w okresie próbnym trwającym 7 miesięcy nie jest wyłącznie domeną ludzi młodych. W 2023 r. co czwarty rekrut rezygnował ze szkolenia w jego trakcie.
Fallschirmjägerdiensthunde to za mało
Atak na czterech łapach – tak w niemieckich jednostkach powietrznodesantowych określa się owczarki belgijskie i niemieckie. Psi komandosi o wdzięcznej nazwie „Fallschirmjägerdiensthunde” tropią, wykrywają materiały wybuchowe (jak wykryją to zamierają w miejscu wpatrując się w trefny punkt) a w razie potrzeby atakują. Bundeswehra pokazuje na TikToku kudłate owczarki w akcji, razem z opiekunem skaczą z helikoptera, płyną motorówką, wspinają się. Zwierzęta w wojsku dobrze się klikają i tak było już lata temu, kiedy Bundeswehra kręciła krótkie reportaże o szczeniaczkach szkolonych w psim wojsku, owczarek w kamizelce to żywy bohater. Zajączki też są miłe. O tym, jak miłe i jednocześnie jak ważna jest praca biologów zatrudnionych w laboratoriach Bundeswehry opowiada sympatyczna pani w kitlu. Pokazuje do kamery, że na poligonach czają się zwierzaki, na przykład małe zajączki a biolodzy-laboranci zatrudnieni w armii mają pełne ręce roboty i warto do nich dołączyć. Podbicie serc pokolenia Z wymaga jednak więcej inwencji niż takie obrazki.
Macie tu wtorki z taco?
Czwórka influencerów: Tina, Selma, Tizian i Cem wyruszają w podróż życia. W cztery tygodnie odwiedzą osiemnaście miejsc i będą musieli sprostać osiemnastu „wyzwaniom”. Na co dzień grają w gry, testują kosmetyki, gotują, komentują perypetie celebrytów. Od teraz będą nurkować, biegać, czołgać się, poznawać armię od środka. Raz nawet spotkają samego Borisa Pistoriusa, spotkanie wypadnie naturalnie. Tak jakby niemieccy Influencerzy codziennie wsiadali do czołgów i tłoczyli w mało komfortowych czeluściach U-Bootu. Miejscami robi się epicko, na przykład, kiedy Selma i Tina przed zejściem do łodzi podwodnej inscenizują słynną scenę z Titanica szeroko rozkładając ramiona. Albo całkiem przyziemnie – kiedy testują pedał spuszczania wody w U-Bootowej toalecie (system przypominający jako żywo dawne toalety PKP).
Dziewczyny zaglądają do kantyny, w której codziennie wydaje się posiłki dla 400 żołnierzy, a jak są ćwiczenia to nawet dla 700. „Czy macie tu jakieś specjalne menu? Na przykład wtorki z taco?” – pyta Selma. Szef kuchni odpowiada, że na obiad są zawsze cztery warianty do wyboru. Ostatecznie dziewczyny zamawiają wegetariańskie klopsy i rybę z kaszą, do tego strudel jabłkowy. Tizian i Cem odwiedzają w tym czasie hangar z Eurofighterami, chcą poznać „fajne historie o myśliwcach”. Cem z trudem mieści się w ciasnym kokpicie, Tizian pyta, który guzik trzeba nacisnąć, by wystrzelić. Po drugim tygodniu Cem rezygnuje. „To nie dla mnie” – mówi do kamery.
Slużby prasowe nie śpią
Poważnie robi się w Muzeum Wojskowo-Historycznym w Dreźnie. Przewodnik (cywil, a nie wojskowy, ponieważ muzeum jest jednocześnie jednostką badawczą a „żołnierze nie powinni sami zajmować się własną historią”) pokazuje Tizianowi gablotę z wojskowym pojazdem Bundeswehry wysadzonym w 2004 r. w Afganistanie. Przy okazji żołnierze towarzyszący cywilom przyznają, że „misje zagraniczne to coś wyjątkowego, Bundeswehra stara się zawsze jak najlepiej przygotować ludzi do ich odbycia, ale nie są rzeczy, na które człowieka nikt nie jest w stanie w 100 proc. przygotować”. Przewodnik przechodzi do tematu „tradycji w wojsku” i wyjaśnia, że dla Bundeswehry wzorem nie jest ani Wehrmacht ani armia Cesarstwa Niemieckiego, tylko sama Bundeswehra i żołnierze, którzy mają swoje wartości i potrafią ryzykować własnym życiem w ich obronie – tak jak w Afganistanie na przykład.
Tizian jest poruszony widokiem uszkodzonych na misjach pojazdów i opowieściami o poległych żołnierzach. W tym samym czasie dziewczyny obserwują z bliska ćwiczenia wojsk chemicznych, stoją w tzw. typowym niemieckim salonie (drewniana ława z blatem z ceramicznych kafli, meblościanka w styli lat 80., etc.) – jak na planie filmowym i dostają lekcję z tropienia radioaktywnych substancji, następnie z salonu przechodzą do zainscenizowanego laboratorium. Potem jest wykład o substancjach radioaktywnych, szkolenie z pierwszej pomocy, rozmowy z pracownikami cywilnymi, którzy z zaplecza Bundeswehry dbają o porządek i logistykę.
Tizian, Selma i Tina kończą szkolenie z poczuciem, że uczestniczyli w czymś wyjątkowym. W komentarzach pod kolejnymi odcinkami ich przygód w armii młodzi ludzie dzielą się swoimi przemyśleniami. Czasem ktoś napisze, że „już nie może się doczekać aż pójdzie do wojska”, czasem ktoś narzeka, że chciał tak jak Tina i reszta przeżyć te wszystkie emocje, ale jest „za niski jak na standardy Bundeswehry”. Służby prasowe armii nie śpią. Na każdy komentarz jest odpowiedź, porada, zachęta. Strona programu, mimo iż od jego emisji minął już rok, wciąż działa i zachęca młodych do rekrutacji. Wojsko czeka na siedemnastolatków i starszych, na wszystkich.
Lepiej być czerwonym, niż martwym
Choć nie wszyscy czekają na wojsko. Na przykład Olle Nymoen, 27-letni autor książki „Dlaczego nigdy nie walczyłbym za mój kraj” (niem. „Warum ich niemals für mein Land kämpfen würde”, Rowohlt, 2025) ani nie czeka, ani się nie wybiera. A hasło „lieber tot als rot” przemianował na „lieber rot als tot” [„Lepiej być czerwonym niż martwym”]. Zdaniem Ollego Nymoena walka za kraj jest z zasady błędem, przy czym (jak zauważył publicysta Richard Herzinger), dla młodego autora nie ma różnicy, czy wojna jest napastnicza, czy obronna. Z gruntu odrzuca każdą formę zbrojnego działania upatrując w niej pogwałcenie prawa jednostki do decydowania o własnym losie. W kwietniu tego roku pisarz wystąpił w popularnym programie Markusa Lanza, gdzie przyznał, że w przypadku wojny odmówiłby walki, ponieważ wolałby być mniej wolny niż martwy, nawet gdyby „pod hipotetyczną okupacją rosyjską nie wolno by mu było ani pisać, ani mówić takich rzeczy”.
Na Gorch Fock bez taryfy ulgowej
Przeciwieństwem postawy Olle Nymoena jest ta reprezentowana przez przyszłych oficerów niemieckiej Marynarki Wojennej, którzy przechodzą kilkutygodniowe szkolenia na żaglowcu Gorch Fock. Kadetom przez dwa tygodnie towarzyszył z kamerą zespół redakcji Y-Kollektiv robiący reportaże dla ARD. Ten reportaż jest najświeższy, trafił na youtube sześć dni temu. Dzień po dniu reporter Y-Kollektiv, Lukas Wiehler dokumentował trudy marynarskiego życia i sam stał się kadetem. „Jesteśmy pierwszą ekipą telewizyjną od 10 lat, którą wpuszczono na pokład. Pewnie dlatego, że marynarka potrzebuje ludzi” – zaczyna swój reportaż dziennikarz Y-Kollektiv.
Wiehler rozmawia z kadetami, ktoś rzuca: „Wyobraź sobie, że jest wojna i nikt na nią nie idzie”. Kadeci mówią o odpowiedzialność za obronę kraju, o tym, że na Morzu Północnym i na Bałtyku widać „rosyjskie zagrożenie” i że, „są pokoleniem, które ma świadomość rosnącego zagrożenia”. Na pokładzie jest 207 członków załogi w tym 100 kadetów. Dzień zaczyna się tu o 6.30., wszystko robi się wspólnie, kadeci mówią o więzi, jaka w ten sposób się tworzy. Starsi członkowie załogi zapytani o sens podstawowego szkolenia wojskowego (niem. Grundausbildung) dla wszystkich w wieku poborowym są sceptyczni. Ich zdaniem siedmiomiesięczny czas szkolenia to za mało by wyrobić w sobie pewien automatyzm pozwalający na szybką reakcję w sytuacji prawdziwego zagrożenia. W odróżnieniu od reality-show z influencerami, w reportażu z Gorch Fock dużo się rozmawia.
O tym, jak żołnierz jest postrzegany w społeczeństwie, a jak powinien być. „Mam dość tych uprzedzeń, że żołnierz musi być nazistą, podżegaczem wojennym. To powinno się zmienić” – mówi jeden z członków załogi Gorch Fock. 19-letnia kadetka zapytana, czy wyobraża sobie użyć kiedyś broni, odpowiada: „Nie złożyłam przysięgi bez pokrycia”. Na pokładzie Gorch Fock widać inne Niemcy niż w telewizji śniadaniowej, inne niż na ulicach Berlina i w zwykłych szkołach. Dyscyplina, karność, poważne podejście do wykonywanych czynności. To jest świat, w którym 19-letnie dziewczyny mówią o tym, że „warto bronić kraju”. Są to stwierdzenia bardzo nietypowe na warunki niemieckiej debaty.
52 proc. młodych za przywróceniem poboru
Pytanie, ile takich potencjalnych kadetów w Niemczech jest? Jak młodzi podchodzą do możliwego powrotu do czegoś, co wydawało się wielu Niemcom reliktem z zimnowojennego lamusa? W lipcu tego roku magazyn Watson i instytut badania opinii publicznej Ciyey przedstawiły wyniki ankiety przeprowadzonej w grupie wiekowej 18-35 lat. Ankietowanych zapytano o ich stosunek do przywrócenia powszechnej służby wojskowej. 39 proc., było „za”, 13 proc. było „raczej na tak”, 32 proc. kategorycznie odrzuciło taką możliwość, 11 proc. było „raczej na nie”. Na pytanie: „Czy przyjmując, że to ciebie obejmie powszechny pobór, odczuwałbyś przed nim lęk?” 33 proc. odpowiedziało „oczywiście, że tak”, 14 proc „raczej tak”, 18 proc. „raczej nie”, 28 proc. „z pewnością nie”. Poza trzy czwarte ankietowanych stwierdziło, że również kobiety powinny być objęte obowiązkowym poborem.
W Niemczech kobiety od 2001 r. mogą pełnić służbę wojskową. Wcześniej mogły co prawda pracować dla armii, ale nie mogły pełnić służby z bronią. Przełom nastąpił w 1996 r., kiedy o przyjęcie do armii ubiegała się pani Tanja Kreil. Podanie pani Kreil odrzucono ze względu na płeć. Zaskarżyła więc decyzję Bundeswehry przed Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości i w 200 r. zapadł wyrok nakazujący Bundeswehrze otworzyć się na kobiety kadetów. Pierwsze panie rozpoczęły szkolenie w kwietniu 2001 r. W tym roku kobiety stanowiły 13 proc. wszystkich żołnierzy Bundeswehry (24 tys.), a w kolejnych latach planuje się podwyższenie ich udziału do 20 proc. Armia od lat organizuje w 100 lokalizacjach w Niemczech spotkania z dziewczynkami w ramach tzw. „Girls Day”. Podczas tego wydarzenia dziewczynki zapoznają się z zawodami lub przedmiotami z przedziału MINT, ma je to zachęcić do podejmowania wyzwań w obszarach, w których obecność kobiet jest szacowana na poniżej 40 proc. Następny „Girls Day” odbędzie się 23 kwietnia 2026 r. Jest to kolejny sposób na oswojenie – tym razem – najmłodszego pokolenia z armią.
Clausewitz i Stauffenberg jako wzory do naśladowania
„Bundeswehra jest w katastrofalnym stanie. Brakuje żołnierzy i zdatnego do użycia sprzętu – od czołgów, helikopterów, przez U-Booty, po mundury i amunicję […] Wraz z końcem zimnej wojny, zaczęto mówić o rzekomej dywidendzie pokojowej, a budżet obronny zredukowano do granicy bólu. Rezygnacja z powszechnego poboru do wojska zapadła pospiesznie i bez okresu przejściowego, nieodzownego dla wypracowania odpowiedniej ścieżki od powszechnego poboru po armię zawodową” – pisał w 2019 r. prof. Rupert Scholz (CDU), minister obrony Niemiec w latach 1988-1989 we wstępie do książki „Nawet warunkowo niezdolni do obrony. Bundeswehra między elitarnym oddziałem a ruiną” (niem. „Nicht einmal bedingt abwehrbereit; Die Bundeswehr zwischen Elitentruppe und Reformruine”, FBV, Edition Tichys Einblick, 2019, München). W samej książce autorstwa Josefa Krausa i Richarda Drexla poświęconej dogłębnej analizie powodów wspomnianego „katastrofalnego stanu Bundeswehry”, jako praprzyczyna pojawia się trudność zbudowania armii w „postpatriotycznym społeczeństwie niemieckim” i tego, że „Niemcy na dobrą sprawę nie wiedzą, kim chcą być”.
Książki wydawane w Niemczech mniej więcej od końca pierwszego rządu Angeli Merkel zazwyczaj mają ten sam lub podobny scenariusz – i to niezależnie od tego, czy autor pisze o wojsku, imigracji, społeczeństwie, edukacji czy gospodarce – scenariusz sprowadzający się do załamywania rąk nad stanem państwa. Praprzyczyną zaś wszelkich trudności i procesów jest stan ducha samych Niemców. Tak konstruował swoje książki Thilo Sarrazin („Samolikwidacja Niemiec”, niem. „Deutschland schafft sich ab”, 2010 r.), tak jest i w przypadku książki o Bundeswehrze z 2019 r. Niemcy jako społeczeństwo poddane reedukacji po 1945 r., po to by „nigdy więcej” stało się faktem. Niemcy, dla których wszelkie późniejsze decyzje miały być podejmowane w poczuciu „moralnej odpowiedzialności”, a przyzwolenie na posiadanie armii było jednoznaczne z koniecznością wypracowania modelu „żołnierza w cywilu” i „Bundeswehry jako armii parlamentarnej” kontrolowanej i sprawdzanej pod każdym kątem przez polityków Bundestagu, Żołnierz Bundeswehry miał być zaś „istotą myślącą”, będącą w stanie zakwestionować rozkazy przełożonego, właśnie po to, by nie powielić ślepego posłuszeństwa żołnierzy III Rzeszy. Każdy miał mieć swój wewnętrzny kompas (niem. „Innere Führung”), który stanowi „most między dwiema sprzecznościami — operacjami demokratycznej wolności a operacjami militarnymi” [nawiązanie do słów jednego z rozmówców Alana Watsona, brytyjskiego historyka, który w 1993 r. wydał niemieckie tłumaczenie swojej książki „Niemcy – Kim są dziś?”, niem. „Die Deutschen; Wer sind sie heute?”,Edition q.1993, Berlin].
Na pytanie Watsona: „Co sprawia, że jest pan dumny z bycia Niemcem?”, jeden z oficerów odpowiedział: „Wydaje mi się, że wyciągnęliśmy właściwe wnioski z naszej historii. Staliśmy się dobrym partnerem dla innych państw w środkowej Europie, takim, na którym można polegać i żaden z naszych sąsiadów nie musi się czuć przez nas zagrożony. Jestem dumny z tego, co się nam udało”. Inny oficer, mówiąc o tradycji, do której może się odwołać żołnierz Bundeswehry, przywołał „pruskich generałów, którzy jako pierwsi w naszej historii wprowadzili obowiązek służby wojskowej i tym samym zapoczątkowali koncepcję obywateli w mundurach”. „Mówię o takich ludziach jak Scharnhorst, Gneisenau, Clausewitz a później również Moltke. A drugą linią postaci wzorcowych dla dzisiejszych żołnierzy są autorzy nieudanego zamachu na Hitlera, czyli tzw.; grupa z 20 lipca 1994 r. Graf von Stauffenberg i inni…” – wyjaśniał oficer.
117 kilometrów marszu za poległych
Trzy dekady od wydania tej książki w Niemczech Bundeswehra wciąż jest wierna tamtym wzorcom osobowym. Rok 2024 obfitował w wykłady i wydarzenia związane z 80. rocznicą zamachu Stauffenberga, z tej okazji w Oficerskiej Szkole Wojskowej w Dreźnie odbyły się cztery publiczne dyskusje panelowe. Dużym zainteresowaniem żołnierzy cieszyły się wystawy czasowe poświęcone np. „Niemieckim kobietom, które stawiły opór narodowemu socjalizmowi” w Centrum Pamięci Niemieckiego Oporu w Berlinie. Do wspominania Stauffenberga doszło jednak coś jeszcze. Coś świeżego, co coraz częściej wypiera sztucznie stworzoną na potrzeby duchowej denazyfikacji tradycję czci dla zamachowców z 20 lipca (jak spojrzymy na badania opinii publicznej z lat 50.i 60. XX w., to entuzjazm dla Grafa von Stauffenberga trzymał się w ryzach, abstrahując już od oceny jego osoby i rzekomego bohaterstwa z perspektywy polskiej, bo nie o tym jest ten tekst), jest to cześć oddawana żołnierzom Bundeswehry poległym na misjach zagranicznych.
Na przykład w 2024 roku po raz siódmy odbył się Marsz Pamięci, organizowany corocznie przez Stowarzyszenie Rezerwistów przy wsparciu Bundeswehry i Związku Niemieckich Sił Zbrojnych. Żołnierze i rezerwiści przemaszerowali 117 kilometrów przez Brandenburgię i Berlin, aby uczcić pamięć 117 poległych towarzyszy, którzy stracili życie poza terytorium państw NATO. Tego typu wydarzenia (bo to nie jest jedyne) odbywają się celowo publicznie, a każdy biorący w nich żołnierzy ma do munduru przypiętą wstążkę z imieniem poległego żołnierza lub pracownika służby cywilnej, który zginął na misji. Jest to zjawisko o tyle ciekawe, że jeszcze w 1993 r., kiedy po raz pierwszy doszło do śmierci niemieckiego żołnierza na m misji (chodziło wtedy o żołnierza, który zginął na skutek zamachu w Kambodży) w oficjalnym przekazie unikano jak ognia słowa „poległ” zastępując je stwierdzeniem „uległ wypadkowi”. Jak opisują w swojej książce Kraus i Drexler, to słownictwo uległo zmianie dopiero w 2008, kiedy ówczesny minister obrony, Franz Josef Jung w przemówieniu na uroczystej mszy pogrzebowej za dwóch żołnierz, którzy zginęli na misji w Afganistanie, użył słowa „polegli, walcząc o pokój”. Zdaniem obu autorów pojawiające się jeszcze gdzieniegdzie „uległ wypadkowi na misji” wyjątkowo wyprowadza z równowagi niemieckich żołnierzy.
Wewnętrzny kompas po poprawkach
Nie wchodząc już w dalsze szczegóły – tradycja, w której wychowuje się do służby żołnierzy Bundeswehry przebiega dwutorowo – z jednej strony mając wymiar dydaktyczno-pedagogiczny dotyka kwestii winy za II wojnę światową, ale coraz częściej z uwypukleniem aspektów budujących poczucie dumy z tych, którzy ”stawiali opór”, z drugiej strony jest to pielęgnowanie pamięci o żołnierzach poległych na misjach, wątek ten stanowił zresztą istotny element w narracji przewodnika po muzeum Dreźnie dla młodych influencerów. Te wszystkie wraki pojazdów bojowych nie stoją w muzealnych gablotach bez przyczyny. One wskazują na coś, z czego można być dumnym.
Podobnie ma się sprawa z „wewnętrznym kompasem”, który wciąż wyznacza pożądany kierunek działania żołnierza Bundeswehry. Ten kompas z biegiem lat oraz zmian i liberalizacji zasad panujących w wojsku poszerzono o aspekty, które w latach 80. czy 90. XX w. nie były przedmiotem debaty. Dziś są to takie sprawy jak np. „rozliczanie się z neonazistowskimi naleciałościami w wojsku”, czy dbanie o „wolność i poszanowanie dla różnorodności seksualnej oraz genderowej”, czy walka z seksizmem i mobbingiem etc. Każda z tych kwestii podana hasłowo może brzmieć sucho, ale za tymi punktami kryje się bezlik warsztatów, szkoleń, skarg i przykładów mających realny wpływ na życie codzienne niemieckich żołnierzy.
Chesz przewodzić, musisz coś dać
Czy niemieccy żołnierze powinni uczestniczyć w misji stabilizacyjnej na Ukrainie w razie wypracowania rozwiązania pokojowego? Dyskusja tocząca się w Niemczech od momentu konferencji prasowej Friedricha Merza po waszyngtońskim szczycie, kiedy kanclerz zasugerował taki wariant – nie schodzi z czołówek portali. Friedrich Merz pojechał do Waszyngtonu jako reprezentant państwa, które nieprzerwanie od co najmniej dwóch dekad zgłasza pretensje do przywódczej roli w Europie, trudno więc jest Berlinowi odrzucić wariant ze stacjonowaniem Bundeswehry na Ukrainie, podczas gdy Francja i Wielka Brytania zdają się nie mieć z tym pomysłem problemu. W rozmowie z Donaldem Trumpem Friedrich Merz – mimo swej debiutanckiej roli w polityce światowej – kreował się na głowę europejskiej rodziny, a jak stwarza się pozory to trzeba być gotowym do realnej gry – w tym konkretnym przypadku amerykańskiego „sprawdzam”. O tym, że Niemcy mogą sobie z tym wyzwaniem zasugerowanym przez kanclerza nie do końca poradzić poinformował (najwyraźniej bez porozumienia z Merzem) w rozmowie z redakcją Table Media szef niemieckiej dyplomacji, Johann Wadephul. Podczas gdy Merz był już w Waszyngtonie, Wadephul odpowiadał na pytania dziennikarki Table Media, Sary Siewert towarzyszącej mu wraz z innymi przedstawicielami mediów niemieckich w podróży do Japonii i Indonezji.
Przed wylotem Wadephul odwołując się do politycznego ciężaru gatunkowego Niemiec, podkreślał, że „są one gotowe przejąć przywództwo” w tzw. koalicji chętnych. Na pytanie Siewert o ewentualny wkład Niemiec w stworzenie i zabezpieczenie nowej architektury bezpieczeństwa w Europie i perspektywę wysłania niemieckich żołnierzy na Ukrainę, Wadephul odpowiedział: „Uważam, że to jest jeszcze odległa kwestia. Do tej pory koncentrowaliśmy się na obronie terytorium NATO”. Niemiecki szef dyplomacji przypomniał przy okazji, że to Niemcy utworzyły na Litwie brygadę pancerną [od 1 kwietnia tego roku na Litwie stacjonuje 5 tys. żołnierzy Bundeswehry] dodając, że to Boris Pistorius jako minister resortu obrony powinien się wypowiedzieć w tej kwestii, ale że jego zdaniem Niemców by taka opcja przerosła. „Co nie oznacza, że nie moglibyśmy wspierać Ukrainy w dalszym ciągu w innej formie”.
Dwie frakcje, dwa modele
Czyli z jednej strony wypowiedź Merza, z drugiej – zupełnie w innym duchu – Wadephula, a w Saksonii rządzonej przez premiera Michaela Kretschmera (CDU) dodatkowy ambaras, bo polityk stanowczo sprzeciwił się wysłaniem niemieckich żołnierzy na Ukrainę. To oczywiście teatr dla publiki, wysłanie gdziekolwiek niemieckich żołnierzy wymaga prac w komisjach Bundestagu (finansów i obrony) i mandatu parlamentu a przy tak mizernej arytmetyce chadecy i socjaldemokraci będą musieli przekonać do tego Zielonych. To z kolei będzie słono kosztowało. AfD już ostrzega na swoich profilach w mediach społecznościowych przed złowieszczym Merzem wysyłającym Niemców na wojnę.
Na razie w projekcie budżetu na 2026 r. zaplanowano 108 mld euro na wydatki na obronę, co odpowiada 2,5 niemieckiego PKB. Na samo tylko pokrycie wydatków na żołd/pensje w Bundeswehrze resort ma wydać 24,71 mld euro, o 823 mln euro więcej niż w 2025 roku. Jak informują służby prasowe Bundestagu, na zakwaterowanie żołnierzy, eksploatację i utrzymanie koszar i obiektów [wojskowych] zaplanowano wydatki w wysokości 11,31 mld euro, czyli o 1,52 mld euro więcej niż w roku bieżącym. Nasi zachodni sąsiedzi się rozkręcają. Chyba jednak nie obędzie się w tych okolicznościach bez powszechnego poboru, nawet jeżeli sam Boris Pistorius wolałby nie przesadzać i tymczasowo zarządzić dobrowolną służbę wojskową i lep w postaci lepszego uposażenia. Jeżeli już nawet z czeluści politycznego niebytu wychodzą politycy w typie Sigmara Gabriela apelując o wprowadzenie powszechnego obowiązku służby wojskowej, to innej drogi nie będzie. I wtedy młodzi podzielą się umownie na „frakcję Gorch Fock” i „stronnictwo Ollego Nymoena, twardzi kadeci kontra pacyfiści, dziewczyny w mundurach kontra te, które wolą być »czerwone niż martwe«. Z tego tworzywa powstanie nowa Bundeswehra, która w razie wysłania niemieckich żołnierzy na Ukrainę, za jakiś czas dołoży do swojego muzeum w Dreźnie nowe relikwie do wraków Dingo z Afganistanu. Jeżeli ten scenariusz się ziści, niemieckie wojsko dostanie kolejny kamyczek do budowania swojej kultury pamięci z dala od ciążącego dziedzictwa Wehrmachtu. I to jest uproszczona wersja tego, co może, choć nie musi nastąpić.
Olga Doleśniak-Harczuk



