Na marginesie skandalu wokół Instytutu Pileckiego: Jak w Niemczech postrzega się kwestię „zwrotu dóbr kultury przez Polskę”

W artykule:

  • 18:21 min

Puśćmy wodze fantazji. Co by się stało, gdyby pod auspicjami Polskiego Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego zorganizowano seminarium poświęcone „zwrotom dóbr kultury przez Polskę na rzecz Niemiec”? Takie wydarzenie miałoby rangę rządową, to oczywiste. Co by to jednak oznaczało w praktyce? Na przykład to, że zgłaszane od dekad roszczenia niemieckie otrzymałyby platformę firmowaną przez Warszawę. To państwo niemieckie ma wobec nas jakieś roszczenia? Owszem, ma. Bez świadomości ich skali, ale też wagi, jaką tamtejsze instytucje kultury przywiązują do ich zaspokojenia, dyskusja wokół udaremnionych (?) seminariów będzie jedynie krótkotrwałym zrywem oburzenia.

Berlinka – tego rozdziału nie zamknięto


Głównym przedmiotem niemieckich roszczeń wobec Polski są zbiory byłej Pruskiej Biblioteki Państwowej przechowywane w Bibliotece Jagiellońskiej w Krakowie (zwane Berlinką), co sprawia, że dyskusja w niemieckich kręgach eksperckich nad „zwrotem dóbr kultury” ogniskuje się w wokół książek. I jeżeli komuś się wydaje, że spór o Berlinkę należy do przeszłości, jest w błędzie. O ile Berlin, zarówno ustami poprzedniej, jak i obecnej ekipy rządowej uznaje sprawę reparacji na rzecz Polski za zamkniętą, o tyle roszczenie dotyczące zbiorów Pruskiej Biblioteki Państwowej, już zamknięte nie są i pozostają w mocy zarówno na szczeblu federalnym jak i na poziomie instytucji powołanych do dbania o niemieckie dziedzictwo kulturowe t.j. Fundacja Pruskiego Dziedzictwa Kulturowego (Stiftung Preußischer Kulturbesitz / SPK).


Opis i uzasadnienie roszczeń formułowanych przez SPK można znaleźć na stronie internetowej fundacji w zakładce poświęconej badaniom nad proweniencją i kwestiami własności. Brzmią one następująco:

„W czasie II wojny światowej część zbiorów pruskich została przeniesiona na ówczesne ziemie niemieckie, które dziś należą do Polski. Fundacja w dalszym ciągu rości sobie prawo własności do tych dóbr kultury. […] Po zakończeniu wojny liczne miejsca składowania zbiorów na wschodnich ziemiach niemieckich znalazły się w granicach Polski. W ten sposób część zbiorów znalazła się w polskim posiadaniu. Strona polska wychodzi z założenia, że wraz z przeniesieniem zwierzchnictwa nad terytorium kraju, wszystkie przeniesione tam dobra kultury stają się własnością polską. Jednak zgodnie z prawem niemieckim zbiory te nadal należą do instytucji, które zleciły ich relokację. Oba kraje negocjują na szczeblu rządowym od 1991 r. w kwestiach restytucji.


Niektóre przedmioty wróciły już do Niemiec. Na mocy umowy z NRD Polska przekazała w 1965 r. bibliotekom niemieckim około 127 tys. książek o różnej tematyce. Wśród nich znalazło się prawie 92 tys. woluminów z Biblioteki Państwowej. Po tym czasie zwracane były tylko pojedyncze woluminy. W 1977 r. ówczesny polskie władze przekazały rządowi NRD sześć cennych autografów. W 2000 roku do Berlina powróciła XVI-wieczna rycina Lutra. […]
W licznych polskich bibliotekach m.in. w bibliotekach uniwersyteckich w Łodzi, Lublinie i Poznaniu, zachowały się drukowane publikacje dawnej Pruskiej Biblioteki Państwowej. Bogaty zbiór szczególnie cennych autografów i innych pism z Biblioteki Państwowej znajduje się w Bibliotece Uniwersyteckiej w Krakowie. Początkowo uważano go za zaginiony. Dopiero pod koniec lat 70. dowiedziano się o jej miejscu pobytu w Krakowie”.


To wersja SPK. Jest jednak bardziej emocjonalna odsłona tej historii związana z rozmowami polsko-niemieckimi i osobą Tono Eitla, dyplomaty i prawnika przez wiele lat związanego z niemieckim Ministerstwem Spraw Zagranicznych, któremu w 1998 r. resort dyplomacji powierzył funkcję specjalnego ambasadora ds. restytucji dóbr kultury wywiezionych w czasie wojny na teren (dzisiejszej) Polski i Ukrainy.

“Beutekunst” i książki jako “ostatni niemieccy jeńcy wojenni”

Eitel był już wtedy na emeryturze, ale mimo to podjął się zadania. Fiasko jego starań było przedmiotem irytacji, ale i kpin. Wystarczy przywołać felieton Sebastiana Bickericha w dzienniku „Tagesspiegel” z sierpnia 2007 r., z taką oto konkluzją:

„W Libanie, w samym środku wojny domowej w latach 80. jako ambasador [Eitel] wysoko wywiesił niemiecką flagę, a w połowie lat 90., jako ambasador Niemiec przy ONZ w Nowym Jorku, tymczasowo przewodniczył Radzie Bezpieczeństwa. I zamiast cieszyć się emeryturą w gronie rodziny, 74-letni Tono Eitel musi teraz radzić sobie z nieporównywalnie trudniejszymi partnerami: z konserwatywnym rządem Kaczyńskiego…”


Sam Eitel nie przebierał w słowach, określając zbiory Berlinki mianem „Beutekunst”, terminem zarezerwowanym dla opisu dóbr kultury zrabowanych na terytorium innego państwa, a w wywiadzie dla Frankfurter Allgemeine Zeitung mówiąc o partyturach Beethovena i listach Johanna Wolfganga Goethego należących do zbioru Berlinki nazwał je „ostatnimi niemieckimi jeńcami wojennymi”. Ta narracja spotkała się w 2007 r. ze zdecydowaną odpowiedzią Warszawy.
W dokumencie sporządzonym już po śmierci Eitla w lipcu 2017 r. przez Służby Naukowe Bundestagu (ten wyjątkowo pożyteczny dla pracy niemieckiego parlamentu dział zatrudnia 100 ekspertów, w tym 60 biegłych) odnotowano trudności, z jakimi musiał się mierzyć Eitel „zwłaszcza w kontaktach z Polską” jako negocjator działający na rzecz „zwrotu dóbr kultury, które rząd niemiecki uznał za »nielegalnie przebywające w Polsce«”.

“Negocjacje są o tyle trudne, że strona polska wiąże kwestię zwrotu dóbr kultury z żądaniami wynikającymi ze skutków niemieckiej wojny napastniczej i celowego niszczenia polskich dóbr kultury przez niemieckiego okupanta”



„Wyniki negocjacji zostały omówione m.in. w raportach rządu federalnego na temat stosunków kulturalnych i polityki edukacyjnej. Na przykład w 17. raporcie rządu federalnego na temat zagranicznej polityki kulturalnej i edukacyjnej” – odnotowali eksperci Bundestagu, którzy przypomnieli też odpowiedź udzieloną przez sekretarza stanu dr. Klausa Schariotha z dnia 13 maja 2004 r. na zapytanie posła frakcji CDU/CSU, Erwina Marschewskiego z Recklinghausen dotyczące postępu rozmów polsko-niemieckich.


Pytane posła było następujące:

“Czy prawdą jest, że polsko-niemieckie negocjacje w sprawie restytucji dóbr kultury wywiezionych w wyniku wojny, w szczególności zbiorów Pruskiej Biblioteki Państwowej (Berlinka) przechowywanych w Krakowie, stoją w miejscu, zwłaszcza ze strony polskiej, i w jaki sposób Rząd Federalny zamierza kontynuować te negocjacje, także w rozumieniu art. 28 Traktatu między Republiką Federalną Niemiec a Rzeczpospolitą Polską o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy Republiki Federalnej Niemiec z 21 grudnia 1998 roku, aby doprowadzić do rozwiązania [tej sprawy]?”


„W centrum niemieckich wysiłków restytucyjnych względem Polski znajdują się zbiory zwane »Berlinką«. Negocjacje są o tyle trudne, że strona polska wiąże kwestię zwrotu dóbr kultury z żądaniami wynikającymi ze skutków niemieckiej wojny napastniczej i celowego niszczenia polskich dóbr kultury przez niemieckiego okupanta. Negocjacje prowadzone są od 2000 r. za pośrednictwem negocjatorów. Ze strony niemieckiej przez specjalnego ambasadora prof. dr. Eitla, ze strony polskiej przez ambasadora prof. [Wojciecha] Kowalskiego. 24 marca 2004 r. odbyła się ostatnia z kilkunastu rund negocjacji. Celem rozmów jest zbliżenie się do porozumienia w sprawie charakteru i zakresu dóbr kultury, które mają zostać włączone do programu. Kolejny termin zaplanowano na czerwiec 2004 r. W rozmowach ze stroną polską rząd federalny nadal dąży do uzgodnienia rozwiązań nierozstrzygniętych kwestii zwrotu dóbr kultury” – odpowiedział sekretarz stanu Klaus Scharioth

“Wie pani, to nie my ukradliśmy niemieckie dobra kultury”


O tym, że ani rozmowy z 2004, ani kolejne w następnych latach nie przybliżyły niemieckiego negocjatora do celu, pisano wielokrotnie po obu stronach Odry. W listopadzie 2007 r. tak stan rzeczy opisywał a artykule „Berlinka zostanie w Krakowie”, Włodzimierz Knap:

„Prof. Eitel, domagając się przekazania Niemcom „Berlinki”, powołuje się na konwencję haską z 1907 r. i układ polsko-niemiecki z 1953 r., w którym, jego zdaniem, zrzekliśmy się roszczeń wobec Niemiec. Prof. Kowalski i te argumenty odpiera. Przypomina, że konwencja haska nakazuje zwrot zagrabionych dóbr kultury, ale „ja sobie nie przypominam, żeby polskie wojsko grabiło Niemcy” – mówi. – A jeśli chodzi o układ z 1953 r., to jest on kwestią sporną w polsko-niemieckich rozmowach. Poważne polskie autorytety prawne uważają jednak, że nie ma on skutku wobec Polski. Bo został jej narzucony. To była decyzja sowiecka. Świadczą o tym dokumenty-dodaje”.

Ciekawy w tym kontekście jest też wywiad udzielony we wrześniu 2007 r. przez profesora Kowalskiego Gabrielle Lesser dla lewicowego dziennikowi Tageszeitung.

„Wie pani, to nie my ukradliśmy niemieckie dobra kultury, ale to Niemcy ukradli polskie dobra kultury. Czasem można odnieść wrażenie, że Niemcy o tym zapomnieli” – odpowiedział polski negocjator na pytanie dziennikarki o to, czy irytuje go postawa strony niemieckiej i uzależnianie np. zwrotu zagrabionych Polsce dzieł sztuki od wydania Berlinki.

Zapytany, czy „utratę dóbr kultury przez Polskę można określić jako zapomnianą ofiarę II wojny światowej”, prof. Kowalski odpowiedział:

„W Niemczech na pewno. Tam skala eksterminacji w Polsce jest prawie nieznana. Prawie nikt nie wie, że już 16 grudnia 1939 r. niemieccy okupanci nakazali wszystkim Polakom zgłaszanie posiadanych przez nich dóbr kultury. Specjalnemu przedstawicielowi, Kajetanowi Mühlmannowi, powierzono wówczas systematyczną kradzież polskich dóbr kultury. […]“, Dlaczego nie ma literatury [na ten temat], nie ma filmów, nie ma pomników? – zapytała dziennikarka.


„Może trudno zrobić z tego poruszającą historię. Bo na początku nazistów interesowało tylko gospodarczo grabież Polski. Główny Urząd Powierniczy Wschód miał spieniężyć polski majątek i wysłać „użytkową część” zbiorów do planowanego Muzeum Führera w Linzu, Muzeum Historii Naturalnej do Salzburga lub bezpośrednio do Göringa. Po Powstaniu Warszawskim w 1944 r. naziści ostatecznie przeszli do systematycznej eksterminacji. Wysadzali w powietrze ulicę po ulicy, dom po domu”.

Profesor dodał ponadto, że inaczej traktowano dobra kultury we Francji a inaczej w okupowanej Polsce, ponieważ w We Wehrmachcie istniała specjalna jednostka o nazwie „Kunstschutz” (Ochrona Sztuki), która chroniła dzieła sztuki zgodnie z Konwencją Haską o wojnie lądowej. W związku z tym francuskie muzea prawie nie zostały splądrowane”.

„Jedynie zbiory żydowsko-francuskie oraz – notabene – polska biblioteka w Paryżu zostały zniszczone przez nazistów. Francja była Zachodem, Polska Wschodem. Tu kultura, tam unicestwienie” – podsumował. Zapytany, czy rozmawia ze swoim niemieckim odpowiednikiem [po skandalu z „Beutekunst”] przyznał, że „na razie nie”.

AfD pyta o postępy w negocjacjach


Ostatni ślad wskazujący na zainteresowanie „restytucją niemieckich dóbr kultury z Polski” (oraz z Rosji i państw byłego Związku Sowieckiego) znajdziemy w dokumentach Bundestagu z marca 2018 r. To wtedy rząd udzielił odpowiedzi na zapytanie klubu parlamentarnego Alternatywy dla Niemiec (AfD), który chciał wiedzieć, na jakim etapie są negocjacje z Polską i czy rząd Niemiec „podjął od 2006 r. kroki w celu odzyskania dóbr kultury niemieckiej z Polski, Rosji i państw byłych republik sowieckich z pomocą międzynarodowego arbitrażu lub międzynarodowego postępowania sądowego”.


Ewentualne seminarium poświęcone „zwrotom dóbr kultury przez Polskę” byłoby z pewnością dobrze przyjęte w środowiskach AfD. Zresztą nie tylko tam.

Zamiast przelewów i pomników…wspólne projekty


Aby w pełni uzmysłowić sobie wagę zbiorów Berlinki dla naszych zachodnich sąsiadów, warto sięgnąć po artykuły naukowe. Z uwagi na swoją stosunkową świeżość i dość oryginalne – nawet na standardy kiczu pojednania przesłanie zasługuje artykuł szwajcarskiej romanistki i wykładowcy Uniwersytetu Humboldtów w Berlinie, dr hab. Vanessy de Senarclens opublikowany w ub.r. na łamach periodyku „Provenienz & Forschung “wydawanego raz w roku przez fundację »Niemieckie Centrum Strat Dóbr Kultury« (Deutsches Zentrum Kulturgutverluste). Tom zatytułowany „1945” jest jednocześnie ostatnim wydanym, tegoroczny numer jest jeszcze w przygotowaniu. Jak czytamy w opisie tomu „1945”:


„… Jest on poświęcony problemom i konsekwencjom relokacji dóbr kultury w czasie II wojny światowej i w okresie bezpośrednio po niej, a także otwartym pytaniom o miejsce pobytu materiałów muzealnych, bibliotecznych i archiwalnych pochodzących ze zbiorów publicznych oraz ze zbiorów prywatnych”.

Ponieważ „problemy i konsekwencje relokacji dóbr kultury” dotyczyły również tych niemieckich, wywożonych z obawy przed nalotami aliantów na wschodnie tereny ówczesnej Rzeszy, część opublikowanych tekstów odnosi się do tego wątku. I nawiązała do niego również Vanessa de Senarclens, która skupiła się na książkach z „Berlinki”.


Tekst zaczyna się od opisu wyszukiwania książek w elektronicznym katalogu Państwowej Biblioteki w Berlinie (Stabi). Autorka wpisuje tytuł „Lettres Persanes” Monteskiusza („Listy Perskie”, powieść epistolarna wydana przez niego anonimowo w 1721 r.). Katalog jednak, zamiast wskazać regał czy magazyn, w którym znajduje się to dzieło, podaje jedynie lakoniczną informację: „straty wojenne”. Sygnatura książki jest zatem w katalogu obecna, ale książka już nie. Jak tłumaczy autorka „Takie odniesienia dotyczą do dziś ponad miliona książek ze zbiorów dawnej Pruskiej Biblioteki Państwowej. Wychodząc od tego katalogowego eksperymentu, Vanessa de Senarclens snuje opowieść o „migrujących książkach”, o historii zaklętej w stemplach i ekslibrisach, o tym, jak sprawa się ma na odcinku kolonialnym, jest to opowieść gęsta od poetyki wędrówki. I nagle następuje takie „bum”. Jest to ten moment, w którym autorka przyznaje, że w Polsce badania nad migracją książek na kierunku niemieckim trudno oderwać od kwestii reparacji.


„Niestety, termin ten kojarzy się tylko z miliardami, których Polska zażądała od Niemiec w 2022 r. pod rządami prawicowo-populistycznego rządu PiS, aby zrekompensować szkody wojenne. Kwestia „reparacji” czy też reparacji między Niemcami a Polską pozostaje aktualna, niezależnie od oceny politycznej i prawnej. Od 2024 roku Federalne Ministerstwo Edukacji i Badań Naukowych finansuje instytucję badawczą, która zajmuje się podstawowymi pytaniami o „kulturowe praktyki reparacji”” – pisze autorka tekstu.

Na samym opisie się jednak nie kończy, ponieważ Vanessa de Senarclens wpada na pomysł jak sprawę załatwić. „Czy upamiętnienie winy wojennej Niemiec nie mogłoby przybrać formy wspólnych projektów kulturalnych i naukowych, które wzmocnią więzi między oboma krajami w ramach wspólnego dziedzictwa – a nie przekazów pieniężnych i nowych pomników? To przecież wspólne dziedzictwo, które należy kultywować razem z Polską. Byłoby godną polecenia, perspektywiczną formą reparacji, gdyby Niemcy zainicjowały i promowały odpowiednie projekty współpracy w dziedzinie kulturoznawstwa. Konstruktywne podejście, 80 lat po zakończeniu wojny, wymaga pamiętania o stratach niemieckich w sektorze bibliotecznym oraz o tych, jakie poniosła Polska w czasie wojny”


Dr de Senarclens zauważa przy tym, że „Nie można zajmować się niemieckimi stratami w systemie bibliotecznym, nie mówiąc o celowym niszczeniu polskich dóbr kultury, zwłaszcza w bibliotekach, przez nazistowskie Niemcy w czasie okupacji. Ten wymiar historii kultury jest dobrze znany w Polsce, ale mniej w Niemczech”. Autorka wylicza nawet straty polskich bibliotek, pisze o celowym paleniu książek, o premedytacji niemieckiej machiny zniszczenia, wspomina o urnie z popiołem spalonych książek Biblioteki Narodowej, zdjęcie tej urny nawet ilustruje jej artykuł.

“Perspektywiczna forma reparacji”


Można sobie zadać pytanie, jak to możliwe, by osoba świadoma ogromu zniszczeń, jakich dokonali Niemcy na terenie okupowanej Polski, mogła proponować zamiast „przekazów pieniężnych i pomników” – „perspektywiczną formę reparacji” sprowadzającą się de facto do wspólnego użytkowania zbiorów Berlinki – bo jak inaczej interpretować ten pomysł? To tak jakby komuś wybić rodzinę, zagrabić mienie, a na spalonej ziemi przez nieuwagę zostawić grabki, a potem walczyć o te grabki pod szyldem „było minęło, oddajcie moje grabki, albo ewentualnie w ramach odszkodowania razem ich używajmy, bo to w końcu nasze wspólne dziedzictwo kulturowe”. Można nawet zrozumieć potrzebę współpracy w odniesieniu do Berlinki, ale sprowadzanie tej kwestii do planu na zadośćuczynienie za materialne i niematerialne straty Polski poniesione w II wojnie światowej brzmi jak upiorny żart.

Popiół z książęcej biblioteki


W Weimarze znajduje się założona w XVII w. Biblioteka Księżnej Anny Amalii z uroczą rokokową salą przypominającą zdobioną szkatułkę. Jest to jeden z najchętniej odwiedzanych zabytków kultury weimarskiej. Nocą, 2 września 2004 r. bibliotekę strawił pożar. Spaliło się 50 tys. książek, 118 tys. uległo częściowemu zniszczeniu, 28 tys. udało się bez żadnego uszczerbku wynieść z rokokowej sali. Do ocalenia tomów zaangażowano 27 warsztatów renowacyjnych w Europie, pomocy finansowej Weimarowi udzieliły szanowane fundacje i koncerny, dzięki Fundacji Volkswagena stworzono cyfrowy katalog „spopielonych książek”, dzięki Fundacji Vodafone w Weimarze powstał jedyny w Niemczech specjalistyczny warsztat zajmujący się ratowaniem uszkodzonych w wyniku pożaru książek, dokumentów, starodruków.

Od 2018 r. Biblioteka Anny Amalii współpracuje z Wiedeńskim Uniwersytetem Przyrodniczym nad projektem naukowym badającym przydatność nanocząsteczek celulozy w renowacji książek. We wrześniu 2024 r. w dwudziestą rocznicę pożaru rokokowa sala Biblioteki Anny Amalii stała się sceną dla instalacji „Art Ignis – Poetyka Zniszczenia”. Hiszpańska artystka uformowała stożek z popiołów książek, nazywając go „czarnym wulkanem”. Instalację umieszczono na samym środku sali na czarnym cokole. W kwietniu tego roku rozgłośnia mdr przypominała o siedmiu z 50 tys. spalonych w pożarze książek, tłumacząc, że to nie są „tylko książki, ale skarby kultury”. Wśród opisanych tomów był pierwszy niemiecki podręcznik gry w szachy, książka o cytrusach, dzieło Galileusza, zbiór barokowych pieśni miłosnych. Niemcy pamiętają o swoich spalonych książkach, obchodzą rocznice tragicznego pożaru, dokładają ogromnych starań, by ocalić każdą stronicę. Powinni więc zrozumieć, że straty polskie, nieporównywalnie większe niż spustoszenie dokonane – w czasie pokoju – w weimarskiej bibliotece to bolesny rozdział naszej historii, którego nie da się zamknąć ofertą „wspólnych projektów”. Czy to aż tak skomplikowane?

Polskiej kultury miało nie być


Profesor Władysław Tatarkiewicz, opuszczając po Powstaniu Warszawę, zdołał ocalić z podpalonego przez Niemców domu rękopis swojej książki „O szczęściu”. W drodze do obozu w Pruszkowie kartki te odebrał rewidujący go niemiecki oficer. „Praca naukowa? To już niepotrzebne – krzyczał – nie ma już polskiej kultury. „Es gibt keine polnische Kultur mehr”. I rzucił rękopis do rynsztoka. Zaryzykowałem i podniosłem – w ten sposób praca się uratowała. Natomiast zbierane do niej przez dziesiątki lat materiały spłonęły wraz z domem warszawskim” – wspominał po wojnie autor. Ta jedna praca się uratowała, tysiące innych spłonęły. Polskiej kultury miało nie być. Miało nie być również mądrych i wykształconych Polaków. Także takich, którzy nie byli wrogo nastawieni do całości niemieckiej kultury.


Zygmunt Łempicki należał do twórców polskiej germanistyki. Wykształcony we Lwowie oraz na niemieckich uczelniach Berlina i Getyngi, był w XX-leciu profesorem języka i literatury niemieckiej na Uniwersytecie Warszawskim. Wyrafinowany znawca niemieckiej humanistyki nie ograniczał swoich zainteresowań do spraw naukowych. Zainteresowany współczesnymi Niemcami, aktywnie śledził przemiany polityczne lat trzydziestych, dostrzegał m.in. podobieństwo bolszewizmu i narodowego socjalizmu. Niemieccy „nadludzie” nie potrzebowali w swojej Nowej Europie takich obserwatorów. Człowiek, który uczył polskich studentów, jak rozumnie czytać Kanta i Goethego zmarł 1943 w niemieckim obozie koncentracyjnym KL Auschwitz.

Witold Hulewicz, poeta, wydawca, tłumacz i jeden twórców przedwojennego Polskiego Radia – był m.in. kierownikiem wileńskiej rozgłośni PR oraz propagatorem idei teatru radiowego – jak wielu Polaków pochodzących z wielkopolskiego ziemiaństwa miał do kultury niemieckiej stosunek dwoisty. Z jednej strony tradycja walki o zachowanie polskości i pracy organicznej a z drugiej – silne oddziaływanie literatury i sztuki z Niemiec. Dlatego ten uczestnik Powstania Wielkopolskiego był równocześnie tłumaczem i propagatorem niemieckich autorów. Tłumaczył m.in. Goethego, Tomasza Manna czy Rilkego. Z tym ostatnim był zresztą zaprzyjaźniony. Napisał też książkę o Beethovenie. III Rzesza zdecydowanie nie potrzebowała takich Polaków. Zaangażowany w konspirację Hulewicz został zamordowany wraz z wieloma innymi przedstawicielami polskich elit w Palmirach w1941 roku.
*
Miało też nie być polskiej książki. We wspomnieniach Zuzanny Rabskiej – poetki, publicystki i znanej kolekcjonerki książek – „Moje życie z książką” jest wstrząsający rozdział o wędrówce autorki przez ruiny spalonej Warszawy. Wędruje przez zniszczone ruiny bibliotek i antykwariatów, przegląda pierwsze stoiska z wydobywanymi z gruzów książkami szukając resztek własnego utraconego księgozbioru. W pewnym momencie dochodzi do spalonego gmachu Biblioteki Ordynacji Krasińskich na Okólniku. Zamyka oczy i widzi swojego ojca, zasłużonego warsawianistę i historyka Aleksandra Kraushara i inne postacie starej Warszawy. Tego świata już nie ma. Nie ma też biblioteki:


„Jesienią 1944 roku dzicz hitlerowska dokonała tu dzieła zniszczenia. Przeniesione bez potrzeby na rozkaz Wittego [Wilhelm Witte, niemiecki komisaryczny kierownik najważniejszych warszawskich bibliotek podczas okupacji] zbiory z Biblioteki Narodowej zamieniły się w popiół. Spłonęło około 50 tysięcy niewykorzystanych przez historyków rękopisów, zbiory rapperswilskie, rewindykaty z biblioteki Załuskich przywiezione z Petersburga, gdzie trzymane były przez carów, mnóstwo inkunabułów i starodruków, księgozbiór wilanowski, jedyna kompletna kolekcja ulotek, druków, obwieszczeń i tajnych czasopism z okresu pierwszej wojny światowej, dokumenty polskich misji dyplomatycznych, diariusze sejmowe oraz zbiory specjalne ze wszystkich bibliotek warszawskich.


Przez dłuższy czas spod gruzów i rumowisk gorliwi bibliotekarze wyciągali zwęglone, sczerniałe księgi, których znikoma ilość (pisownia oryg.) nadawała się do użytku”.
Gmach na Okólniku przetrwał Powstanie. Został spalony – wbrew warunkom kapitulacji – 25 października 1944 roku. Niemcy wiedzieli, że muszą opuścić Warszawę i że prędzej czy później przyjdzie Armia Czerwona. Przytomniejsi z nich musieli wiedzieć, że wojna już jest przegrana. Mimo to znaleźli czas i siłę, żeby spalić gmach pełen polskich książek i rękopisów.


Polskiej kultury miało nie być…

Olga Doleśniak-Harczuk

Antoni Opaliński

Udostępnij

06

paź

Według informacji stacji rbb liderzy Linke, Zielonych i SPD w Berlinie zamierzają do środy (7 października) zakończyć rozmowy przedwstępne związane z ewentualnym zawiązaniem koalicji. Dzień…

03

wrz

Czym jest dziś „niemieckość”? Jakie wydarzenia historyczne powinny stanowić element „nowej, trwałej tożsamości narodowej” będącej alternatywą dla „antymitu, […] w którym naród pojawia się wyłącznie…

27

sie

Za dwa tygodnie mieszkańcy Saksonii-Anhalt ruszą do urn i wybiorą swoich reprezentantów do landtagu. Według sondażu instytutu badania opinii publicznej Pollytix (z 12.08.), AfD może…