29 września Merkel opuściła nadmorski Stralsund ze skrzynią marynowanych śledzi a’la Bismarck i Orderem Zasług Meklemburgii – Pomorza Przedniego. Kilka dni wcześniej w berlińskim Admiralspapalst uszczęśliwiono ją płytą Beatlesów i chochlą do sauny. To jedna strona medalu. Druga jest taka, że (wedle informacji „Tagesspiegla”), nie przewidziano przemowy Merkel podczas zbliżających się obchodów 35-lecia zjednoczenia Niemiec, które w tym roku – prawem rotacji — odbędą w Saarbrücken. Ta, która przez 16 lat przewodziła i decydowała, dziś porusza się na peryferiach polityki niemieckiej, sporadycznie pozwalając sobie na recenzowanie posunięć nowego rządu. Nie to jest jednak ciekawe. Ciekawe jest to, z jaką łatwością można dziś byłą kanclerz nazywaną jeszcze do niedawna przez niektórych „Cesarzową Europy” ubrać w kostium “starszej pani z Ostów”, posadzić na scenie i raczyć zgranymi sztuczkami. A widzowie płacą. I na półtorej godziny przenoszą się ostagicznie w czasy, gdy „świat był jeszcze w porządku”.
Organizowane od czasu do czasu spotkania Angeli Merkel z tzw. zwykłymi Niemcami coraz bardziej przypominają seanse dla niepoprawnych nostalgików. W ich trakcie fani byłej kanclerz po raz setny zaśmiewają się z historii o tym jak na studenckich dyskotekach młoda Merkel miksowała za barem drinki z moszczem wiśniowym, współczują — gdy wraca do historii z czarną labradorką Putina („Dobrze wiedział, że się boję”), kiwają z akceptacją głowami jak tłumacząc się z decyzji otwarcia granic w 2015 r. pyta retorycznie: „A byłoby lepiej, gdybyśmy tych ludzi przepędzili armatkami wodnymi?”. Merkel z typowym dla siebie autodystansem wciąż porywa tę część niemieckiego społeczeństwa, która w czasach jej kanclerstwa czuła się bezpieczna i dobrze oceniała zarówno styl, jak i kierunek rządów.
Merkel polaryzuje do dziś
Nie jest to jednak większość Niemców. Sugerując się wynikami sondaży badającymi konkretne zjawiska i ich ocenę w kontekście rządów Merkel można ostrożnie założyć, że słabość do Merkel dotyczy ok. połowy Niemców. Kiedy pod koniec sierpnia tego roku, w dziesiątą rocznicę wypowiedzenia przez Merkel formułki: „Wir schaffen das!” („Damy radę!”) Instytut Forsa na zlecenie RTL Deutschland zapytał Niemców o to, jak ich zdaniem państwo poradziło sobie z kwestią uchodźczą, 37 proc. respondentów odpowiedziało, że „wcale” – 42 proc. w tej grupie stanowili mieszkańcy landów wschodnich, czyli teoretycznie krajanie Merkel, a 36 proc. mieszkańcy landów zachodnich. Bardzo dobrze oceniło to uporanie się państwa ze skutkami kryzysu imigracyjnego 21 proc. ankietowanych (21 proc. po stronie wschodniej i tyle samo po zachodniej), 41 proc. zaś stwierdziło, że państwo poradziło sobie „mniej niż dobrze”, tu zachodni rodowód miało 42 proc. respondentów, wschodni – 37 proc. Na pytanie, czy decyzja o wpuszczeniu uchodźców do Niemiec była słuszna, twierdząco odpowiedziało 46 proc. ankietowanych, zaś 41 proc. stwierdziło, że decyzja była błędna a uchodźcy „powinni zostać cofnięci na granicy”. Przy czym, co najistotniejsze biorąc pod uwagę elektorat Merkel – 42 proc. wyborców CDU/ CSU pochwaliło tamtą decyzję i tyle samo zganiło, co świadczy o polaryzacji w łonie samych chadeków. Zresztą największym poparciem – jak widać po latach – merkelowe „Wir schaffen das!” cieszyło się i nadal cieszy wśród wyborców Zielonych (85 proc.), najmniejszym (i tu niespodzianki nie ma) wśród wyborców AfD (95 proc.).
Argument armatki wodnej
Co ciekawe, 43 procent ankietowanych uważa, że napływ uchodźców w 2015 roku zmienił Niemcy bardziej niż zjednoczenie Niemiec w 1990 roku, a ocena tych zmian zależy oczywiście od sympatii politycznych. Kiedy zapytamy o skutki 2015 r. sympatyka Zielonych, usłyszymy o uchodźcach, którzy szybko wkomponowali się w niemiecki rynek pracy, zdobyli wykształcenie, przyczyniają się do wzrostu gospodarczego państwa. A jak naszym rozmówcą będzie zwolennik AfD, to zacznie wyliczać zamachy dokonane przez uchodźców, przedstawi rachunki za udzielaną im pomoc socjalną, opiekę medyczną i dane obrazujące skalę analfabetyzmu. Niemieckie think-tanki, ministerstwa, landowe odnogi kontrwywiadu, urzędy pracy i inne ważne instytucje zachowując zaś standardy bezstronności (lub ich pozory) dostarczą dowodów na rację jednych i drugich. Tak to działa. W Przypadku Merkel też znajdziemy chwile, w których jest mocno prouchodźcza i stara się wręcz zawstydzić oponentów argumentem „armatek wodnych”, a w następnym momencie zapytana o najcięższe sytuacje w czasie swoich rządów wspomina spotkania z rodzinami ofiar zamachu na Breitscheidplatz. Sprawca tego pamiętnego ataku na jarmark bożonarodzeniowy, obywatel Tunezji Anis Amri przybył do Niemiec z falą uchodźczą 2015 r. Mimo iż był znany już wtedy włoskiej policji, bez większych przeszkód otrzymał w Niemczech status osoby uprawnionej do otrzymania azylu. Ta historia wstrząsnęła wtedy Niemcami i znalazła swój finał w komisji śledczej Bundestagu. W jej ramach ustalono m.in., że gdyby BND skonsultowało się w sprawie Amriego z wywiadem USA, można by go wcześniej zlokalizować po numerze telefonu. Nie zrobiono tego. O szczegółach zaniechania mówił przed komisją m.in. były koordynator ds. tajnych służb w Urzędzie Kanclerskim, Klaus-Dieter Fritsche.
Urok dykteryjki
Na spotkanie z Angelą Merkel 24 września w teatrze Admiralspapalst, rzut beretem od stacji metra Friedrichstrasse, bilety sprzedały się w mig. Wydarzenie organizowane przez tygodnik „Der Spiegel” przyciągnęło głównie starszą widownię. Kolejka do teatru ciągnęła się na jakieś 30 metrów chodnika, aby wejść, trzeba się było poddać kontroli, co generowało lekki przestój. Przechodnie mijający stojących w ogonku pytali „za czym kolejka ta stoi”, fani Merkel odpowiadali, że spędzą dzisiejszy wieczór z „Mutti”. Reakcje były w 99 proc. pozytywne.
Merkel wystąpiła tym razem w niebieskiej marynarce, która stworzyła monochromatycze trio z kurtyną i fotelami. Jeden fotel dla byłej kanclerz, drugi dla dziennikarza, Markusa Feldenkirchena. Między fotelami stolik z czarną skrzynką. Z tej skrzynki prowadzący wyciągał różne przedmioty mające naprowadzić Angelę Merkel na konkretny wątek z jej biografii. Schemat był prosty – Feldenkirchen sięga po coś do skrzynki, Merkel marszczy brwi, chwilę się zastanawia, potem oboje rozwijają historię przedmiotu a na telebimie za fotelami pojawiają się fotografie lub fragmenty archiwalnych nagrań wpisujące się w opowieść tych dwojga. I o ile te wszystkie wątki mogą zdumiewać lub bawić ludzi, dla których Merkel jest zagadką i którzy nigdy w życiu nie przeczytali ani jednego artykułu na jej temat, to jej sympatycy raczej nie powinni czuć się zaskoczeni. A jednak reagowali tak, jakby byli. Jak ludzie, którzy chcą sprawić nieco radości seniorowi rodu opowiadającemu po raz setny tą samą dykteryjkę.
Ostrygi po upadku muru
Podczas spotkania nie poruszono ani jednej kwestii, która nie byłaby znana, chociażby z kart niedawno wydanych z pompą wspomnień Merkel zatytułowanych „Wolność”. Kiedy dziennikarz podał Merkel winylową płytę Beatlesów, było jasne, że nawiązuje do 1969 r., kiedy uczennica Angela Kasner jako laureatka olimpiady z języka rosyjskiego ruszyła „Pociągiem Przyjaźni” do Związku Sowieckiego. To tam nabyła winyl „Yellow Submarine”, płytę, której wtedy „w NRD nie można było dostać”, to tam ku swojemu zdumieniu z ust rosyjskich komsomolców usłyszała, że „Niemcy kiedyś się znowu połączą”, i tam została obsztorcowana przez rosyjskie staruszki za nieobyczajnie krótką spódnicę mundurku FDJ, którą wraz z koleżanką skróciła tuż przed wyjazdem. Na telebimie pokazano czarno-białą fotografię z Merkel odbierającą wraz z innymi uczniami dyplom olimpiady. Dziennikarz rzucił: „O, na ścianie widać nawet portret Waltera Ulbrichta!”.
A potem z czarnej skrzyneczki wyskoczyła chochla do sauny i można było w ciemno obstawić, że moderator zapyta o saunę, w której – jak wiadomo – Merkel odprężała się w czasie, gdy padał mur berliński. I tak też się stało. Merkel dodała jeszcze tylko, że po tym, jak 9 listopada 1989 r. Günter Schabowski, ówczesny rzecznik prasowy SED podczas transmitowanej na żywo w telewizji konferencji oznajmił, że „wydano zarządzenie pozwalające każdemu obywatelowi NRD na wyjazd z kraju”, to zadzwoniła do swojej mamy i powiedziała: „Już wkrótce będziemy jeść ostrygi w Kempinskim”. Merkel miała ze swoją mamą takie powiedzonko, że jak padnie mur, to pójdą na te ostrygi do Kempinskiego, synonimu hotelowego luksusu w zachodnim Berlinie. A jednak i ta zgrabna historia nie mogła nikogo na widowni zaskoczyć, wielokrotnie o niej pisano, również we wspomnieniach Merkel.
Horror na czterech łapach
Podobnie jak o osobistym koszmarze Merkel z czarną labradorką Koni, która podczas rozmowy Merkel z Władimirem Putinem w Soczi (2007 r.) nagle pojawiła się w pokoju i podeszła do panicznie bojącej się psów kanclerz. W 1995 r. Merkel została zaatakowana przez psa, uraz został i dla nikogo z jej otoczenia nie stanowił tajemnicy.
Kiedy w 2006 r. planowano spotkanie Merkel i Putina w Moskwie, podsekretarz ds. polityki zagranicznej i bezpieczeństwa w Kanzleramcie, Christoph Heusgen (późniejszy szef Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa) przekazał stronie rosyjskiej prośbę by nie było tam żadnych psów. Prośbę spełniono, ale Putin na powitanie wręczył Merkel ogromnego pluszowego psiaka zapewniając, że „ten nie gryzie”. Merkel oddała go szybko Heusgenowi, który z kolei z braku innych opcji musiał go kawał czasu nosić przy sobie. Szczegóły psich perypetii Merkel też znajdziemy w jej książce. A jednak widownia zachowywała się tak, jakby dopiero się o tym dowiedziała, co można wytłumaczyć wyłącznie wyjątkowym przywiązaniem do Merkel.
Niezręczny zgrzyt
Jeżeli podczas tego wieczoru coś mogło naprawdę tych ludzi zaskoczyć, to reakcja Merkel na zabawę, w którą chciał ją wciągnąć moderator. Miało być śmiesznie a wyszło mało elegancko, gdy dziennikarz w pewnej chwili wyciągnął ze skrzynki czarną tabliczkę i zachęcał Merkel by od 1 do 10 zapełniła ją wizerunkami polityków (miał okrągłe plakietki z Sarkozym, Obamą etc.). Chodziło o sporządzeni rankingu merkelowych „najtrudniejszych partnerów politycznych”. Kiedy pokazano jej wizerunek Donalda Trumpa, była kanclerz odmówiła kontynuowania zabawy i była wyraźnie zniesmaczona. Dotknięta zdawała się też być sugestią dziennikarza, że jej zdjęcia wakacyjne z mężem, Joachimem Sauerem nie należały do „najbardziej udanych”. Gdyby wzrok mógł powalać na ziemię… Merkel – na co wskazywały wszelkie znaki pozawerbalne — stanowczo nie zgodziła z tą oceną, a następnie jakby łagodząc niezręczne ochłodzenie atmosfery powiedziała, że „zawsze w wakacje zakładali z mężem te same ubrania by paparazzi nie mieli czego fotografować”. Widownia zareagowała śmiechem. Niezręczność zneutralizowano.
W październiku Angela Merkel pojawi się jeszcze w Bonn i w Münster. Tym razem sama. Na scenie ustawią jeden fotel, z którego Merkel zwracając się do widowni będzie czytać fragmenty swoich wspomnień. Będzie o labradorce Koni, o tym, jak Helmut Kohl po kilkuminutowej rozmowie nominował ją na Ministra ds. Kobiet i Młodzieży sądząc, że będzie mniej feministycznie żarliwa od zachodnich koleżanek, o tym, jak już dawno temu zachowanie Putina wskazywało na to, że ma zaostrzony apetyt na odzyskanie sowieckiej strefy wpływów, a mimo to gazowe interesy z Rosją w tamtym czasie były dla Niemiec prawie tak naturalne, jak oddawanie Rosjanom pieczy nad własnymi zbiornikami gazu. Chociaż może ten ostatni wątek opuści.
O byłej kanclerz miło i mniej miło
Poza teatralnymi spotkaniami z Merkel są jeszcze książki, których autorzy raz bardziej, raz mniej dyplomatycznie zdrapują z niej patynę. Do tych zdecydowanie łagodniejszych autorów zalicza się dziennikarz FAZ, Eckart Lohse, który w ubiegłym roku wydał książkę „Die Täuschung; Angela Merkel und ihre Deutschen”, co można przetłumaczyć jako „Zwodzenie; Angela Merkel i jej Niemcy”, ale możliwości jest kilka. Zostańmy przy tej, bo chyba najlepiej oddaje intencję autora, który opisuje Merkel jako polityka-oportunistę, kogoś, kto zwodził Niemców. U Eckarta Lohsego Merkel nie jest dobrotliwą „Mutti” spraszającą na obiad uchodźców z całego świata, ale chłodnym analitykiem, kimś, kto kalkuluje każde swoje posunięcie i każdy taktyczny bezruch. Lohse wskazuje na przykład na fakt, że mało kto potrafił tak zdiagnozować Putina, jak ona, a mimo pełnej świadomości z kim ma do czynienia, forsowała gazowe deale z Moskwą, co jest pewną odtrutką na narrację o „niemieckim zaskoczeniu” agresją na Gruzję, Ukrainę, czy trwającą od lat wojnę hybrydową.
Zmysł analityczny stępił się na Rosji?
Kiedy w czerwcu 2022 r. Merkel po raz pierwszy od przejścia na kanclerską emeryturę pokazała się publicznie w formacie teatralnym, a było to w Berliner Ensemble, teatrze założonym i kierowanym niegdyś przez Bertolda Brechta, Lohse opisał ten występ na łamach „Frankfurter Allgemeine Zeitung” zwracając szczególną uwagę na absolutny brak autorefleksji Merkel w temacie jej polityki względem Rosji. Tak się składa, że dzięki uprzejmości wydawcy niewielkiej książeczki z przemówieniami Merkel, która była wtedy promowana, mogłam z bliska przysłuchiwać się rozmowie byłej kanclerz prowadzonej wtedy przez dziennikarza, Aleksandra Osanga. Wyszłam z teatru z poczuciem, że Merkel jest z siebie absolutnie zadowolona. To był czwarty miesiąc od napaści Rosji na Ukrainę. Wielu oczekiwało wtedy od Merkel jakiegoś aktu skruchy, ale nic podobnego nie nastąpiło.
Tekst Lohsego dla FAZ opierał się na wrażeniu, że Merkel nie dostrzega żadnych swoich błędów popełnionych na odcinku Berlin-Moskwa. Jego wydana dwa lata później książka też podnosi ten wątek. Już we wstępie, Lohse pisał:
„Pierwsze uderzenie w niedokończony jeszcze pomnik Merkel miało miejsce zaraz po rozpoczęciu wojny. Jak kobieta, która miała tak bliski kontakt z Putinem, która tak często z nim rozmawiała, która zna jego kraj dłużej i lepiej niż jakikolwiek czołowy niemiecki polityk, mogła to przeoczyć? Czy ludzie w Berlinie naprawdę nie mieli o tym pojęcia? A może nie chcieli wierzyć w najgorsze? Nasuwa się kolejne pytanie: dlaczego Niemcy tak bardzo uzależniły się od dostaw rosyjskiego gazu za kadencji Merkel?”
I dalej:
„Po początkowym uspokajaniu, że nie będzie tak źle, bo Moskwa dostarczała surowce nawet w czasie wszystkich największych kryzysów ostatnich dekad, pojawiają się wątpliwości. Okazują się one uzasadnione. Putin zakręca kurek z gazem dla Niemiec. I po raz kolejny zdumione spojrzenia kierują się w stronę Merkel: dlaczego kanclerz tak niezachwianie nalegała na budowę drugiego Nord Streamu obok już istniejącego, biegnącego z Rosji do Niemiec, twierdząc, że w żadnym wypadku nie jest to projekt polityczny, ale prywatny? Dlaczego wszystkie ostrzeżenia i przestrogi Polaków, Bałtów, ale i Amerykanów, by nie budować rurociągu, zostały zignorowane?”
W swojej książce Lohse poruszył jeszcze kilka aspektów związanych z rządami Merkel, również kwestię kryzysu migracyjnego i jego rolę jako katalizatora wzrostu AfD i rozłamu w chadecji. Jest jednak Lohse w swojej krytyce byłej kanclerz delikatny, nie przekracza granic, których w Niemczech autorzy podobnych książek się trzymają
Krwawy romb i istota AfD
Przeciwieństwem publikacji napisanej w tym duchu jest wydana również w ubiegłym roku książka austriackiego autora, Geralda Grosza. Już sama okładka zwiastuje, że autor nie bierze jeńców. Dłonie Merkel splecione w charakterystyczny romb („Merkel- Raute”) są całe we krwi. Tytuł brzmi: „Merkels Werk – Unser Untergang” – czyli nie mniej nie więcej – „Dzieło Merkel – Nasz Upadek”. W jednym z wywiadów towarzyszących promocji tej książki Gerald Grosz powiedział, że do podjęcia tematu zainspirowały go słowa samej Merkel wypowiedziane na Dniach Katolików, gdzie nawiązując do hasła „Wir schaffen das!”, podkreśliła, że wypowiadając je nie miała na myśli, że „sama da radę”, tylko że „my damy radę”. My – w sensie całego społeczeństwa niemieckiego. Grosz uznał te słowa za bezczelne, usiadł i napisał co o tym myśli. Książka skupia się na kryzysie migracyjnym i jego skutkach. I nie jest to bynajmniej wizja tej części społeczeństwa, która pod koniec sierpnia dobrze oceniła decyzję o otwarciu granic w 2015 r. Książka jest de facto zbiorem rozmów z politykami związanymi z AfD, austriacką FPÖ i postaciami życia politycznego obszaru niemieckojęzycznego określanymi w tamtejszej nomenklaturze jako skrajna prawica. Grosz nawiązał ponadto kontakt z rodzinami ofiar zamachów dokonanych przez uchodźców i imigrantów, którzy dotarli do Niemiec z falą migracyjną sprzed dekady.
Jeżeli ktoś naprawdę chce zrozumieć skąd wzięła się AfD, powinien zajrzeć do tej książki. Ona nie wyczerpuje tematu w 100 procentach, ale daje wgląd w sposób myślenia tej części niemieckiego społeczeństwa, która poszła za Alice Weidel, a wcześniej za Aleksandrem Gaulandem. Tej części, która „przywitała” w ostatni poniedziałek byłą kanclerz w jej okręgu wyborczym (od 1990) w Meklemburgii-Pomorzu Przednim gwizdami i mało przyjaznymi transparentami.
Tamtego dnia, premier landu, Manuela Schwesig (SPD), która już za niecały rok zawalczy o kolejną kadencję, odznaczyła Angelę Merkel Orderem Zasług Meklemburgii – Pomorza Przedniego. Merkel odwiedziła też nowo otwarte Muzeum Morza w Stralsundzie (remont trwał „trzy kadencje rządu”), gdzie nakarmiła żółwie. Podczas gdy obrazki ukazujące „Mutti” z niesforną żółwicą „Käthe” obiegły większość portali, eksperci zastanawiali się, czy aby uhonorowanie Merkel nie zaszkodzi Schwesig w wyborach do landtagu. Jak na razie jej SPD może liczyć na 19 proc. poparcia, podczas gdy AfD wybija się na 38 procent (dane NDR/Infratest-dimap/25.09.2025) a lider Alternatywy, Erik Holm zapowiada przejęcie kancelarii premiera. To jest ta strona medalu, po której Merkel przegrywa, nie ze względu na Nord Streamy, ale przez swoją decyzję z 2015 r.
Olga Doleśniak-Harczuk



