10 lipca, ostatnim rzutem na taśmę przed przerwą wakacyjną, Bundestag głosami posłów SPD i CDU/CSU, przyjął znowelizowany projekt ustawy o policji federalnej. Zgodnie z projektem, policja będzie miała prawo m.in. porównywać dane biometryczne w czasie rzeczywistym na dworcach i lotniskach. Największego orędownika reformy, federalnego ministra spraw wewnętrznych Aleksandra Dobrindta (CSU) nie odwiodła od niej ani petycja przeciwników zmian (zebrano ponad 168 tys. podpisów), ani opór opozycji, której zdaniem nowe uprawnienia dla funkcjonariuszy mogą doprowadzić do nadużyć. Poza tym, jak wskazują Zieloni, nowelizacja ustawy budzi wątpliwości natury prawnej i organizacyjnej chociażby z uwagi na nadanie policjantom uprawnień do samodzielnego wnioskowania o areszt deportacyjny wobec osób napotkanych w ich obszarze dziania. Podobne kontrowersje wzbudza planowana reforma Federalnej Służby Wywiadu (BND) i kontrwywiadu (Verfassungschutz), która jest na etapie konsultacji międzyresortowych.
Autorzy rządowego projektu wskazywali, że większość zapisów ustawy o policji federalnej pochodzi z 1994 r., kiedy Niemcy mierzyły się z innymi rodzajami wyzwań dla bezpieczeństwa wewnętrznego, a technologia nie stała na tak wysokim poziomie, jak dziś. „Stworzenie aktualnych i nowoczesnych uprawnień [dla policji federalnej – BT] jest konieczne. Dotyczy to w szczególności sektora telekomunikacyjnego. Sprawcy komunikują się za pomocą szyfrowanych kanałów i korzystają z usług w chmurze oraz usług internetowych. W tym celu należy– wzorując się na ustawie o Federalnym Urzędzie Kryminalnym (BKA) stworzyć podstawy prawne, by zapobiegać poważnym zagrożeniom” – czytamy w projekcie, którego autorzy wskazując na konieczność modernizacji ustawy, posikują się też regulacjami unijnymi i orzeczeniami Federalnego Trybunału Konstytucyjnego, które precyzują okoliczności, w jakich policja mogłaby skorzystać z dodatkowych uprawnień.
Od lepszej weryfikacji ochotników po areszt deportacyjny
Mowa o następujących punktach: wykorzystywanie dronów jako nośników czujników, wykrywanie i przeciwdziałanie dronom stwarzającym zagrożenie, prewencyjny nadzór telekomunikacyjny, w tym nadzór nad źródłami komunikacji, przeprowadzanie kontroli prewencyjnych w strefach zakazu posiadania broni i noży na dworcach; występowanie do sądu z wnioskiem o zastosowanie aresztu deportacyjnego wobec osób, które mają obowiązek opuszczenia kraju i nie posiadają zezwolenia na pobyt, a które policja federalna wykryła na swoim obszarze działania. Ponadto projekt przewiduje kontrolę wiarygodności przy zatrudnianiu nowych pracowników, tak by chronić policję federalną przed infiltracją ze strony ekstremistów.
Istotnym aspektem przyjętego w Bundestagu projektu jest to, że policja federalna będzie mogła wnioskować o areszt deportacyjny lub zatrzymania w celu deportacji obywateli państw trzecich. Warunkiem skorzystania z tego uprawnienia ma być „wykrycie tych osób na obszarze właściwości policji federalnej [dworce, lotniska etc. – BT]. Rzecz dotyczy osób, które „podlegają obowiązkowi opuszczenia terytorium, a ich deportacja nie zostało zawieszone lub wynika z powodu braku dokumentów podróży, a według oceny policji federalnej niezbędne dokumenty podróży można uzyskać w ciągu sześciu miesięcy”. Punkt ten został szczególnie skrytykowany przez posłów klubu parlamentarnego Zielonych, którzy w osobnym wniosku podkreślali, że tak daleko idące zaostrzenie przepisów może prowadzić do nałożenia się kompetencji policji i organów ds. imigracji.
„Doprowadzi to do sprzeczności w ocenie: urzędy ds. cudzoziemców dysponują zazwyczaj lepszą znajomością indywidualnych okoliczności danej sprawy oraz rzeczywistych perspektyw uzyskania dokumentów. Już obecnie nawet 50 % nakazów zatrzymania w sprawach dotyczących wydalenia jest uznawanych przez sądy za niezgodne z prawem. W połączeniu z planowanym zniesieniem obowiązku obrony z urzędu w postępowaniach dotyczących aresztu przed wydaleniem i zatrzymania przed wydaleniem istnieje uzasadniona obawa, że liczba niezgodnych z prawem nakazów zatrzymania w przyszłości będzie nadal rosnąć. Ponadto przepis ten – zwłaszcza w kontekście braku skutecznych środków przeciwko profilowaniu rasowemu – niesie ze sobą ryzyko, że rozszerzone uprawnienia policji federalnej do wnoszenia wniosków doprowadzą do kolejnych przypadków dyskryminujących kontroli i wniosków o zatrzymanie. Dodatkowo policja federalna nie jest wystarczająco przygotowana ani pod względem kadrowym, ani finansowym, aby podjąć się tego nowego zadania, tak więc konieczne byłoby ponowne znaczne zwiększenie środków budżetowych, co –biorąc pod uwagę niewielką liczbę osób zobowiązanych do opuszczenia kraju, które nie posiadają zezwolenia na pobyt tymczasowy – byłoby nieproporcjonalne” – czytamy we wniosku Zielonych (punkt13, druk:21/6996).
Zieloni: Ten projekt to zaprzepaszczona szansa na faktyczną modernizację zapisów
Argument ten wybrzmiał też 10 lipca w wystąpieniu Irene Mihalic, która skrytykowała przy okazji sposób procedowania ustawy, a konkretnie fakt, iż od pierwszego czytania projektu w grudniu ub.r., a następnie styczniowej pracy nad nim w komisjach, przez sześć miesięcy w sprawie nowelizacji panowała „cisza w eterze”. Mihalic przyznała, że ustawa o policji federalnej wymaga nowelizacji i że za kadencji poprzedniego rządu, to się nie udało, ale z dezaprobatą odniosła się do projektu chadeków i socjaldemokratów mówiąc o „zaprzepaszczonej szansie na faktyczną modernizację zapisów”.
Co ciekawe, na sam pomysł z nadaniem policji uprawnień, które stały się przedmiotem sporu koalicji rządowej i Zielonych, już trzy lata temu wpadło AfD.
Klub parlamentarny AfD w maju 2023 r. postulował co następuje:
„Przyznanie uprawnienia do wydalania obywateli państw trzecich, wobec których wydano wykonalny nakaz opuszczenia terytorium, w określonych ustawowo przypadkach o szczególnym znaczeniu, jeżeli zostaną oni zatrzymani w obszarze kompetencji policji federalnej, np. na dworcach kolejowych, podczas kontroli w pociągach Deutsche Bahn lub na lotniskach. Przypadki o szczególnym znaczeniu powinny charakteryzować się w szczególności tym, że jedna z wyżej wymienionych osób jest znana organom jako osoba stanowiąca zagrożenie, osoba istotna, osoba objęta intensywnym nadzorem lub wielokrotnym przestępcą, lub w inny sposób zwróciła na siebie uwagę organów ścigania. W tym celu lokalny urząd ds. cudzoziemców powinien jak najszybciej udostępnić policji federalnej wszystkie istotne dokumenty i informacje w celu wstępnej oceny szans powodzenia deportacji, zarówno pod względem prawnym, jak i faktycznym. W związku z tym policja federalna powinna również posiadać uprawnienie do składania wniosków o zastosowanie aresztu w celu zabezpieczenia deportacji, między innymi do momentu otrzymania informacji i dokumentów, o które zwróciła się policja federalna”. (druk: 20/8156). Wniosek miał trafić pod obrady Bundestagu 5 lipca 2023 r., ale został zdjęty z porządku obrad 4 lipca.
Magdeburg, Aschaffenburg, Solingen…
Kwestia uprawnień policji federalnej do wprawiania w ruch machiny deportacyjnej np. na dworcach, zaczęła wzbudzać zainteresowanie opinii publicznej po głośnych zamachach dokonanych w Magdeburgu, Aschaffenburgu i Solingen przez imigrantów, którzy wedle prawa – już dawno powinni zostać deportowani, ale z przyczyn biurokratyczno-proceduralnych w Niemczech nadal przebywali. Zaczęto analizować wtedy te wydarzenia również pod kątem paraliżu kompetencyjnego funkcjonariuszy policji właśnie w zderzeniu z osobami przebywającymi w Niemczech nielegalnie.
Po zamachu w Solingen – gdzie w sierpniu 2024 r. na obchodach 650-lecia miasta trzy osoby zginęło a osiem kolejnych odniosło rany na skutek ataku nożownika, 26-letniego Syryjczyka przebywającego w Niemczech nielegalnie i bawiącego się w ciuciubabkę z Federalnym Ministerstwem ds. Migracji – na nowo rozgorzała debata nad lukami niemieckiego prawa, opieszałością urzędników i bezradnością służb. To wtedy minister spraw wewnętrznych Bawarii, Joachim Herrmann (CSU) zauważył, że „wprowadzenie zakazu posiadania noży” będzie miało sens wyłącznie wtedy, gdy policja otrzyma uprawnienie do prewencyjnej kontroli podejrzanych osób. Postulat ten poparł premier Bawarii, Markus Söder, a ówczesny szef CDU, Friedrich Merz dodatkowo podniósł kwestię nadania policjantom uprawnień, dzięki którym odciążyliby urzędników na odcinku wnioskowania o procedurę deportacyjną. Wszystkie przywołane postulaty odnajdziemy w przyjętym projekcie ustawy.
Te pomysły wtedy nie miały szans na reaizację, rząd Olafa Scholza przyjął nowy i mało satysfakcjonujący dla chadeków „pakiet bezpieczeństwa” zakładający m.in., że program do rozpoznawania twarzy ma być wykorzystywany w pracy policji, ale tyko do ścigania groźnych przestępców. O poszerzeniu kompetencji policji federalnej ws. ewentualnej deportacji nie było mowy, kompetencje te pozostawiono bez zmian, wyłącznie w gestii urzędników.
Rozpoznawanie twarzy i wzorców zachowań – organizacje pozarządowe biją na alarm
Jednym z punktów budzących dziś największe spory jest ten dotyczący wspomnianego programu do rozpoznawania twarzy. Można stwierdzić, że wersja przeforsowana przez rząd Scholza była „wersją light” w porównaniu z tą, którą Bundestag przyjął 10 lipca. Zdaniem Zielonych projekt rządu Merza to w istocie „przerobiony projekt poprzedniego rządu i na dodatek przerobiony na gorsze”. W swoim odrzuconym przez Bundestag wniosku, Zieloni (pkt.5) żądali wykluczenia działań z użyciem aplikacji AI do biometrycznej identyfikacji w czasie rzeczywistym w miejscach publicznych (tzw. inteligentny monitoring). Postulowali ponadto zlecenie niezależnym naukowcom zbadania tego, w jakim stopniu w obszarach o wysokiej przestępczości rozpoznawanie wzorców [również wzorców zachowań – BT] z pomocą AI wnosi wartość dodaną w zakresie zapobiegania zagrożeniom, która mogłaby uzasadnić związane z tym poważne ingerencje (pkt.6).
Swoje zastrzeżenia zgłosił też klub Linke, który już w grudniu ub. roku, pisemnie postulował zniesienie uprawnień do: przeprowadzania bezpodstawnych kontroli i przeszukań osób i rzeczy, automatycznego rejestrowania numerów rejestracyjnych, stosowania „specjalnych środków gromadzenia danych” (m.in. długoterminowej obserwacji, tajnych agentów i osób zaufanych), a także stosowania środków inwigilacji środków komunikacji (takich jak IMSI-Catcher, WLAN-Catcher, państwowe trojany itp.).
Przemawiająca 10 lipca w Bundestagu w imieniu Linke Clara Bünger, zarzuciła Aleksandrowi Dobrindtowi, że pod pozorem modernizacji policji chce „rozbudować władzę państwa i wydrążyć prawa podstawowe”. „To jest autorytarna przebudowa państwa w najczystszej postaci” – stwierdziła Bünger, dodając: „Tysiące kamer wyposażonych w programy do rozpoznawania twarzy i wzorców zachowań z pomocą AI mają w czasie rzeczywistym monitorować dworce pod kątem „podejrzanych zachowań”. Czym są te „podejrzane zachowania? Wyobraźmy sobie, że nasz pociąg spóźnia się dwie godziny, jesteśmy zdenerwowani, program odczytuje to jako „wzorzec zachowania podejrzanego” i już za chwilę stoi przy nas policjant i przeszukuje naszą torbę podróżną”. W podobnym tonie o planowanych zmianach od miesięcy mówią, a wręcz alarmują różni eksperci i organizacje pozarządowe.
Automatyczny monitoring 24/24 a kondycja demokracji
Wizja zwiększenia uprawnień policji, zwłaszcza tych związanych z biometrycznym rozpoznawaniem twarzy i wzorców podejrzanych zachowań, budzi również sprzeciw części organizacji zajmującymi się prawami obywatelskimi, ale i technologią cyfrową. Na stronie organizacji algorithmwatch.org, już 16 kwietnia opublikowano link do petycji zaadresowanej do szefa MSW, w której wzywa się Aleksandra Dobrindta do odstąpienia od planowanych zmian. 8 lipca, na dwa dni przed głosowaniem w Bundestagu, organizatorzy akcji przekazali petycję podpisaną przez ponad 164 tys. osób posłom: Julii Wallstein (SPD), Lenie Gumnior (Zieloni), Konstantinowi von Notzowi (Zieloni), Sonji Lemke (Linke) i wspomnianej Clarze Bünger. Dokument miał też trafić do MSW.
“Twarze i głosy z internetu mają być zatem automatycznie rozpoznawane i porównywane z danymi biometrycznymi z policyjnych baz danych. Zdjęcia z demonstracji, wydarzeń publicznych czy prywatnych uroczystości: wszystko, co jest publicznie dostępne, mogłoby zostać wykorzystane do identyfikacji – w oparciu o ogromne bazy danych zawierające profile biometryczne generowane przez sztuczną inteligencję. Na początku marca 2026 r. resort spraw wewnętrznych i ministerstwo sprawiedliwości przedstawiły trzy projekty ustaw, które miały przyznać policji i Federalnemu Urzędowi ds. Migracji (BAMF) dodatkowe uprawnienia w zakresie masowej inwigilacji opartej na sztucznej inteligencji. Szczególnie niepokojące jest to, że planowane przepisy pozwoliłyby nawet na zlecanie takich wyszukiwań twarzy prywatnym firmom za granicą. W ten sposób praktycznie nie dałoby się już kontrolować, co dzieje się z danymi i do kogo ostatecznie trafiają. Jednocześnie całość wiąże się z zezwoleniem na zautomatyzowaną analizę danych, taką jak ta oferowana przez amerykański koncern Palantir: ogromne ilości danych pochodzących z rejestrów meldunkowych, urzędów zdrowia i opieki społecznej, banków, operatorów telekomunikacyjnych czy mediów społecznościowych mogą być gromadzone i analizowane za pomocą takiego oprogramowania. Za pomocą takich systemów można tworzyć szczegółowe profile osobowe, bez wiedzy osób, których dane dotyczą, o tym, jakie dane są przetwarzane ani w jaki sposób oprogramowanie dochodzi do swoich wyników” – czytamy w uzasadnieniu opublikowanym przez pomysłodawców petycji z algorithmwatch.
A tak o swoich obawach pisali autorzy strony tego NGOsu w artykule poświęconym rozpoznawaniu twarzy z wykorzystywaniem AI, 9 kwietnia tego roku:
„Istotnym argumentem przeciwko szerokiemu stosowaniu tej technologii jest obawa przed efektem odstraszającym, który mógłby negatywnie wpłynąć na demokrację. W niektórych przypadkach na prawa podstawowe mogą być szczególnie zagrożone w wyniku późniejszej analizy danych. Rządy lub organy, takie jak policja, mogą na podstawie wrażliwych danych osobowych śledzić, gdzie przebywały osoby, co robiły, a nawet z kim się spotykały – przez tygodnie, miesiące lub lata. Mogłoby to na przykład zniechęcić informatorów do przekazywania dziennikarzom ważnych informacji, ponieważ nie mogliby już mieć pewności, że zachowają anonimowość. Jeśli system rozpoznawania twarzy ma rejestrować wszystkie twarze w internecie, jak wielokrotnie domagały się tego niemieckie koalicje rządowe, mogłoby to zniechęcić ludzi do udziału w demonstracjach. Zdjęcia z tych wydarzeń mogłyby zostać opublikowane w internecie, co z kolei mogłoby posłużyć jako podstawa do przeprowadzenia przeszukania mieszkania lub podjęcia podobnych działań. Niezależnie od tego, traktowanie wszystkich ludzi jako obiektów poszukiwań w celu odnalezienia pojedynczych osób jest całkowicie nieproporcjonalne.
I dalej:
„Gdy kamery w przestrzeni publicznej nieustannie skanują osoby i analizują ich indywidualne cechy, grożą nam konsekwencje znane z państw policyjnych: ludzie czują się obserwowani i nie mogą już poruszać się swobodnie i bez ograniczeń. W zdrowej, pluralistycznej demokracji ważne jest jednak, aby obywatele mogli publicznie wyrażać swoje opinie, rozwijać się indywidualnie i angażować się politycznie bez obawy przed negatywnymi konsekwencjami. Gwarantują to prawa podstawowe, takie jak prawo do demonstracji i prawo do wolności słowa. Prawo do ochrony danych osobowych i samostanowienia informacyjnego gwarantuje ponadto, że dane osobowe ludzi nie staną się „sklepem samoobsługowym” dla innych. Systemy techniczne służące do monitoringu i identyfikacji biometrycznej są z zasady zaprojektowane tak, aby przetwarzać dane nieograniczonej liczby osób i porównywać je z bazami danych. Z tego powodu ich stosowanie w przestrzeniach publicznie dostępnych sprowadza się do masowej inwigilacji. Miejsca publiczne to na przykład parki, ulice, centra handlowe czy obiekty sportowe, ale także platformy takie jak Instagram”.
Swoje obawy związane ze zwiększeniem uprawnień policji w kształcie proponowanym przez koalicję rządową wyraził wspomniany już Konstantin von Notz, notabene wiceprzewodniczący Parlamentarnej Komisji Kontrolnej, odpowiedzianej za kontrolę służb, które za chwilę również czeka reforma. Von Notz powiedział w studiu ARD w Berlinie, że „brakuje mechanizmów zabezpieczających oraz jasnych zasad określających, kiedy, jakie dane, w jaki sposób i przez kogo są przetwarzane”.
Casus Danieli Klette jak pierwsza kostka domina
Sam temat zezwolenia na korzystanie np. z programów do porównywania twarzy, przypomina o sprawie z 2024 r., z wytropieniem po 30 latach, członkini RAF (Frakcji Czerwonej Armii), Danieli Klette. Klette została namierzona przez dwóch dziennikarzy śledczych za pomocą programu do rozpoznawania twarzy, metodzie operacyjnej, z której policja niemiecka nie mogła skorzystać ze względów prawnych. To, co policji zajmowało lata (wydział kryminalny poszukując Klette posiłkował się jej sztucznie postarzonymi zdjęciami z końca lat 90.), dziennikarze załatwili z pomocą darmowego programu karmionego sztuczną inteligencją. Przypadek Danieli Klette zwrócił więc siłą rzeczy uwagę opinii publicznej na ograniczenia, które realnie wpływają na skuteczne działania policji niemieckiej.
Jak zmiany wejdą w życie, policja będzie mogła automatycznie porównywać zdjęcia i nagrania głosowe podejrzanych z tymi ogólnodostępnymi w internecie (np. w mediach społecznościowych). Obecnie funkcjonariusze mają prawo wyłącznie do ręcznego porównywania tego typu danych, np. zdjęcie po zdjęciu.
Blisko 700 stron o reformie służb i 40 mln euro na początek
691 tyle stron liczy projekt, który ma poluzować „gorset” niemieckich służb wywiadowczych i sprostać tym samym „nowym wyzwaniom dla bezpieczeństwa”. O tym, że przygotowany przez niemieckie MSW dokument jest gotowy i będzie teraz przedmiotem międzyresortowych uzgodnień, poinformował już 2 lipca portal RedaktionsNetzwerk Deutschland (RND), zaś 7 lipca redakcja Table Media ujawniła sam dokument. Projekt ustawy łączy nowelizację ustawy o BND oraz ustawy o kontrwywiadzie i przyznaje obu służbom szerokie, nowe uprawnienia. W dokumencie znalazły się też propozycje drobniejszych zmian w kilkunastu innych ustawach, m.in. w ustawie o kontroli broni wojennej, ustawie o statystyce szkolnictwa wyższego i innych.
Jak czytamy w projekcie, zmiany w funkcjonowaniu służb mają zostać wprowadzone po to, by „wdrożyć wytyczne wynikające z orzecznictwa Federalnego Trybunału Konstytucyjnego”. Sprawa sięga roku 2022, kiedy TK „sformułował podstawowe wytyczne dotyczące praw służb wywiadowczych”. Autorzy projektu zaznaczają ponadto, że powodem reformy jest „zaostrzona sytuacja zagrożenia w kraju i za granicą”, a celem zmian jest „zmodernizowanie i wzmocnienie zdolności wywiadowczych oraz możliwości dalszego przetwarzania danych Federalnego Urzędu Ochrony Konstytucji oraz Federalnej Służby Wywiadowczej”, co tłumaczy się jako działanie „niezbędne, by w pełni zagwarantować ochronę nadrzędnych dóbr prawnych leżących w interesie publicznym”.
W ślad za wzmocnieniem zdolności służb, ma pójść lepsza kontrola sprawowana nad nimi w ramach Niezależnej Rady Kontroli (NRK składa się z prawników i ekspertów technicznych i do tej pory – co podkreślają autorzy portalu Legal Tribune Online – regularnie sprawowała nadzór w przypadkach, gdy BND zamierzało monitorować komunikację telefoniczną lub internetową). W dokumencie oszacowano koszt wprowadzenia zmian na „jednorazowy wydatek budżetowy bez kosztów operacyjnych w wysokości co najmniej 40 mln euro, a także roczne wydatki budżetowe bez kosztów operacyjnych w wysokości co najmniej 35 mln euro”. Z zastrzeżeniem, że „te ostatnie zależą od rozwoju sytuacji kryzysowej i zagrożeń na świecie i mogą okazać się wyższe”.
Reforma służb wywiadowczych była zapowiadana już od dawna, ale dopiero w grudniu 2025, r. zaczęto konkretnie komunikować zamiar wprowadzenia zmian. Od września ub.r. na czele BND stoi Martin Jäger, który od początku objęcia stanowiska podkreślał potrzebę reformy, wtórował mu w tym Friedrich Merz, ale poparcie dla zmian przebijało również z umowy koalicyjnej chadeków i socjaldemokratów. Wśród polityków utarło się jednocześnie stwierdzenie, że wraz z nabyciem większych uprawnień, BND i Verfassungschutz (kontrwywiad) „staną się prawdziwymi służbami wywiadowczymi”. W jakim sensie „prawdziwymi”? Już w kwietniu tego roku wicenaczelny portalu Legal Tribune Online, dr Markus Sehl, tak odniósł się do tej kwestii:
„Służby Francji, Holandii, a także Wielkiej Brytanii mają znacznie większe uprawnienia niż BND. Państwa partnerskie coraz bardziej niepokoją się europejską zależnością od służb Stanów Zjednoczonych, kierowanych w sposób niestabilny politycznie. Tam służby wywiadowcze, takie jak CIA i FBI, mogą i mają prawo robić bardzo wiele, zwłaszcza w zakresie inwigilacji komunikacyjnej; z ich informacji, na przykład dotyczących zamachów, korzysta się również w Niemczech. Byłemu szefowi BND, Augustowi Hanningowi, przypisuje się stwierdzenie, że BND jest jedynie „wegetarianinem” wśród służb wywiadowczych. Przynajmniej nie „weganinem”. [ „So könnte der BND zu einem echten Geheimdienst werden Hacken und zerstören statt nur spioinieren?“, LTO, 02.04.2026.]
Merz na linii Adenauera
Rzekomy wegetarianizm BND funkcjonuje w niemieckiej debacie o służbach, ich roli, ale i jakości na zasadzie przechodniego bon motu. Od czasu Augusta Hanninga, szefowie BND zmieniali się już czterokrotnie. Bezpośredni następca Hanninga, Ernst Uhrlau (SPD), przeżył w 2011 r. turbulencje po tym jak wyszło na jaw, że skradziono plany budowy gigantycznej, nowej siedziby centrali BND. To za jego kadencji wybuchł też skandal z podsłuchiwaniem jednej z dziennikarek przy okazji akcji prowadzonej wspólnie z partnerem amerykańskim. Następca Uhrlaua, Gerhard Schindler (FDP) spotkał się w kwietniu 2015 r. z krytyką ze strony polityków wszystkich partii reprezentowanych w Bundestagu, ponieważ rzekomo pod jego kierownictwem BND na zlecenie amerykańskiej NSA przechwytywało dane i komunikację europejskich przedsiębiorstw oraz polityków.
Schindler był szefem BND do 2016 r., w 2020 r., opublikował w wydawnictwie Econ, książkę „Wer hat Angst vorm BND? Warum wir mehr Mut beim Kampf gegen die Bedrohungen unseres Landes brauchen. Eine Streitschrift (Kto się boi BND? Dlaczego potrzebujemy więcej śmiałości w walce przeciw zagrożeniom da naszego kraju. Polemika), w której m.in. sugerował, że pilne reformy służb (z policją włącznie) bywają ofiarami ociężałości aparatu decyzyjnego państwa federalnego. Schindler zakwestionował przy okazji regułę, że BND podlega bezpośrednio pod Urząd Kanclerski. Jego zdaniem to, co było zrozumiałe za Konrada Adenauera, który u zrębów „nowych Niemiec” chciał zachować kontrolę nad służbą wywiadu, by żaden minister „nie mieszał mu w polityce”, tak w XXI wieku, BND powinno przejść pod kuratelę federalnego ministra obrony.
Schindler działał za rządów Angeli Merkel, z którą nie zgadzał się w pewnych kwestiach (m.in. co do kierunku polityki migracyjnej od 2015 r.), ale abstrahując od tego aspektu, w jego książce (str.230) znajdziemy „model komunikacyjny” na linii BND – Kanzleramt, gdzie wszelkie problemy zgłaszane przez wywiad miały się zderzać z blokadą pod tytułem: „wara od Kanzleramtu”. Następnie w ruch wprawiano machinę, na końcu której był „nic niewiedzący Kanzleramt” i BND zbierające kwity na to, że jednak o swoich obawach informował.
I jak przyjrzymy się chociażby zeznaniom Bruna Kahla (następcy Schindlera na stanowisku szefa BND) przed Parlamentarną Komisją Kontrolną z 17 października 2022 r., to ten przywołany przez Schindlera w 2020 r. model komunikacyjny, jawi się w całej okazałości. Kahl nie wchodząc w szczegóły, dał podczas publicznego wysłuchania szefów służb (BND, kontrwywiadu i kontrwywiadu wojskowego/MAD), do zrozumienia, że ostrzeżenia dotyczące możliwej rosyjskiej inwazji na Ukrainę ignorowano lub odrzucano jako „sianie paniki”. Czy propozycja Schindlera, by przenieść BND pod skrzydła federalnego ministra obrony i tym samym (w domyśle) uniknąć w przyszłości zabawy w głuchy telefon z Kanzleramtem, ma szanse powodzenia? Nic na to nie wskazuje. To w końcu Friedrich Merz, po wielu latach podchodów różnych rządów, powołał Narodową Radę Bezpieczeństwa (niem. Nationaler Sicherheitsrat) koncentrując w swojej orbicie jeszcze więcej działań związanych z wielopoziomowym monitorowaniem zagrożeń da bezpieczeństwa państwa i wypracowywania scenariuszy na wypadek różnego rodzaju niebezpieczeństw. Podczas ostatniego posiedzenia Rady Bezpieczeństwa Narodowego, 8 czerwca tego roku, któremu przewodniczył Merz, omawiano na przykład kwestie związane z kryzysowym zaopatrzeniem ludności cywilnej i armii w żywność oraz zapewnienie funkcjonującej infrastruktury krytycznej. Podczas spotkania została też przedstawiona koncepcja „zbiorowej obrony”. Taki kanclerz nie sceduje służb na ministra, niezależnie od tego, czy jest on jak Boris Pistorius, z SPD, czy miałby rodowód chadecki. Merzowi zależy na reformie służb, ale i na tym, by mieć je blisko siebie, czyli pozostaje w tej kwestii na „linii Adenauera”.
Licencja na cyfrowe kontrataki, sabotaż i broń
Projekt ustawy przewiduje między innymi, zapowiadane od dłuższego czasu przez federalnego ministra spraw wewnętrznych, Aleksandra Dobrindta (CSU) „uprawnienia operacyjne” dla kontrwywiadu, co w praktyce oznacza, że służba ta będzie mogła np. hakować i paraliżować serwery przeciwnika i wprowadzać go w błąd za pomocą ukierunkowanych fałszywych informacji.
Jak to opisał portal Netzpoitik.com:
„Nowym uprawnieniem przewidzianym w projekcie jest to, że BND może wyraźnie przeprowadzać kontrataki – jeśli „istnieje bezpośrednie zagrożenie dla szczególnie ważnego dobra prawnego”. W takim przypadku zagraniczna służba wywiadowcza ma mieć prawo do zmiany lub usunięcia danych, przekierowania strumieni danych lub „ograniczenia lub uniemożliwienia działania systemów informatycznych”. BND ma więc nie tylko wykrywać ataki na systemy informatyczne, ale także atakować same systemy napastników. Wsparcie BND ma pochodzić od „krajowych organów publicznych”, takich jak Federalny Urząd ds. Bezpieczeństwa Technologii Informacyjnych (BSI). BSI ma w przyszłości proaktywnie przekazywać służbom wywiadowczym informacje o lukach w oprogramowaniu, a także o tzw. lukach typu zero-day. BND ma wówczas mieć prawo wykorzystywać te luki w zabezpieczeniach do przeprowadzania cyberataków na inne systemy. Termin „zero-day” („zero dni”) oznacza, że atakujący mogą już wykorzystywać daną lukę, podczas gdy dostawcy oprogramowania nie mają o tym pojęcia. Oznacza to, że nie pozostaje żadnego czasu na jej załatanie. Również Urząd Ochrony Konstytucji ma uzyskać prawo do hakowania. Służba ta ma mieć możliwość manipulowania urządzeniami w celu przekierowywania danych, ich usuwania lub rozpowszechniania fałszywych informacji. Takie kontratakowanie znane jest również pod nazwą „hackback”; eksperci krytykują te działania ze względów strategicznych, prawnych i technicznych”.
Kontrwywiad ma również otrzymać zezwolenie na sabotowanie i unieszkodliwianie „środków służących do popełnienia przestępstwa” broni, urządzeń informatycznych i surowców do produkcji materiałów wybuchowych. Z tych nowych uprawnień kontrwywiad będzie mógł robić użytek w konkretnych przypadkach, w celu obrony przed atakami ze strony podmiotów państwowych lub zagrożeniami terrorystycznymi, i to tylko wtedy, gdy „natychmiastowe działanie” jest konieczne, aby zapobiec szczególnie poważnemu i pilnemu zagrożeniu. Jak podaje RND, dodatkowym warunkiem skorzystania z poszerzonych kompetencji ma być niezdolność do działania na danym odcinku funkcjonariuszy policji. Jeżeli policja nie będzie w stanie zapobiec pewnym zagrożeniom, lub nie będzie mogła zareagować odpowiednio szybko, albo jeżeli kontrwywiad nie będzie mógł przekazać policji niezbędnych informacji (co zdarza się, gdy informacje pochodzą od zagranicznych służb wywiadowczych), to w takich okolicznościach otworzy się pole do działania da służb. Ponadto agenci kontrwywiadu nie będą mogli stosować przemocy fizycznej, co różni ich od np. agentów w USA. Projekt ustawy przewiduje też przyznanie kontrwywiadowi prawa do wykorzystywania aplikacji opartych na sztucznej inteligencji – na przykład w celu „tworzenia profili ruchowych, behawioralnych i osobowościowych lub „prognoz dotyczących osób”.
Poszerzenie uprawnień ma się też przekładać na „aktywne zapobieganie zagrożeniom poprzez „rozszerzone działania wywiadowcze””. BND jest zasadniczo aktywna zagranicą, ale i tu – podobnie jak w wypadku kontrwywiadu – jeżeli będzie taka obiektywna konieczność (np. powodowana niemożnością przekazania informacji innym służbom ze względu na tajemnicę państwową), to będzie mogła angażować się na terenie kraju w zapobieganie zagrożeniom.
Jak opisuje RND: „Zgodnie z projektem ustawy „rozszerzone działania wywiadowcze” mogą być skierowane wyłącznie przeciwko „obcej potędze”, która jest odpowiedzialna za daną sytuację zagrożenia. Celem takich środków mogą być na przykład przestrzeń informacyjna, dostawy towarów, produkcja zbrojeniowa lub państwowe struktury gospodarcze. Nie mogą one zatem „być ukierunkowane na życie i zdrowie osób” – z jednym wyjątkiem: w przypadku stanu obrony. Wówczas BND może zastosować środki, „które są odpowiednie do osłabienia zdolności ofensywnych przeciwnika”, w tym „środki kinetyczne”. Innymi słowy: broń”. I to po to są zmiany np. w ustawie o kontroli broni wojennej, ujęte w projekcie.
Zmiana, która z pewnością spotka się z ożywioną dyskusją, to ta dotycząca ingerencji w życie „zwykłych obywateli”. Chodzi o propozycję, by BND miała możliwość w pewnych okolicznościach, „włamania się i przeszukiwania komputerów oraz systemów informatycznych wykorzystywanych do celów prywatnych przez obywateli niemieckich oraz osoby przebywające w Niemczech”.
Olga Doleśniak – Harczuk



