Wieść o planowanym do końca tego roku zamknięciu bawarskiej fabryki figurek Playmobil w Dietenhofen, zelektryzowała opinię publiczną w Niemczech nie mniej od wcześniejszych informacji o planowanych cięciach w Boschu czy Volkswagenie. Playmobil to smak dzieciństwa, tradycji i beztroski, symbol Niemiec, jako sinej gospodarki podbijającej przez dekady zagraniczne rynki nie tylko sprzętem AGD, autami i chemią, ale również dobrej jakości zabawkami. A to nie koniec złych wieści. Według upublicznionego kilka dni temu raportu firmy konsultingowej EY, w ubiegłym roku pracę w niemieckim przemyśle straciło ponad 120 tys. osób, a eksperci obawiają się dalszych redukcji zatrudnienia. Jak kształtuje się niemiecki rynek zatrudnienia? Gdzie jest praca, a gdzie jej ubywa? Berliński Tygiel rozmawiał o tym z nauczycielką, pracownikiem służby zdrowia, pracownicą biurową i wydawcą lokalnej gazety.
Raport firmy konsultingowej EY opiera się na danych Federalnego Urzędu Statystycznego i uwzględnia firmy zatrudniające co najmniej 50 pracowników. Jak wynika z analizy, największy kryzys dopadł branżę samochodową, która w ubiegłym roku skreśliła 50 tys. miejsc pracy. W porównaniu z tym 2 tysiące zwolnień w przemyśle chemicznym i farmacji wydają się symboliczne, tyle że za każdym utraconym miejscem pracy stoi czyjaś osobista tragedia, ponieważ mimo wielu ogłoszeń o pracę coraz trudniej a pracodawcy coraz rzadziej odpowiadają na wysyłane CV. Część Niemców, którzy nie mogą znaleźć zatrudnienia w kraju lub nie chcą pracować za stawki pozwalające przeżyć, ale już nie żyć na poziomie, do którego byli przyzwyczajeni, wybiera emigrację.
Tylko w 2024 r. z Niemiec wyjechało 1,3 miliona osób (dane Destatis), w tym 269.986 obywateli Niemiec. Wielu z nich wybiera sąsiednią Austrię i Szwajcarię. Powodzeniem cieszy się wciąż Hiszpania, ale nie brakuje i tych, którzy stawiają na mniej oczywiste kierunki takie jak Bułgaria czy Węgry. Przy czym kraje niemieckojęzyczne wybierają zazwyczaj osoby poszukujące pracy, a pozostałe raczej emeryci, którzy zamiast wydawać 60-75 proc. emerytury na opłacenie mieszkania w ojczyźnie, wybierają nowe życie gdzieś w okolicach Warny, gdzie nawet ponad 100-metrowe mieszkanie można wynająć za równowartość 25 proc. pobieranej w Niemczech emerytury, co robi istotną różnicę i zostawia jeszcze sporo w kieszeni na pozostałe wydatki.
Szwajcarskie Dolce Vita pod lupą
Ci, którzy emigrują do Szwajcarii są wabieni placami i kilkakrotnie większymi niż w Niemczech. Agencje pośredniczące między chętnymi do emigracji, a potencjalnym pracodawcą kuszą tabelkami z płacą minimalną (której wysokości zależy od kantonu) na poziomie 21-24 franków za godzinę (97-110 zł), czy średnią płacą rzędu 78 tys. franków rocznie (ok.360 tys. zł), nie mówiąc już o „dobrej płacy” zaczynającej się od 8,3 tys. franków miesięcznie. Kto może znaleźć zatrudnienie w Szwajcarii? Agencje obiecują etaty dla mechaników, konserwatorów dźwigu, inżynierów, specjalistów od IT, ale większość ofert jest skierowana do lekarzy domowych i lekarzy specjalistów, pielęgniarek i pielęgniarzy zwłaszcza tych z doświadczeniem w opiece nad osobami starszymi.
W chwili, gdy sytuacja demograficzna w Niemczech wymaga coraz więcej od personelu medycznego i opiekuńczego a każdy pracownik służby zdrowia jest na wagę złota, ci najzdolniejsi lub najbardziej mobilni, tudzież zdesperowani, wyjeżdżają. A szwajcarskie szpitale czy domy opieki przyjmują ich z otwartymi ramionami. O tym, jak wielu Niemców nosi się z zamiarem opuszczenia kraju na rzecz Zurychu czy Genewy, świadczą fora internetowe utworzone właśnie z myślą o wymianie doświadczeń między tymi, którzy jeszcze się zastanawiają nad emigracją, a tymi, którzy już się na nią zdecydowali.
Jak wyglądają takie rozmowy?
Na przykład ktoś pyta, ile może zarobić w Zurychu jako ogrodnik, a bardziej zorientowani forumowicze sprowadzają go na ziemię zwracając uwagę na wyjątkowo wysokie koszty utrzymania w Zurychu, gdzie za wynajem trzypokojowego mieszkania trzeba zapłacić średnio 4 tys. franków (ok. 18,5 tys. zł), a miesięczny koszt ubezpieczenia zdrowotnego to 400 franków (ok. 1850 zł). Inni z kolei zapewniają ogrodnika, że w Zurychu jest dużo pracy w jego fachu, ale może zarobić co najwyżej 5,5 tys. franków, co biorąc pod uwagę koszty utrzymania nie brzmi już tak kusząco.
Młody elektrotechnik, głowa czteroosobowej rodziny rozważa wyjazd w 2027 roku. Pyta forumowiczów, czy z takim wykształceniem łatwo znajdzie pracę i zdoła utrzymać bliskich. Ktoś odpowiada, że pierwszymi w kolejce do pracy są zawsze Szwajcarzy, następnie obcokrajowcy posiadający już zezwolenie na pracę i zameldowanie, a na końcu tego łańcuszka stoją tacy jak zadający pytanie mody elektrotechnik. Poza tym nie ma co liczyć na szybki awans. Co do kosztów utrzymania, na jedzenie trzeba przeznaczyć miesięcznie dwa razy tyle, co w Niemczech, a największym wydatkiem jest oczywiście wynajem mieszkania i ubezpieczenie zdrowotne.
Kolejny przykład: Matka dwójki dzieci chce rozpocząć nowe życie w Bernie. Mąż ma w Niemczech firmę zajmującą się ogrzewaniem podłogowym, ich plan to współpraca na zasadzie podwykonawcy z firmami na miejscu. Ktoś odpowiada: szwajcarskie firmy z zasady nie dają zleceń obcym firmom (czytaj: nieszwajcarskim) i nie współpracują z niemieckimi podwykonawcami, co wynika po części z tego, że „Niemiec zawsze będzie tam obcokrajowcem”, a po części z tego, że istnieją biurokratyczno- prawne obwarowania skutecznie zniechęcające do takiej współpracy i generujące dodatkowe koszty.
Wystarczy godzina lektury tych wszystkich rozmów, by dostrzec rozdźwięk między ofertami agencji oferującymi bajkowy start w Szwajcarii dla obywateli Niemiec a tym, co ich tam czeka w praktyce. Niezależnie od tego, Szwajcaria od lat cieszy się rosnącym zainteresowaniem niemieckich pracowników. Wg Federalnego Urzędu Statystycznego, na początku 2024 r. na stałe mieszkało w tym kraju 323.600 Niemców i wciąż przybywają kolejni.
W jednym z reportaży telewizji ZDF ukazującym przeznaczonych do zwolnienie pracowników Boscha pada w pewnej chwili pytanie: „To, co będzie dalej?”. „Po prostu wyjedziemy do Szwajcarii” – odpowiada jeden z bohaterów. I to nie jest czcza deklaracja. Szwajcaria jest dla Niemców tym, czym mniej więcej 20-30 lat temu były dla Polaków Niemcy.

Mini Job -Spadek po Agendzie 2010
Na początku tego roku liczbę bezrobotnych szacowano w Niemczech na 3,085 miliona (6,6 proc.) – to o 177 tysięcy więcej niż w grudniu ub. roku. Ponadto do 35,21 mln (minus 22 tys. względem roku ubiegłego), spadła liczba zatrudnionych na umowę o pracę. Plagą trawiącą Niemcy są tzw. prace na zasadzie Mini Job, które adekwatnie do swej nazwy pozawalają na mini zarobek (w 2026 r. jest to maksymalnie 603 euro miesięcznie) przy ograniczonej liczbie godzin. Coś, co wprowadzono w ramach reformy Agenda 2010 Gerharda Schrödera i co miało szybko zaktywizować różne grupy do podjęcia niskopłatnej, ale za to nieobarczonej podatkami i w większości przypadków nieoskładkowanej pracy, doprowadziło do sytuacji, w której ludzie co prawda pracują, ale wyżyć za 603 euro, kiedy np. byle jakie mieszkanie w Berlinie to koszt blisko dwukrotnie wyższy jest po prostu niemożliwe. Dlatego system Mini Job przez lata się zrewolucjonizował i jest zazwyczaj traktowany jako dodatkowe, a nie jedyne źródło dochodu.
Kiedy etat to za mało
W Niemczech na Mini Job pracuje dziś 8 mln ludzi. Część z nich to studenci utrzymywani jeszcze przez rodziców, ale chcący dorobić, ale niemała część Niemców w ten sposób dorabia do etatu. Są i tacy, którzy wspomagają się Mini Job pracując na ćwierć, pół, czy trzy-czwarte (Teilzeit) to m.in. takich pracowników kilka tygodni temu krytykował kanclerz Friedrich Merz, być może nieświadomy, że na takiej zasadzie pracują nie tylko „aspołeczni miłośnicy work-life balance” mający spowalniać niemiecką gospodarkę, ale i ludzie wyrabiający de facto nadgodziny, bo nie są w stanie utrzymać rodziny wyłącznie z pracy etatowej. Tak to wygląda w praktyce, poza statystyką.
Co się zaś tyczy pracy w niepełnym wymiarze godzin (Teilzeit), ta forma zatrudnienia dotyczyła w 2024 r. 13,1 mln osób. Pytanie, ilu z tych ludzi pracuje wyłącznie w tym wymiarze, a ilu dorabia łącząc Teilzeit z Mini Job. Faktem jest, że przy takiej konstelacji zostaje więcej w kieszeni, niż przy zatrudnieniu w pełnym wymiarze godzin, co też skłania część pracowników do łączenia tych dwóch form zatrudnienia. Są jednak i tacy, dla których z uwagi na opiekę nad dziećmi, niepełnosprawnymi członkami rodziny, własną chorobę etc., praca na pół, czy trzy czwarte etatu jest jedynym rozwiązaniem, by sprostać obowiązkom i nie wypaść z rynku pracy. I jest jeszcze jeden aspekt – wielu pracodawców wcale nie chce zatrudniać w pełnym wymiarze godzin, wystarczy przejrzeć ogłoszenia – od dyskontów mających swoje filie na każdym rogu ulicy po media publiczne, ofert tego typu jest mnóstwo. Pracodawcy chwalą sobie tę formę zatrudnienia jako „pozwalającą na większą elastyczność i zwiększającą wydajność”, ale jest ona też dla nich korzystniejsza finansowo.
Niemiecki rynek pracy jest więc dość złożony, a z każdą kolejną reformą przybywa jeszcze więcej komplikacji. A jak wygląda sprawa z łączeniem pełnego etatu z Mini Job? Claudia Mros pracuje w biurze jednego ze średnich przedsiębiorstw w Düsseldorfie, osiem godzin dziennie zajmuje się sprawami firmowymi, prowadzi korespondencję z klientami firmy etc. Do pracy etatowej dochodzi jej ponad 20 godzin miesięcznie na zasadzie Mini Job i jest to praca oskładkowana. – Jak wybierasz Mini Job możesz ustalić z pracodawcą, że będzie odprowadzał składkę na ubezpieczenia społeczne, to jest decyzja pracownika, bo i on dokłada swoją część. Uznałam, że wolę teraz zarobić ciut mniej w ramach dodatkowej pracy, ale mieć większą emeryturę. Dzięki Mini Job dorabiam nieco ponad 400 euro miesięcznie do pensji, kwotę tę mogę odłożyć na tzw. czarną godzinę, część jednak przeznaczam na sezonowe wydatki typu święta, urodziny bliskich etc. Wcześniej cała pensja z etatu szła na opłacenie mieszkania, skromne jedzenie i wyjście ze znajomymi raz na dwa tygodnie, na nic więcej nie było mnie stać. Teraz jestem spokojniejsza – mówi Claudia w rozmowie z Berlińskim Tyglem.
5.393 euro miesięcznie – kto tyle zarabia?
Ponad 6 milionów osób pracujących w Niemczech na umowę o pracę to obcokrajowcy, w tym 374 tys. obywateli Ukrainy, z których większość przybyła do Niemiec uciekając przed wojną.
A którzy obcokrajowcy zatrudnieni w Niemczech zarabiają najlepiej? Otóż nie są to ani Szwajcarzy, ani Amerykanie, a obywatele Indii. Kwestę tę podniósł w swojej publikacji z 12 stycznia tego roku Instytut Niemieckiej Gospodarki (IW), dając przy okazji mocne karty kanclerzowi Friedrichowi Merzowi, który 12 i 13 stycznia składał ważną dla niemieckiej gospodarki wizytę w Indiach. Pracownicy z Indii mogą wg. IW liczyć na najlepszą płacę spośród wszystkich obcokrajowców zatrudnionych w Niemczech, co zawdzięczają z reguły ścisłemu wykształceniu umożliwiającemu pracę w sektorze MINT (matematyka, informatyka, nauki przyrodnicze i technologia). I tak przeciętne wynagrodzenie pracowników z tej grupy wynosiło pod koniec 2024 r. 5.393 euro, podczas gdy średnia płaca w grupie wszystkich innych obcokrajowców oscylowała wokół 3.204 euro, a średnią płacę obywatela Niemiec szacowano na 4,177 euro.
Polacy wysoko w statystykach, ale coraz bardziej sceptyczni
Co do „grupy wszystkich obcokrajowców” objętych badaniem IW, znaleźli się tam również obywatele Polski stanowiący po Turkach drugą pod względem liczebności grupę cudzoziemców zatrudnionych w Niemczech (ok. 540 tys.). Mimo tak licznej reprezentacji Polakom nie przyznano ich własnej „kratki”. Tymczasem (tego typu analizy przeprowadził Instytut IAB podlegający Federalnej Agencji Pracy) wskaźnik zatrudnienia wśród Polaków w wieku produkcyjnym wynosił 62,0 procent w grudniu 2024 roku, i był tym samym najwyższym w grupie cudzoziemców (55,1 procent). Na bezrobociu pozostawało zaś w 2024 r. 7,6 proc. Polaków, dla porównania – w grupie wszystkich pracujących w Niemczech cudzoziemców stopa bezrobocia w tym samym czasie wynosiła 14,8 procent.
To zaledwie kilka wskaźników, ale wystarczających, by uznać Polaków za istotny element niemieckiego rynku pracy. Nie dziwi więc, że niemieccy eksperci byli zaniepokojeni tym, iż w 2024 po raz pierwszy od wprowadzenia swobodnego przepływu pracowników, imigracja obywateli polskich do Niemiec spadła. Poza tym blisko połowa ankietowanych Polaków deklarowała chęć opuszczenia Niemiec i albo powrót do Polski, albo wyjazd do państw trzecich, przy czym większość wskazywała na Szwajcarię.
A za danymi szły medialnie atrakcyjne historie Polaków, którzy po latach życia w Berlinie czy Hamburgu zdecydowali się wrócić do ojczyzny. Decyzje o powrocie często motywowano lepszymi szansami zawodowymi w Polce, czy narastającym poczuciem niepewności w Niemczech związanym ze zmianami społecznymi i politycznymi w tym państwie.
Technik elektroradiolog: Z 10 młodych, którzy przyszli do nas na praktyki, zostało tylko dwoje
Mark Plotzke jest zatrudniony w jednym z kolońskich szpitali. Jak lekarz zleca wykonanie tomografii komputerowej, RTG. etc., to on wykonuje badanie, czuwa nad jego przebiegiem i współpracuje ze specjalistami na kolejnych etapach. – Pracuję w zawodzie od przeszło trzydziestu lat i widzę, jak zmienia się rynek i jak równocześnie obniżają się kwalifikacje ludzi, którzy chcą pracować z diagnostyką obrazu. Przy czym chętnych z roku na rok ubywa, również przez mało satysfakcjonujące zarobki. Druga sprawa, że trzeba być elastycznym co do godzin pracy, raz kończysz pracę o 18, ale następnego dnia to już może być 20 lub 21. Nie każdemu to odpowiada – mówi w rozmowie z Berlińskim Tyglem.
W środowisku krążą opowieści o prywatnych gabinetach, gdzie do pracy asystenta technika elektroradiologa z braku chętnych przysposabia się kogo popadnie. -Dziewczyna czy chłopak po prostu siedzą i naciskają guziki, robią to bez żadnego wykształcenia kierunkowego, za grosz nie rozumiejąc, co widzą na ekranie – opowiada.
– To jest stresujący fach, w jednym z pism branżowych ukazał się artykuł o tym, że poziom stresu u techników elektroradiologów wypada wyjątkowo wysoko w porównaniu do innych zawodów medycznych. Ludzie się szybko wypalają. To jest jak praca na taśmie. Pacjent po pacjencie. Nie ma czasu, by zamienić słowo, by pięć minut zebrać myśli. Z 10 młodych, którzy przyszli do nas na praktyki, zostało dwoje. Reszta nie radziła sobie z presją czasu i z nerwową atmosferą. A ci, którzy zdecydowali się zostać, już żałują, że wybrali taką, a nie inną ścieżkę. Sam zresztą muszę przyznać, że gdybym jeszcze raz miał decydować kim zostać, to nie byłby to kierunek medyczny.
Jak wynika z badania Deutsches Krankenhaus Institut (Niemiecki Instytut Szpitalny) z 2024 r. do 2030 r. 25 proc. techników elektroradiologów przejdzie na emeryturę. Z rynku wypadnie więc 3270 pełnoetatowych specjalistów i są to dane wyłącznie ze szpitali, bez uwzględniania prywatnych praktyk lekarskich.
Jednym ze źródeł informacji na temat tej specyficznej grupy zawodowej jest 144 – stronicowa odpowiedź rządu federalnego na zapytanie klubu parlamentarnego AfD dotyczącego braków kadrowych w Niemczech, z grudnia 2025 r. Jak wynika dokumentu, w maju ub.r. w Niemczech było ponad 35 tys. radiologów (nazwa zastosowana tu dla wszystkich zawodów związanych z radiologią w medycynie), z których nieco ponad 22 tys. pracowało w pełnym wymiarze godzin, a ponad 13 tys. na cząstkę etatu Teilzeit). Przy czym 31,5 tys. z nich to obywatele Niemiec, 3,5 tys. to obcokrajowcy i te proporcje będą ulegały zmianie.
Od wielu lat szkoły medyczne w Niemczech są zasypywane podaniami chętnych do podjęcia nauki studentów m.in. z Afryki Północnej, problemem jest jednak uzyskanie dla tych ludzi prawa pobytu, dodatkowym kłopotem jest dla uczelni nostryfikacja dotychczas zebranych świadectw i dopasowanie umiejętności cudzoziemców do obowiązujących w Niemczech standardów.
Teoretycznie co roku Niemcy zyskują 800 nowych techników elektroradiologów, ale zgodnie z tym, co powiedział Mark, większość z nich zraża się do zawodu już na praktykach i odchodzi z zawodu w zasadzie już na starcie.
Co się z nimi dzieje? W jakim kierunku się przekwalifikowują?
Jak wynika z badania przeprowadzonego w 2025 r. przez RWI – Leibniz-Institut für Wirtschaftsforschung (na zlecenie Fundacji Bertelsmanna) tylko między 2022 a 2023 rokiem 191 tys. osób wykwalifikowanych w zawodach uznawanych za najpotrzebniejsze (medycyna, budownictwo, fachowcy rzemieślnicy) przeszło do sektorów, w których nie brakuje pracowników. W drugą stronę (ponieważ to działa w obu kierunkach) – napłynęło ok. 167 tys. pracowników, co nie zrekompensowało żadną miarą poniesionych sposób strat personalnych.

Pielęgniarki z Indonezji, Filipin, Tunezji
W listopadzie ub. roku Niemiecki Instytut Gospodarki (IW) oszacował średnie roczne braki w grupie wykwalifikowanych pracowników sektora medycznego na 46 tys. Oznacza to, że tyle posad czeka na pracownika. Niemcom brakuje m.in. 12 tys. fizjoterapeutów, ponad 7 tys. pielęgniarek, 6,8 tys. pomocy dentystycznych, nie mówiąc już o specjalistach geriatrach i pielęgniarzach, ale i farmaceutach.
Natomiast Federalny Urząd Statystyczny wyliczył już w 2024 r., że w związku ze starzeniem się społeczeństwa, do 2049 r. w Niemczech może zabraknąć od 280 do 690 tys. personelu pielęgniarskiego i opiekuńczego.
Od 2013 lat Niemcy aktywniej zabiegają o napływ personelu medycznego, głównie pielęgniarek, z państw spoza UE, zawierając z wybranymi państwami umowy typu Triple-Win. Do tej pory takie umowy podpisano z Indonezją, Filipinami, Tunezją i Indonezją. Była też umowa z Brazylią, ale kiedy sama Brazylia zaczęła się w 2023 r. borykać z brakiem pielęgniarek, partner z Ameryki Łacińskiej się wycofał. Warunki aplikacji nieco się różnią w zależności od kraju, ale wspólnym mianownikiem jest certyfikat znajomości języka niemieckiego minimum na poziomie B1. Niemcy podpisały też wstępne umowy m.in. z Gruzją, Uzbekistanem i Marokiem.
Wg danych Akademii DEKRA, w 2025 r. w niemieckim sektorze zdrowia i opieki pracowało 526 tys. cudzoziemców. W porównaniu z rokiem 2015 oznacza to wzrost udziału tej grupy w rynku o 288 procent. W tym samym czasie liczba pracowników z niemieckim obywatelstwem wzrosła zaledwie o 10 procent. Oznacza to, że łącznie ponad 16 procent wykwalifikowanych pracowników w służbach zdrowia i pielęgniarstwa, służbach ratunkowych oraz położnictwie pochodzi z zagranicy. W opiece geriatrycznej jest to nawet 25 procent.
Niemcy są zatem skazane na wsparcie zagranicznych lekarzy, pielęgniarek, fizjoterapeutów a z każdą kolejną dekadą stosunek liczby pracowników niemieckich do obcych będzie się przesuwał w kierunku tej drugiej grupy, również dlatego, że podczas gdy do Niemiec ściągają pielęgniarki z Indonezji czy Filipin, te z niemieckim paszportem wybiorą mimo wszystkich początkowych trudności, atrakcyjniejszą pod względem zarobków Szwajcarię.
Walka o Tetine Niyibizi
Ciekawostką, na tle niemieckich problemów z zapełnieniem wakatów w służbie zdrowia, są sytuacje takie jak głośna sprawa Tetine Niyibizi, 39-letniej opiekunki osób starszych z Burundi, która miesiącami walczyła z niemieckim urzędem imigracyjnym o prawo pobytu i pracy w Niemczech. Kobieta dostała się do UE przez Chorwację w 2022 r., a dopiero stamtąd do Niemiec więc władze niemieckie postanowiły wydalić ją do Chorwacji, gdzie zgodnie z rozporządzeniem Dublin III powinna złożyć ewentualny wniosek o azyl. Niyibizi podjęła jednak pracę (nie podano na jakich zasadach) w domu opieki w Peine (Dolna Saksonia) i na tyle podbiła pracowitością i podejściem serca kierownictwa i pensjonariuszy, że stanęli w jej obronie żądając od urzędników odstąpienia od wydalenia z kraju.
Prośby nie działały więc Niyibizi zrobiła to, co wielu przed nią w podobnej sytuacji – wystąpiła o azyl kościelny i go dostała. W grudniu ubiegłego roku media poinformowały, że urzędnicy tymczasowo odstąpili od deportacji kobiety, ale to zapewne nie wyczerpuje sprawy. Tak czy inaczej – ten konkretny przykład ilustruje brak elastyczności niemieckiego aparatu biurokratycznego, który z jednej strony zabiega o każdą pielęgniarkę z Indonezji, a z drugiej w imię regulacji, chce wydalić kogoś, kto jest tak dobry w swoim fachu, że samo szefostwo staje w jego obronie.

Nauczycielka języka niemieckiego jako obcego: Nie wiem na czym stoję, bo państwo tnie środki na kursy
Marie Huber od ponad 20 lat uczy w Berlinie cudzoziemców języka niemieckiego. Jej szkoła jest jedną z najważniejszych tego typu placówek w Niemczech, to tu odbywają się kursy integracyjne, to tu uczą się języka od podstaw Afgańczycy, Syryjczycy, Ukraińcy, przybysze z Afryki Północnej.
W związku z zaostrzaniem polityki imigracyjnej, Federalne Ministerstwo Spraw Wewnętrznych postanowiło jednak zredukować fundusze na kursy integracyjne i zagwarantować dostęp do nich wyłącznie tym, którzy mają zapewniony stały pobyt w Niemczech. Oznacza to, że szkoły oferujące kursy nie wiedzą, czy będą mogły zatrzymać personel, czy same będą musiały ciąć etaty. W dużych szkołach, takich jak ta, w której uczy Marie, skutki nie będą tak drastyczne, jak w małych placówkach, gdzie nauczycielom płaci się od kursu.
Same kursy obejmują ok. 600 godzin nauki języka plus zajęcia integracyjne, a nauczyciele są rozliczani każdorazowo z liczby kursantów, często zapłata zależy od tego, ile osób bierze w nim udział, każdorazowo liczy się obecnych w klasie, zdaje raporty i w mniejszych szkołach dopiero wtedy wypłaca się honorarium.
Do tej pory prawo do udziału w kursie mieli praktycznie wszyscy, również ci z tzw. pobytem tolerowanym (Duldung), który jest przedłużany co jakiś czas. W samym Berlinie na początku roku taki status miało 17 tys. osób. – Państwo przedłuża tym ludziom pobyt tolerowany co kilka miesięcy, to się ciągnie latami. Człowiek będący w takiej sytuacji żyje w ciągłej niepewności, nie wolno mu pracować, liczy czas od jednego do drugiego przedłużenia pobytu, teraz dodatkowo nie będzie mógł uczyć się języka, taka sytuacja na dobrą sprawę nikomu się nie przysłuży – mówi Marie.
Sprawa dotyczy nie tylko Afgańczyków czy Syryjczyków, ale i Ukraińców, którzy przyjechali do Niemiec uciekając przed wojną oraz migrantów z państw UE.
Ludzie zajmujący się od wielu lat edukacją obcokrajowców zwracają uwagę na to, że obowiązek uczęszczania na taki kurs oznacza, że pięć razy w tygodniu dana osoba musi być na zajęciach, a to mobilizuje do integracji. Pozbawieni możliwości tego typu nauki ludzie, w dodatku nieuprawnieni do podjęcia pracy będą po prostu siedzieć na garnuszku państwa. A frustracja też robi swoje.
Ministerstwo spraw wewnętrznych uzasadnia cięcia kursów ich wysokim kosztem, który wynosi średnio 3 tys. euro na osobę, a w przypadku analfabetów nawet 8 tys. euro. To faktycznie niemałe kwoty, biorąc pod uwagę, że aktualnie (dane DPA uzyskane w ministerstwie) takich kursów odbywa się w Niemczech 19,5 tysiąca i bierze w nich udział 300 tys. osób., z czego 31 proc. kursantów to obywatele Ukrainy, 9 proc. to obywatele państw unijnych a 19 proc. jest w trakcie załatwiania procedury azylowej.
Krytycy cięć, zwracają jednak uwagę, że dzięki kursom obcokrajowcy szybciej się integrują i szybciej wchodzą na rynek pracy, więc państwo próbuje oszczędzać w nieodpowiednim miejscu. Poza tym już teraz część nauczycieli z obawy utraty środków do życia ma zamiar się przekwalifikować, więc za chwilę okaże się, że kolejna grupa zawodowa się zwija. I w sumie już teraz można sobie wyobrazić przyszłe rządowe programy pozyskiwania nauczycieli za granicą, podobnie jak w przypadku pielęgniarek.
Patrząc na aktualny rynek pracy, nauczyciele, którzy dostaną rykoszetem na rodzimym rynku, mogliby bez problemu znaleźć zatrudnienie w Austrii, chociażby jako wykładowcy w austriackich szkołach rozrzuconych po świecie (nie brakuje ofert). Emigracja nie jest jednak dla wszystkich, nie każdy ma siłę zaczynać wszystko od nowa.
Polityka imigracyjna od lewa do prawa
Przypadek z kursami, teoretycznie marginalny, mówi coś istotnego nie tyle o rynku pracy nauczycieli, ile polityce integracyjnej Niemiec miotającej się od lewa do prawa, która zamiast systemowo podejść do kształcenia tych obcokrajowców, którzy dobrze rokują i chcą się uczyć (bo przecież nie wszyscy są nauką zainteresowani i nauczyciel jest w stanie ocenić, kto ma zapał, a kto przychodzi na zajęcia z musu), to dzieli ich wedle niejasnych do końca kryteriów. Z jednej strony, system w swojej nadgorliwości może wydać decyzję o wydaleniu kobiety wzorowo pracującej w domu opieki, a z drugiej – latami krążyć wokół deportacji przestępcy zagrażającego bezpieczeństwu publicznemu i tłumaczyć to np. wielością organów powołanych do monitorowania danego człowieka (kłania się tu również niemiecki federalizm).
Redaktor naczelny lokalnej gazety: miasto bardzo się stara by młodzi znaleźli pracę
Rudolf Beerden mieszka w liczącym niecałe 30 tys. mieszkańców mieście Kevelaer (Nadrenia Północna-Westfalia) znanego z Sanktuarium Matki Bożej Pocieszycielki Strapionych, najsłynniejszego i najbardziej uczęszczanego sanktuarium w Niemczech. 2 maja 1987 roku miejsce to odwiedził Jan Paweł II, Rudolf Beerden miał wtedy 19 lat, wspomina tamten dzień z wielkimi emocjami. Beerden jest wydawcą i redaktorem naczelnym gazety Kevelaerer Blatt, z wykształcenia nie jest jednak dziennikarzem, lecz specjalistą od oprogramowania, do dziś interesuje się wszystkim, co ma związek z rozwojem nowych technologii, szczególnie z zastosowaniem sztucznej inteligencji (AI).
Gazetę przejął, ponieważ jak tłumaczy, „Grupa Medialna Funke chciała ją zamknąć”. Rozmawiamy o tutejszym rynku pracy, w tym o producencie składanych skrzynek Walther Fallboxen, który jest jednym z najważniejszych pracodawców w regionie -Takie skrzynki są wyjątkowo praktyczne, przewozi się w nich towary, głównie żywność, a jak są puste po prostu się je składa więc nie zabierają dużo miejsca w transporcie. W zakładzie pracują starsi i młodsi. Oczywiście, że mamy też bezrobocie, ale w okręgu Kleve utrzymuje się ono na względnie niskim poziomie. Wielu ludzi żyje z ogrodnictwa, z uprawy roślin i warzyw, region jest rolniczy – mówi Rudolf Beerden.
W okolicy działa też ogromna hurtownia sprzętu medycznego i artykułów medycznych Medihandel, która też jest ważnym pracodawcą i zatrudnia również wielu Polaków. To trudna praca a rąk do niej na miejscu często brak więc prowadzący hurtownię bardzo się cieszą z obecności polskich pracowników, myślę, że jest to z korzyścią dla obu stron – mówi rozmówca Berlińskiego Tygla.
Czy w regionie jest zajęcie dla ludzi po studiach? – Mniej niż powinno, ponieważ struktura rynku pracy się zmieniła. 10,15 lat temu mówiło się dzieciom „koniecznie musicie zrobić maturę, koniecznie musicie ukończyć studia”, ponieważ to miało gwarantować dobrą pracę, a dziś młodzi kończą studia i nie ma dla nich pracy a trudno się przekwalifikować. U nas miasto bardzo się stara, by młodzi znaleźli pracę, organizuje się giełdy pracy, zaprasza przedsiębiorstwa i proponuje atrakcyjne zajęcia, ale zazwyczaj w profesjach rzemieślniczych, a jak ktoś studiował, to nie chce sobie brudzić rąk, nie po to się uczył – tłumaczy Beerden.
A jak wygląda sprawa z kontynuowaniem rodzinnego interesu, z przechodzeniem fachu z syna na ojca? Kulejąca sukcesja to jedna z największych bolączek niemieckich firm rodzinnych. – Mamy w mieście zakład jubilersko-optyczny Hammans, który wcześniej trudnił się też naprawą zegarów. Założyciel zakładu był świetnym fachowcem, naprawiał zepsute mechanizmy w domu u klienta i uratował m.in. taki stojący, stary zegar wybijający w domu mojej pierwszej teściowej. Dziś firma Hammans już nie trudni się naprawą zegarów, ale jak najbardziej istnieje – dodaje.
29 stycznia dziennik Kevelaer Blatt po raz ostatni ukazał się drukiem. Po 147 latach istnienia najstarsza i pierwsza gazeta regionu przeszła w tryb online. Kryzys nie omija mniejszych ośrodków, po prostu dociera do nich z pewnym opóźnieniem.
Olga Doleśniak-Harczuk



