CDU w opałach (17,5 proc.), AfD na „niebieskiej fali wznoszącej” (30,5 proc.); Jak do tego doszło? Kronika wypadków wyborczych – od Berlina do Szwerina

W artykule:

  • 29:30 min

Według informacji stacji rbb liderzy Linke, Zielonych i SPD w Berlinie zamierzają do środy (7 października) zakończyć rozmowy przedwstępne związane z ewentualnym zawiązaniem koalicji. Dzień wcześniej wszystkie oczy będą zwrócone na Saksonię-Anhalt, gdzie zgodnie z oficjalnym harmonogramem odbędzie się pierwsze posiedzenie nowego landtagu. Landtagu, w którym AfD ma rekordową liczbę 39 posłów, a do objęcia rządów szykuje się lider tej partii, Ulrich Siegmund. W Meklemburgii – Pomorzu Przednim nowy landtag zbierze się najpóźniej 20 października, a już teraz trwają przedwstępne rozmowy między SPD, Linke i Zielonymi. Jeżeli Manueli Schwesig uda się zmontować trzypartyjną koalicję, będzie to pierwszy tego typu rząd w Meklemburgii. Jak jednak kształtowała się ta miniona kampania wyborcza, zwłaszcza w Berlinie i Meklemburgii-Pomorzu Przednim? Jaka atmosfera panowała na partyjnych wiecach i podczas wieczorów wyborczych? Berliński Tygiel był na miejscu i miał wgląd w „kampanię od środka”.

14 września, Berlin, Pankow; AfD przeciw aktywistom; Dwa światy oddzielone barierkami i estetyką Björna Banane

„Mózg zamiast nagonki, serce zamiast nienawiści!” – postuluje na własnoręcznie skonstruowanym transparencie kobieta w przebraniu zebry. „F..ck AfD”, „Nazis raus” – piszą kolorową kredą na obstawionych kordonem policyjnym chodnikach, kilkuletnie dzieci. Ich rodzice buczą, gwiżdżą, grają na tamburynach chcąc zagłuszyć ostatni przedwyborczy wiec berlińskiej AfD na Placu Hugenotów w dzielnicy Pankow. Dziadkowie (lub rówieśnicy dziadków) rozpostarli prześcieradło z wyhaftowanym pojemnikiem na odpady radioaktywne z logiem AfD. Przekaz jest jasny. Odpady radioaktywne się utylizuje, a nie wybiera do parlamentów. Z daleka to prześcieradło przypomina sztandar, z bliska jest świadectwem ponadprzeciętnych uzdolnień plastycznych berlińskich aktywistów. Metalowe bramki oddzielają tłum z tęczowymi parasolkami od powoli rozkręcającego się wiecu AfD. Odległość od kobiety- zebry do strażackiego wozu z wizerunkiem polityka AfD, Jana Streecka to jakieś 20 metrów. „Hej patrioci! Hej Berlińczycy” – woła ze sceny Björn Banane, dyżurny konferansjer imprez plenerowych AfD. To Björn Banane dwa lata temu zagrzewał sympatyków AfD na festynie w Brandenburgii piosenkami typu: „Wyłącz telewizor i wywal pudło przez okno” albo „Moje serce bije na niebiesko”.

W repertuarze artysta ma też szlagier „Ost-Ost-Ostdeutschland” opiewający walory Niemiec wschodnich. Björn Banane jest też autorem nieoficjalnego hymnu wyborczego AfD z 2025 r. „Alice für Deutschland”, czyli „Alicji [Weidel] dla Niemiec”. Złośliwi doszukują się w tytule songu nawiązania do hasła „Alles für Deutschland”, za którego publiczne użycie w 2023 r. szef struktur AfD w Turyngii, Björn Höcke dostał karę grzywny w wysokości ponad 16 tys. euro. Co prawda sama geneza hasła „Wszystko dla Niemiec” sięga pierwszej połowy XIX wieku, ale przez to, że w czasie III Rzeszy skandowały je bojówki SS, zostało ono wykreślone z cywilizowanego słownika zdenazyfikowanych Niemiec i dziś za jego przywołanie można mieć problemy. Za to tekst „Alice für Deutschland” śpiewać można do woli.

fot.ODH

Wracamy jednak na Plac Hugenotów. Z jednej strony barierek mikrokosmos lewicowo-liberalny, z drugiej wyborcy AfD śpiewający o wyrzucaniu odbiorników telewizyjnych przez okno. – Czy pan nie rozumie, że ta wasza polityka wygoni z kraju ludzi zajmujących się naszymi emerytami i chorymi? Zdaje pan sobie sprawę, że z obaw przed „reemigracją” mogą stąd wyjechać na przykład uczciwie i ciężko pracujący Polacy? O to wam chodzi? – zaczyna dyskusję ktoś, kto, zamiast gwizdać i buczeć przeszedł na drugą stronę do obozu wroga. – To nie tak, nie chodzi o wszystkich migrantów, tylko o tych niepracujących, żerujących na naszym systemie. Każdy, kto pracuje i szanuje reguły jest mile widziany – pada odpowiedź. – Tylko skąd będziecie wiedzieć, że człowiek na ulicy mówiący innym językiem niż niemiecki jest „tym uczciwym”? Kto to zweryfikuje? Jak pójdzie nagonka, to już na wszystkich. Nie rozumie pan? Rozmowa zanika przykryta kolejnym wystąpieniem. Kandydaci AfD obiecują, że zaprowadzą porządek w dzielnicy Pankow i w całym Berlinie. Ma być bezpiecznie, sprawy Niemców mają mieć pierwszeństwo przed prawami migrantów etc. Głównym tematem są jednak braki mieszkaniowe i wysokie czynsze z jednej strony i nonsensowne – zdaniem AfD – plany zabudowy przewidziane dla dzielnicy. Plany, które co prawda mają zwiększyć pulę dostępnych mieszkań, ale i doprowadzić do ponadprzeciętnej koncentracji ludności w jednym miejscu. „Należy natychmiast wstrzymać plany budowy przerośniętych i pozbawionych duszy miast-satelitów, które przyniosą nam jedynie problemy społeczne typowe dla francuskich przedmieść. Obecny plan budowy 6000 mieszkań należy odrzucić z punktu widzenia urbanistyki. W samym centrum na powierzchni zaledwie 90 hektarów mieszkałoby nawet 14 000 mieszkańców, co z kolei odpowiadałoby gęstości zaludnienia przekraczającej 15 000 mieszkańców na kilometr kwadratowy. […] W takiej sytuacji nieuniknione byłoby powstanie obszarów problematycznych społecznie. Dlatego też: w przypadku południowej części Blankenburgu [część Pankow-BT] należy dążyć do zagospodarowania terenu na zasadzie zabudowy obejmującej maksymalnie 2500 lokali mieszkalnych wraz z odpowiednią infrastrukturą” – proponuje AfD w swoim programie dla dzielnicy.

Zgromadzeni pod sceną klaszczą. Do obecnej na wiecu Beatrix von Storch, deputowanej do Bundestagu z AfD ustawia się kolejka chętnych do wspólnego zdjęcia. Tak jak na innych wiecach wyborczych AfD, w ślad za radnymi, posłami i Björnem Banane podąża catering. Kiełbaski z rusztu, chleb tostowy, coś mocniejszego. Są też pakiety upominkowe. Papierowa torebka a w środku balon z logiem AfD, długopis, zapalniczka, ulotki, gazetka „Blauer Bote” („Niebieski Posłaniec”). Dowiadujemy się z niej, że w Berlinie w ciągu ostatniej dekady czynsze wzrosły o 69 proc. i że tylko 16 proc. mieszkańców ma w stolicy Niemiec mieszkanie własnościowe. Jest też artykuł o wzroście agresji w berlińskich szkołach, o coraz droższym remoncie stacji Dworca ZOO – jego koszt szacowano na 15 mionów euro, a ma ostatecznie wynieść 250 milionów i potrwać co najmniej do 2032 roku. I jest jeszcze jeden tekst – dotyczący odrzucenia przez senat wniosku jednego z deputowanych AfD o ujawnienie 20 najbardziej popularnych imion nożowników, którzy dopuścili się agresji z użyciem wiadomego narzędzia w latach 2023 i 2024. Z tekstu wynika, że senat odmawia ujawnienia tych informacji z obawy przed ich „pochopną interpretacją”. Odbiorcy gazetki „Niebieski Posłaniec” rozumieją, w czym problem. Również, dlatego zebrali się na Placu Hugenotów i nie szczędzą braw politykom AfD, którzy obiecują im „przywrócenie porządku”. Jacy ludzie zebrali się tu dziś pod sceną? Około 60-letni pan w bluzie z napisem „Simson” [kultowa NRD-owska marka motorowerów rozsławiona ostatnio przez Ulricha Siegmunda, lidera AfD w Saksonii-Anhalt – BT] nagrywa przemówienia. Jego twarz zdradza poruszenie, ma wilgotne oczy. Jest kilka osób z niepełnosprawnością, mężczyzna na wózku przyozdobionym flagami Niemiec, starsza kobieta z balkonikiem. Są i młodzi, ale nie tak wielu, jak na wiecach znanych z Magdeburga. Nie każdy polityk AfD młodego pokolenia, jak chociażby występujący dziś Jan Streeck, ma charyzmę Ulricha Siegmunda. I tu to widać. Streeck krzyczy, moduluje głosem, zapewnia, że jest „młody i silny”. Brakuje mu naturalności lidera z Saksonii-Anhalt. AfD jeszcze nie raz złapie się na tym, że mimo sprzyjającego wiatru w żagle wciąż ma za mało ludzi pokroju Siegmunda.

fot.ODH

Dwa dni po wyborach w Berlinie pojawiają się szczegółowe podsumowania głosowań z podziałem na dzielnice. Na Pankow wygrywają Linke zdobywając 26,7 proc. głosów. Afd uplasowało się na drugim miejscu z 15 proc. głosów. SPD po raz pierwszy zakończyło bieg z jednocyfrowym wynikiem – 9,9 proc., CDU straciło 7,4 proc. (porównując z rokiem 2023), ale 12,9 proc. pozwala im na zajęcie czwartego miejsca w dzielnicy tuż po Zielonych, na których zagłosowało 22,4 proc. mieszkańców Pankow.

15 września, Linke na berlińskim Mierendorffplatz; Od skromniejszych diet poselskich i dobroczynności po niejasne powiązania z arabskimi klanami

Heidi Reichinnek, Elif Erlap i Niklas Schenker – Creme de la Creme berlińskiej Linke zawitało na pięć dni przed wyborami na Charlottenburg. Tu żyje się przyjemniej i bardziej dostatnio niż na Pankow. Elif Erlap twierdzi, że „jest odpowiedzią na Saksonię-Anhalt”. Mówi to z pozycji kobiety z tzw. tłem migracyjnym. I obiecuje bronić jako burmistrz Berlina „demokracji i różnorodności”, dbać o najbiedniejszych, o artystów, o wolność ekspresji. „Mówią o mnie, że jestem przeciwna deportacjom migrantów. A ja to przeżyłam. Moi rodzice byli uchodźcami. Wiecie, jak to jest siedzieć w szkole na lekcji i bać się, że za chwilę przyjdą po mnie, by mnie deportować i to do kraju, którego nawet nie znam? Chcemy by wszyscy mogli wieść w Berlinie dobre życie (…) by każdy mógł się rozwijać, uczęszczać do szkoły-nie do takiej w kontenerze przy ośrodku dla uchodźców, ale zwykłej, z innymi […] Jesteśmy atakowani przez wielkie koncerny zarządzające nieruchomościami, przez CDU, przez różnych ludzi. Oni mają pewnie więcej pieniędzy i władzy, ale my nie damy się sprowadzić do parteru. […] Co do AfD, należy AfD izolować, a nawet jej zakazać, ponieważ do tej skrajnie prawicowej partii uprawiającej nienawiść i nagonkę co roku trafia 100 milionów euro z naszych podatków. Rząd miał złożyć wniosek [o delegalizację – BT], ale tego nie zrobił, bo sam przejął po części retorykę AfD swoimi kuriozalnymi debatami nad „miejskim krajobrazem” i tym, że ludzie o imigranckim pochodzeniu nie należą do wspólnoty. […] Patrzę jak z jednej strony są pieniądze na zbrojenia, a z drugiej nie ma ich na emerytury, tnie się wydatki socjalne, ochronę zdrowia…w tych wyborach wyślemy sygnał Merzowi i całej Republice Federalnej, że możliwa jest polityka sprawiedliwa, oparta na solidarności i jak już odzyskamy naszą stolicę to to będzie wyraźny znak da „tego strasznego Merza tam na górze

fot.ODH

Erlap, Reichinnek i Schenker jeszcze sporo mówili o wykluczeniu społecznym, braku mieszkań, czyli o typowych tematach wyborczych podjętych przez Linke. Zasiadający od 2021 r. w Izbie Deputowanych Schenker dodatkowo przypomniał, że sam z siebie obniżył swoją dietę poselską do 2,9 tys. euro (z przysługujących mu miesięcznie ponad 11 tys. euro), a resztą pieniędzy dzieli się z potrzebującymi. Schenker zapowiedział, że w kolejnej kadencji pozostanie wierny temu rozwiązaniu. Ten sam polityk już w ubiegłym roku był jednym z inicjatorów apelu do wszystkich polityków Linke zasiadających w Bundestagu, Parlamencie Europejskim i landtagach, by zrzekli się części swojego uposażenia na rzecz ubogich. Pomysł „limitu dietowego” wywołał niemały popłoch wśród starszych członków Linke, którym idea cięć wydala się najwyraźniej niesprawiedliwa społecznie. Sprawa obiła się nawet o Naukowe Służby Bundestagu (Wissenschaftliche Dienste), czyli radę ekspertów wydającą pisemne rekomendacje w danej sprawie interesującą posłów, rząd, frakcje etc. Na prośbę jednego z posłów Linke sporządzono nawet ekspertyzę dotyczącą zgodności narzucenia tego typu limitu uposażenia z ustawą zasadniczą. Dokument ukazał się w kwietniu tego roku i wynikało z niego, że: Ewentualne „ograniczenie wysokości diet poselskich w statucie lub regulaminie finansowym partii, lub w drodze indywidualnej umowy byłoby co prawda zasadniczo dopuszczalne, jednak pozostaje kwestią otwartą, czy – a jeśli tak, to w jakiej wysokości – posłom musi pozostać część ich wynagrodzenia. Dominująca opinia w literaturze przedmiotu wyznacza tę granicę w odniesieniu do składek osób sprawujących mandaty na poziomie 50% wynagrodzenia. W proponowanym [przez Linke – BT] modelu granica ta zostałaby przekroczona”.

fot. ODH

więc apel Schenkera i podobnie do niego myślących odbił się od twardej litery prawa, co poskutkowało tym, że grupa polityków Linke, którzy popłynęli pod prąd i sami z siebie zrzekli się części uposażenia jest stosunkowo skromna. Ponieważ jednak pieniądze wciąż odgrywają w szeregach Linke dość istotną rolę, ponieważ pomagają zaspokajać różne potrzeby, Linke organizuje np. regularne zbiórki na dzielnicowe jadłodajnie wydające posiłki potrzebującym. Na zasobnym Charlottenburgu również powstała taka patronacka jadłodajnia Linke, ponieważ-jak argumentuje partia „Przepaść między bogatymi a biednymi jest tu szczególnie widoczna: z jednej strony właśnie tutaj mieszka najwięcej osób o milionowych dochodach, a z drugiej-na północy dzielnicy co drugie dziecko żyje w ubóstwie”. Ufundowanie posiłku da jednej osoby to koszt 5 euro, dla rodziny -25 euro itd. Pewnie, gdyby więcej osób z partii poszło za przykładem Niklasa Schenkera zbiórki okazałyby się zbędne.

W Berlinie Linke rozgromiło inne partie. Na „czerwonych” zagłosowało 27,5 proc. wyborców, co oznacza plus 13,4 proc. względem ostatnich wyborów. Za Linke uplasowały się CDU (18,8 procent), AfD (16,3 procent), Zieloni (14,3 procent) oraz SPD (12,1 procent). Dotychczasowa koalicja rządząca CDU/SPD straciła tym samym większość. Radość z wygranej szybko doczekała się swojej łyżki dziegciu.

Najpierw za sprawą afery z posłem Linke Feratem Koçakiem i jego niejasnymi kontaktami z przestępczym klanem Remmo, a następnie w związku z doniesieniami o zaangażowaniu Elif Erlap w inicjatywę „Integration? Nein, Danke!” z 2010 roku [Integracja? Nie, dziękuję!], w ramach której stwierdzono m.in., że już samo pojęcie integracji jest opresyjne, bo wymaga dostosowania się imigrantów do zasad państwa, w którym postanowili zamieszkać. Erlap sama zresztą przypomniała o tej inicjatywie w udzielonym na kilka dni przed wyborami wywiadzie dla formatu „Jung & Naiv”. Kolejne kontrowersje wywołała wypowiedź liderki Linke o tym, że po pięciu latach spędzonych w Niemczech każdy imigrant powinien otrzymać niemieckie obywatelstwo i to bez konieczności zdawania testów językowych i integracyjnych. Pod koniec września tabloid „Bild” podał ponadto informację, że Erlap do 2025 roku należała do stowarzyszenia „Rote Hilfe” („Czerwona Pomoc”) uznawanego przez niemiecki kontrwywiad (Verfassungschutz) za radykalnie lewicowe. Stowarzyszenie to udziela pomocy materialnej i prawnej osobom uwikłanym m.in. w czyny o podłożu terrorystycznym. Informacje wypłynęły w czasie, gdy SPD, Zieloni i Linke zaczynali sondowania nad stworzeniem koalicji rządowej w Berlinie. Na domiar wszystkiego media ujawniły kolejne szczegóły w sprawie powiązań Ferata Koçaka z klanem Remmo. Okazało się np., że krewni posła Linke od 2016 r. wynajmowali pomieszczenia gospodarcze w kamienicy należącej do Remmo na berlińskim Neuköllnie zaś Syn właściciela kamienicy został skazany w procesie za napad na skarbiec muzeum Grünes Gewölbe w Dreźnie. Sama nieruchomość została w 2018 r. zarekwirowana przez policję wraz z 76 innymi należącymi do Remmo. Mimo niebagatelnej koncentracji negatywnych wizerunkowo doniesień o zwycięzcach wyborów, w sobotę przedstawiciele Linke, SPD i Zielonych w Berlinie oznajmili, że rozmowy przed-negocjacyjne idą całkiem dobrze i następną turę zaplanowano na środę, 7 października.

fot.ODH

20 września; Skrajne zmęczenie i łzy, czyli wieczór wyborczym CDU w Szwerinie

Punktualnie o godzinie 18:00, na pierwszym piętrze szkoły tańca „Schlebusch” przy ulicy Rodzeństwa Schollów w Szwerinie, oczy chadeków i obsługujących imprezę dziennikarzy zwracają się ku ekranom ustawionym na niewielkim podeście. Wyrastają kolorowe słupki. SPD – 35 proc., Afd-37 proc., CDU – 5,5 proc… Salę przeszywa pomruk zawodu. Członkowie CDU nerwowo wymieniają spojrzenia, jeden z polityków wyciąga nad stolik dłoń i zaginając palec po palcu na glos wylicza imiona kolegów i koleżanek, którzy zgodnie z aktualnym wykresem wchodzą do landtagu. Asystenci i doradcy posłów skupieni przy sąsiednim stoliku nerwowo zauważają, że „jeszcze mają robotę”. Teraz wszyscy czekają na aktualizację wyników, najbliższe godziny będą nerwowe. Tymczasem trzeba wysłuchać tego, co ma do zakomunikowania kanclerz Merz. Zrezygnuje? Pokaja się? Oczekiwania są różne. Szef CDU ukazuje się w końcu na ekranach, ale ani się kaja, ani odchodzi. Zapewnia, że przyjęty w ramach koalicji rządowej SPD CDU/CSU kurs reform będzie kontynuowany. Wynik osiągnięty przez CDU w Meklemburgii – Pomorzu Przednim nazywa „katastrofą”, jednocześnie chwali lidera CDU w Berlinie, Stefana Eversa za „aktywne zaangażowanie w kampanię wyborczą i zapewnienie CDU dobrego wyniku”.

Telewizyjna mowa Merza trwa kilka minut, obecni na sali reagują opóźnionym i raczej rachitycznym aplauzem. Teraz pora na oświadczenie tutejszego lidera, tego, którego nazwiska Friedrich Merz nawet nie wymienił. Daniel Peters, rocznik 1981, urodzony w Rostoku, od sześciu lat poseł do landtagu Meklemburgii wygłasza swoją de facto mowę pożegnalną. Za trzy godziny okaże się, że CDU może zapomnieć nawet o liczeniu mandatów na palcach jednej ręki. Przed północą chadecy będą mieli już tylko 4,9 proc. i znajdą się pod progiem. Po raz pierwszy w historii landu CDU nie znajdzie się tym samym w landtagu. Po godzinie siódmej piłka jest jednak jeszcze w grze. – Czy ja się martwię wygraną AfD? Ja się martwiłem wygraną PiS-u w Polsce, a przecież PiS już nie rządzi. I Afd też nie będzie ostatecznie rządzić. Nawet jak dojdą do władzy to okaże się, że nie są w stanie spełnić danych ludziom obietnic i szybko się wykruszą – mówi jeden z chadeków przy moim stoliku. Mieszka przy granicy ze Szwajcarią, do Szwerina przyjechał, by dodać otuchy kolegom. – Wie pani, ja wierzę w Merza. On miał dobre plany tylko przez SPD nie wychodzi mu ich realizacja. Merkel latami zaniedbała wiele spraw, nie inwestowała na przykład w infrastrukturę a teraz wszystko się wali i łatwo wskazać winnego. A jak tam w Polsce w tym rozłamem na prawicy? My tu obserwujemy szczególnie ruchy wokół pana Morawieckiego. Może dojść do władzy? – pada nagle pytanie o sprawy polskie. Widać, że mimo katastrofy wyborczej i oddechu AfD na plecach, członkowie CDU mają jeszcze głowę, by zastanawiać się nad ewentualnymi roszadami w Warszawie.

fot. ODH

Na schodach przy wyjściu z lokalu spotykam kilku chadeków pochłoniętych konsumpcją. Talerzyki na kolanach, wzrok wbity w przystawki. – Jak pani tłumaczy ten niesamowity wzrost AfD w Meklemburgii – pytam jedną z (jeszcze) posłanek. – Ludzie lubią proste odpowiedzi na złożone pytania. A my nie udzielamy prostych odpowiedzi, bo ich nie ma. AfD do perfekcji opracowała tę sztukę. Dlatego tracimy. Co można zrobić? Chyba odczekać aż zaczną rządzić i czar pryśnie – wyjaśnia posłanka. Opuszczając wieczór wyborczy CDU widzę ludzi o zmęczonych twarzach, są i tacy, którzy płaczą. Jeszcze nigdy nie widziałam na żadnej imprezie CDU takich emocji.

Czy można było zapobiec tej katastrofie? Cóż, Manuela Schwesig, premier z SPD postawiła w kampanii na ostrą kontrę do AfD. „Frau gegen Blau” – to z tym hasłem Schwesig ubrana od stóp do głów na czerwono ruszyła po kolejną kadencję. Efekt był taki, że walka toczyła się między czerwonymi a niebieskimi, którzy zmonopolizowali kampanię. Dla czarnych miejsca zabrakło. Znaleźli się w strefie zgniotu. Kiedy ZDF już po wyborach w Szwerinie i Berlinie wypuścił w świat kilkuodcinkowy dokument „Inside CDU” mający ukazać kulisy kampanii w Saksonii-Anhalt, Meklemburgii i w stolicy, Niemcy zobaczyli jak Daniel Peters próbuje przekonać do CDU przechodniów kusząc ich tradycyjną bułką z filetem rybnym. I nagle w kadrze pojawia się pani, która odmawia poczęstunku i opowiada o swoim ciężko pracującym mężu, synu, córce. „Mój mąż dźwiga codziennie ciężkie paczki, ma to robić do siedemdziesiątki? A potem od razu do trumny, tak?” – mówi wyraźnie wzburzona nawiązując do rządowych planów podniesienia wieku emerytalnego. Na twarzy Daniela Petersa maluje się mieszanka zażenowania i chyba świadomości, że on jako lider CDU w Meklemburgii odbiera razy za politykę chadeckiego kanclerza. I że nic nie może na to poradzić, bo przestał być dla wyborców wiarygodny, podobnie jak wcześniej Sven Schulze w Saksonii-Anhalt przestał być wiarygodny dla wyborców w swoim landzie. Obaj stali się przedłużeniem władzy w Berlinie. I obaj polegli. W dokumencie ZDF jest scena jak Sven Schulze wchodzi do studia telewizyjnego ZDF i wycofuje się, ponieważ w środku wciąż jest jego wyborczy pogromca, Ulrich Siegmund z AfD, a „miało go tu nie być”. Ta scena to świadectwo rozpaczy i małości jednocześnie i raczej nie przysłużyła się wizerunkowi chadeków. Choć i tak nic nie przebije kadrów z Philippem Amthorem (rocznik 1992), ministrem stanu w Kanzleramcie odpowiedzialnym za współpracę krajów związkową ze szczeblem federalnym i sekretarzem generalnym CDU w Meklemburgii. Amthor oprowadzający przy barokowej nucie ekipę telewizyjną po siedzibie kanclerza, Amthor sfilmowany w chwili przyjmowania kosza plażowego dostarczonego przez rzemieślnika z Meklemburgii, by mógł ze swojego biurowego tarasu obserwować np. biegającego po ogrodzie „kanclerskiego lisa”… Kosz nie został zakupiony z pieniędzy podatników, Amthor z własnej kieszeni wydał na niego 1600 euro, a jednak sceny z koszem plażowym Amthora doczekały się setek memów, wzmianek w podcastach od prawa do lewa stając się symbolem odrealnienia chadeckich elit, ich całkowitego odklejenia od problemów pani Schmidt z bawarskiej wsi i pana Krause z Drezna. 34-letni minister ostentacyjnie rozkoszujący się swoim wyjątkowym statusem i pouczający dodatkowo innych o tym, jak powinni postrzegać politykę to kolejna wpadka wizerunkowa CDU zaliczona w ostatnich kilkunastu tygodniach i jedna z najgłośniejszych po „aferze z surogatką” Jensa Spahna.

20 września Philipp Amthor stał na podium w szkole tańca „Schlebusch” wraz z Danielem Petersem. Jego szczęście, że scena z koszem plażowym została objawiona światu już po wyborach. Chadecy, którzy tego dnia przyszli wspólnie przeżywać swoją porażkę mogliby nie wytrzymać nagromadzonej irytacji. Kto zastąpił Daniela Petersa na stanowisku komisarycznego szefa CDU, gdy ten przygnieciony przegraną ogłosił rezygnację? Philipp Amthor. To między innymi dzięki takim nominacjom jak ta, AfD osiąga później w sondażach rekordowe wyniki, ponieważ czynnik ludzki ma znaczenie. Zwłaszcza w nowej epoce obrazkowej. W sobotę, 3 października AfD po raz pierwszy w sondażu instytutu Insa odnotowała 30 proc. poparcia, CDU – 18 procent. I to wbrew komentatorom politycznym, którzy prognozowali, że siła przyciągania AfD jest coraz słabsza i partia dochodzi do swoich granic. A tu nagle 30 procent. Kika dni później instytut Insa zaktualizował sondaż. Tym razem CDU miało już 17,5 proc., a AfD 30,5 proc.Tak uczciwie nie sposób oszacować, co konkretnie podbiło notowania AfD. Kosz Amthora? Kolejny skandal z udziałem Jensa Spahna, który na „chorobowym” publikował swoje zdjęcia w mediach społecznościowych ze słonecznej Italii, podczas gdy jego koledzy obradowali w komisji budżetowej? A być może nic z powyższych, tyko po Szwerinie pękła kolejna tama. Tama wstydu przed publiczną deklaracją, że głosuje się na AfD. Słowem: Niemcy zaczęli normalizować istnienie partii Alice Weidel i Tino Chrupalli i teraz większym powodem do wstydu staje się fakt popierania CDU, SPD, czy Zielonych.

Ale jest jeszcze coś. Kika dni temu Joachim Gauck, były prezydent Niemiec, w rozmowie z redaktorem Spiegla na deskach berlińskiego „Admiralspalast” zapytany o aferę z koszem plażowym Philippa Amthora, stwierdził, że w czasach kryzysu i lęków „łatwiej się oburzać takimi małymi banałami”. Można by tu postawić pytanie byłemu prezydentowi Niemiec, czy w czasach kryzysu i lęków o przyszłość związanymi z realnie przecież obecnymi cięciami socjalnymi i narastającym poczuciem degradacji ekonomicznej naprawdę trzeba epatować zmaterializowanymi zachciankami trzydziestokilkuletnich urzędników Kanzleramtu? Takie pytanie jednak nie padło. Gdzie jest teraz słynny kosz Amthora? W jego rodzinnym Ueckermünde, gdzie trafił jako podarunek dla jednego z domu opieki. Ten miły niewątpliwie gest nie jest jednak w stanie wyciszyć wrzawy wokół CDU, do której plażowy rekwizyt Amthora może przylgnąć niczym kiedyś „czarne kasy” Helmuta Kohla stając się symbolem rozkładu moralnego partii.

5 października w rozmowie z dziennikiem „Tagesspiegel”, chwalony przez Friedricha Merza w dzień wyborów lider berlińskich chadeków Stefan Evers, opowiadał jak podczas kampanii prowadzonej na zasadzie „od drzwi do drzwi” wciąż musiał wysłuchiwać narzekań wyborców na politykę koalicji CDU/CSU-SPD. „Nagminnie padało nazwisko Merza” – mówił Evers. „Rozczarowane nadzieje i oczekiwania podważają wiarygodność polityczną, a tym samym także zaufanie” – podsumował polityk.

3 dni wcześniej w trakcie negocjacji parlamentarnych dotyczących dwóch kluczowych ustaw energetycznych – nowelizacji ustawy o odnawialnych źródłach energii (EEG) oraz tzw. pakietu sieciowego – premier Szlezwiku-Holsztynu Daniel Günther (CDU) ostro skrytykował projekty przedstawione przez rząd. Günther domagał się zmiany kursu w przypadku kilku projektów minister gospodarki Katheriny Reiche (CDU), ponieważ zdaniem premiera „mogłyby one zaszkodzić Niemcom i jego krajowi związkowemu”. Swoje zaniepokojenie Günther miał wyrazić w liście do kanclerza, o sprawie jako pierwszy poinformował serwis „Table Briefings”. Tak zdecydowany sprzeciw Daniela Günthera można odczytać jako wyraz zniecierpliwienia nieporadnością polityczną koalicji rządowej i samego Merza.

20 września; Partia ludowa, relacje z Polską i Brandmauer-szybka rozmowa władzami AfD z dala od Schweriner Schloss

eżeli ktoś chciałby znaleźć symbol ilustrujący fakt, że AfD to prawdziwa partia „zwykłych Niemców” konkurująca z ugrupowaniami reprezentującymi „elity” to trudno o lepszą okazję niż pokazanie miejsc, gdzie dwie zwycięskie partie zorganizowały wieczory wyborcze. Socjaldemokraci spotkali się w oranżerii Zamku w Schwerinie (Schweriner Schloss). Pięknie położony na wyspie zamek książąt Meklemburgii, zbudowany na miejscu grodu słowiańskich Obodrytów, swoją obecną, imponującą formę zawdzięcza przebudowie w duchu XIX-wiecznego historyzmu. Dziś jest m.in. siedzibą landtagu. Naturalne miejsce dla tych, którzy nawet jak przegrywają to i tak wygrywają, bo, tak czy inaczej, miejsce przy stole władzy mają „z natury” zagwarantowane przez system.

Zamek w Szwerinie, fot. ODH

Żeby dostać się do AfD, trzeba było opuścić nostalgiczno-urokliwą starówkę i przejść przez raczej senne dzielnice kamienic, domów i ogródków działkowych w kierunku zielonych terenów nad Lankower See. Sam wieczór odbywał się w ośrodku Seeterrasse, dość typowym obiekcie odziedziczonym po masowej infrastrukturze rekreacyjnej NRD. Wybór dobry by w razie czego zamknąć się przed wizytami nieproszonych „aktywistów”, ale też pokazać wyborcom – „jesteśmy tacy jak wy i spotykamy się w takich samych miejscach”

Dziennikarze, oddzieleni od świętujących zwycięstwo polityków barierką, widoczną, ale nie utrudniającą rozmów. I tak lepiej w porównaniu z wyborami w Turyngii sprzed dwóch lat, gdzie ludzie Björna Höckego mediów po prostu nie wpuścili. Tu atmosfera raczej wzajemnie poprawna, choć reporterzy „wielkich” telewizji nie ukrywali braku entuzjazmu. Dziennikarz z Polski, chyba jeden z niewielu spoza Niemiec, przyjmowany był życzliwie, a nawet z pewnym zaciekawieniem. Gospodarze dopytują się jaka redakcja i skąd zainteresowanie ich imprezą.

Trudno powiedzieć czy większą radość zgromadzonych wywołało własne zwycięstwo, czy też dotkliwa i kompromitująca katastrofa chadeków. Chyba jednak to drugie. Pomimo powtarzanych przez lokalnego lidera AfD Leifa-Erika Holma słów o powierzonym przez wyborców Regierungsauftrag (mandacie do rządzenia) – politycy AfD wiedzą, że koalicja Rot-Grün-Links tym razem zbierze prawdopodobnie więcej mandatów. Jeszcze ten jeden raz… Natomiast widowiskowy zjazd CDU to dla nich wyborczy dar losu. „Tak, tak, CDU upada na własne życzenie, Merz nie rozumie ludzi, my jesteśmy prawdziwą Volkspartei” – takie słowa powtarzały się we wszystkich rozmowach.

W przeddzień wyborów do Mekemburgii przyjechał Urich Siegmund, fot: AO

Słucham wystąpień Holma. Nie jest to gracz aż tak sprawny medialnie, jak opisywany wcześniej lider AFD z Saksonii-Anhalt. Jego wystąpienia są pozbawione wszelkich fajerwerków. Ale to polityk solidny, budzący zaufanie typ „faceta stąd”, inżyniera albo ekonomisty. Pewnie na takich ludziach opierała się kiedyś, w czasach Schmidta albo Kohla lokalna siła starych niemieckich partii. Podczas wieczoru, mimo barierek, a raczej ponad nimi, udaje mi się porozmawiać ze współprzewodniczącym AfD, Tino Chrupallą i Steffenem Kotré, deputowanym do Bundestagu.

Tino Chrupalla zapytany o wynik AfD, który wprawdzie jest imponujący, ale przecież nie daje AfD większości w landtagu, zapewnia, że jest dumny z osiągniętego rezultatu. – To jasne, że obywatele chcą zmiany polityki, chcą odejścia od wojennego kursu Friedricha Merza względem Rosji, powrotu do taniej energii i zniesienia sankcji – mówi lider AfD dodając, że jego partia domagała się od rządu zniesienia m.in. wysokich opłat za emisję CO2, które w decydujący sposób podwyższają cenę paliwa. – Niech pan sam powie, dlaczego na przykład w Polsce ceny benzyny i paliw są o 50,60 centów niższe niż w Niemczech? Przez wyższe obciążenia podatkowe i wysoką opłatę emisyjną. Postulujemy tu zmiany – dodaje. Zapytany o wyjątkowo niskie notowania CDU w wyborach w Meklemburgii, Chrupalla stwierdza, że „CDU samo doprowadziło do tej sytuacji i jeżeli chadecy będą wciąż prowadzić politykę skierowaną przeciwko własnej ludności, to przynajmniej na wschodzie kraju przestanie być partią ludową”. A czy Afd jest już partią ludową? Zdaniem Chrupalli na wschodzie jest nią już dawno.

Tino Chrupalla, fot. AO
Tino Chrupalla, fot.AO

Już wcześniej byliśmy partią ludową, przynajmniej we wschodnich Niemczech. Myślę, że jeśli ma się ponad 20 proc., a my mamy tu znacznie ponad 30 proc. to jest się bez wątpienia partią ludową. Głosują na nas robotnicy, ludzie tworzący wartość dodaną oraz młodzież. Głosują na nas obywatele ze wszystkich warstw społecznych. Jesteśmy więc partią ludową – tłumaczy polityk. Co zatem z zachodem Niemiec? Czy w „starych landach” AfD pozostaje wciąż „partią protestu”? – Nie, przy czym protesty też muszą oczywiście mieć miejsce. Na zachodzie też osiągamy już ponad 20 proc. Zbliżamy się tam do poziomu, na którym możemy bezpośrednio zdobywać mandaty. Fala ze Wschodu dociera zatem na Zachód. I jestem pewien, że będzie to trwały trend – mówi Chrupalla dodając, że „Afd jest gotowa na to, by postawić kraj na nogi, a obywatele na to waśnie czekają”. Kto będzie kandydatem AfD na kanclerza? Tego się na razie nie dowiemy, ponieważ „zostanie to ogłoszone w swoim czasie”. Poza tym „na pierwszym miejscu jest państwom a dopiero na kolejnych partia i konkretne personalia”. A jak Tino Chrupalla patrzy na relacje Niemiec i Polski? I tu niespodzianek nie ma. „Stosunki z Polską zawsze mogą być lepsze. Mam nadzieję, że Polska nie będzie zgłaszać kolejnych żądań reparacyjnych. Uważam bowiem, że jako AfD jasno dajemy do zrozumienia, iż z naszej strony również nie będzie żadnych dalszych żądań. Odrzucamy to. Uważam, że wszystkie zobowiązania zostały już wyrównane, a umowy zawarte w ramach porozumienia 2+4 jasno to podkreślają. Dlatego też sądzę i mam nadzieję, że będziemy nadal utrzymywać dobre stosunki na równych prawach, uwzględniając interesy Polski i Niemiec” – zapowiada Chrupalla. Na odchodnym pytam lidera AfD, które państwo jest dla jego partii ważniejsze – Polska czy Rosja? „Niemcy” – odpowiada z lekko złośliwym uśmiechem Tino Chrupalla.

Steffena Kotré pytam o zaporę ogniową, czyi słynny „Brandmauer” zamykający AfD do tej spory skutecznie wszelkie możliwości zawarcia koalicji z chadekami i nie tylko, bo przecież inne partie również wykluczają sojusze z AfD. – To prawda, zapora ogniowa jest dla nas barierą, ale już teraz widzimy na przykład w Saksonii-Anhalt, że partia BSW [Sojusz Sahry Wagenknecht – BT] jest całkowicie gotowa, by ją znieść. I teraz albo krok po kroku ta zapora będzie kruszeć, albo AfD przekroczy próg 50 proc. My się przecież będąc za tą zaporą wciąż rozwijamy. Ona w rzeczywistości zapobiega temu, byśmy weszli do takiej koalicji, w której musielibyśmy pójść na ustępstwa i nie moglibyśmy zrealizować wszystkich naszych zamierzeń. Dzięki temu stajemy się jeszcze silniejsi. Za cztery, pięć lat okaże się, że jesteśmy już na tyle silni, że możemy urzeczywistnić więcej punktów niż wcześniej – mówi poseł AfD. Czy jego zdaniem w Meklemburgii prędzej, czy później zostanie wskrzeszony Nord Stream 2? „Tak, jak najbardziej, naprawimy Nord Stream. Nie możemy przecież zrezygnować z taniego rosyjskiego gazu i ropy – to niemożliwe” – dodaj

Pożegnanie z komisją śledczą ws. „Fundacji Ochrony Klimatu”

10 dni po wyborach na stronie meklemburskiego landtagu opublikowano szczegółowe wyniki wyborów:
„Spośród łącznie 1 312 565 uprawnionych do głosowania 1 024 118 oddało głos. Ostateczna frekwencja wyborcza wyniosła zatem 78,0 procent. Spośród 1 015 323 ważnych głosów drugich 8 795 było nieważnych. Zgodnie z ostatecznym, oficjalnym wynikiem ogłoszonym przez krajową komisję wyborczą, w parlamencie krajowym będą w przyszłości reprezentowane cztery frakcje. AfD uzyskała 38,2 proc. ważnych głosów a SPD – 35,5 proc. Linke 6,5 proc., a Zieloni – 5,7 proc. CDU (4,9 proc.) oraz FDP (1,0 proc.) nie przekroczyły 5-procentowego progu wyborczego i nie udało im się ponownie wejść do parlamentu krajowego. W nowym landtagu Meklemburgii-Pomorza Przedniego zasiadać będzie łącznie 71 posłów. Partia AfD uzyskała 32 mandaty, a SPD – 29. Partia Lewicy i Sojusz 90/Zieloni otrzymają po pięć mandatów”.


A zatem: W nowym landtagu zasiądzie 29 posłów SPD, partii, której liderka była zaangażowana w powołanie tzw. Fundacji Klimatycznej mającej za zadanie za (w większości) fundusze z Gazpromu dokończyć budowę Nord Streamu 2 ponad amerykańskimi sankcjami. W landtagu zasiądzie też 32 posłów AfD, której liderzy nie ukrywają intencji wskrzeszenia spornego rurociągu. 5 posłów Zielonych to frakcja, która dziedziczy po swoich poprzednikach dystans do tego projektu, ale już posłowie Linke sprzeciwiać się nie będą. Planowana koalicja SPD, Zielonych i Linke pod batutą Manueli Schwesig zapowiada się więc ciekawie zwłaszcza w tematach okołorosyjskich. Ta koalicja pokaże też, ile są w stanie znieść Zieloni. Wraz z końcem kadencji landtagu dobiegła też do końca działalność komisji śledczej ds. wyjaśnienia sprawy „Fundacji Klimatycznej”, której prace trwały od 17 czerwca 2022 roku. W Niemczech w odniesieniu do parlamentów – zarówno do Bundestagu, jak i do parlamentów krajowych – obowiązuje konstytucyjna zasada nieciągłości. Zgodnie z nią parlament przestaje istnieć pod względem prawnym i organizacyjnym wraz z zakończeniem swojej kadencji. Ma to bezpośredni wpływ na komisje śledcze, które również przestają istnieć. Po czterech latach pracy i przesłuchaniu kilkudziesięciu świadków (z Gerhardem Schröderem) na czele, komisja okazała się bezzębna. Przy nowym rozdaniu nie będzie nawet takiej opcji.

Olga Doleśniak-Harczuk
Antoni Opaliński

Udostępnij

06

paź

Według informacji stacji rbb liderzy Linke, Zielonych i SPD w Berlinie zamierzają do środy (7 października) zakończyć rozmowy przedwstępne związane z ewentualnym zawiązaniem koalicji. Dzień…

23

wrz

Niedziela wieczór, oddział partii Linke na berlińskim Neuköllnie świętuje zwycięstwo w wyborach do Izby Deputowanych. Wśród wiwatujących dziennikarze namierzają szefa jednego z najpotężniejszych klanów arabskich…

03

wrz

Czym jest dziś „niemieckość”? Jakie wydarzenia historyczne powinny stanowić element „nowej, trwałej tożsamości narodowej” będącej alternatywą dla „antymitu, […] w którym naród pojawia się wyłącznie…