Analitycy monachijskiego Instytutu Badań Ekonomicznych Ifo doszli do wniosku, że ekonomiczna przyszłość młodych ludzi zależy od zasobności portfela ich rodziców. Niby jasna sprawa, a jednak informacja, że kariera od pucybuta do milionera w warunkach niemieckiej gospodarki rynkowej jest raczej mało prawdopodobna i że nie jest to bynajmniej fenomen ostatnich lat, ale prawidłowość dająca o sobie boleśnie znać już czwartą dekadę, zaniepokoiła media.
Jak wynika z raportu międzynarodowej grupy naukowej CESifo podległej Instytutowi Ifo, pokolenie, które przyszło na świat w Niemczech w latach 80. XX w., miało znacznie mniejsze szanse na awans społeczny niż wcześniejsze generacje. Zdaniem analityków, od lat 80. coraz trudniejsze stało się „przeskakiwanie” rodziców pod względem poziomu dochodów i tym samym wyjście poza swoją sferę. A sfera to oczywiście nie tylko zarobki, ale również wykształcenie, ponieważ im mniej pieniędzy w rodzinie, tym gorsze szanse na dobrą edukację. I tak jak jeszcze kilka lat temu część niemieckich ekspertów podkreślała, że w Niemczech o awans społeczny jest łatwiej niż w Stanach Zjednoczonych, tak dziś rozkładają ręce przyznając, że te możliwości – a raczej ich postępujący zanik – są jednakowe dla Niemiec i USA.
Ekonomiści Ifo zauważyli ponadto, że w Niemczech od lat 90. i 2000 notuje się postępujące rozwarstwienie wysokości zarobków, co nie wróży dobrze młodym pokoleniom. Wnioski opublikowane w raporcie Ifo warto jednak zestawić (selektywnie z uwagi na ich mnogość) z tymi, które publikowano wcześniej. Dopiero na tym tle rysuje się obraz niemieckiego społeczeństwa i jego specyfiki wynikającej nie tylko z faktu, że dzieciom zamożnych i dobrze wykształconych rodziców łatwiej startować w dorosłość.
Barometr Nierówności: połowa Niemców nie wierzy w awans społeczny
Od 2020 r. Uniwersytet w Konstancji z pomocą ankiet internetowych monitoruje poziom zadowolenia Niemców z ich statusu materialnego, poczucia sprawczości odczytywanego również jako możliwość awansu dochodowego oraz percepcji „nierówności społecznych”. Co roku zwieńczeniem tych badań jest publikacja raportu „Barometru nierówności”. Ostatnie wyniki badań za 2024 r. opublikowano w kwietniu tego roku. Próbę przeprowadzono na grupie 6,1 tys. respondentów. Kluczowym wnioskiem z badania było to, że coraz większa część niemieckiego społeczeństwa czuje się niewidzialna dla polityków i nie uważa by miało wpływ na procesy polityczne w kraju, a to zdaniem autorów raportu prosta ścieżka do frustracji i „erozji zaufania do demokracji i instytucji państwa”.
85 proc. ankietowanych podało, że „politykom nie zależy na tym, by poznać zdanie zwykłych ludzi”, a 82 proc. stwierdziło, że „politykom nie zależy na bliższym kontakcie ze społeczeństwem”. Przy czym – jak podali autorzy – im dalej dany ankietowany plasuje się politycznie od partyjnego centrum, tym mniej przyjaźnie zerka na polityków. Na przykład: podczas gdy sympatycy Zielonych są w 74 proc. pewni, że ich opinia nie interesuje decydentów politycznych, tego samego zdania jest już 95 proc. sympatyków AfD. 81 proc. wszystkich ankietowanych uważało ponadto, że różnice w dochodach są zbyt duże. Zarówno dochody ubogich (67 proc.), jak i dochody klasy średniej (70 proc.) były w badaniu postrzegane jako zbyt niskie. W 2023 r. lejtmotywem „Barometru Nierówności” była „ponura prognoza pogłębiających się nierówności” 45 proc. respondentów uważało, że „nierówność społeczna w Niemczech w ostatnich dekadach gwałtownie wzrosła”, a 23 proc., że „nieco wzrosła”.
Skłonność do pesymizmu była szczególnie widoczna w ocenach perspektyw młodego pokolenia. W ankiecie zapytano, czy obecnie istnieją lepsze, czy gorsze możliwości dla młodych niż w ubiegłych dekadach. 47 proc. było zdania, że „szanse są znacznie lub raczej słabsze”, a 32, że „lepsze lub raczej lepsze”. Zdaniem ekspertów pesymizm ten jest zrozumiały na tle wielkich kryzysów ostatnich lat, a z drugiej strony zaskakujący w obliczu postępującej ekspansji edukacji oraz rozwoju gospodarczego i technologicznego.
W 2021 r. badanie wykazało, że blisko połowa ankietowanych Niemców nie wierzyło w obietnice awansu społecznego, mało tego-jedna trzecia z nich doświadczyła już regresu społecznego spadając z drabiny szczebel niżej od swoich rodziców a 20 proc. podało, że ich zarobki i stan posiadania są na tym samym poziomie, co zarobki ich rodziców, kiedy byli w ich wieku. A na koniec 38 proc. ankietowanych słabo oceniło szanse dzieci pochodzących z biednych rodzin na awans społeczny.
Badania w ramach „Barometru” nie są jedynie próbą zrozumienia stanu świadomości czy samooceny społeczeństwa niemieckiego, ale tak jak podobne im projekty przemycają tezy mające przedstawiać wyborców konkretnych partii jako bardziej od innych skłonnych do czarnowidztwa czy malkontenctwa. I prym w tych kategoriach wiodą sympatycy AfD. Analizy przy okazji wiwisekcji społecznego niezadowolenia penetrują bowiem polityczne preferencje wyborców.
Raporty coraz obszerniejsze, ale brakuje ważnych odniesień
W styczniu 2000 r. wspólnymi siłami posłów SPD i Zielonych w Bundestagu przeforsowano projekt wydawanego co cztery lata „Raportu o biedzie i bogactwie”, którego autorzy mieli na zlecenie rządu monitorować i analizować stan posiadania społeczeństwa niemieckiego. Pierwszy 306-stronicowy raport ukazał się w 2001 r. i jest to dokument interesujący nie tylko pod kątem obserwacji, w jakim stopniu Niemcy zbiednieli lub się wzbogacili, czy tego, jaka relacja występuje między pochodzeniem a karierą, karierą a wykształceniem etc.
Raport jest ciekawy, ponieważ daje wgląd w cały krwiobieg społeczeństwa. W to ile środków państwo przeznaczało w danym okresie na pomoc niepełnosprawnym, ile osób było na bezrobociu, jak wyglądał krajobraz opieki społecznej, paliatywnej, przedszkolnej,jaki procent społeczeństwa stanowili obcokrajowcy i ilu z nich pobierało zasiłki socjalne, jak przedstawiało się w kolejnych latach rozwarstwienie społeczne we wszelkich odmianach i odcieniach.
Z pierwszego raportu dowiadujemy się np., że w grudniu 1973 r. 6,3 proc. mieszkańców Niemiec Zachodnich stanowili obcokrajowcy, a już w grudniu 1998 r. w skali zjednoczonych Niemiec grupa ta urosła do 8,9 proc. Z 1998 r. roku pochodzi też tabelka ilustrująca zawody cudzoziemców mieszkających pod koniec lat 90. w Niemczech. 43,2 proc. z nich pracowało w usługach, 36,6 proc. wykonywało pracę w przemyśle lub było rzemieślnikami, 8,6 miało wykształcenie techniczne, 8,4 pracowało na roli lub w leśnictwie, 0,5 proc. w górnictwie. 80,3 proc. tych ludzi pochodziło z krajów Europy, w grupie tej największą podgrupę stanowili obywatele Turcji (28,8 proc.), 4,8 proc. z Afryki (głównie z Maroka i Tunezji), 11 proc. z Azji. W 1998 r. 9,1 proc. cudzoziemców pobierało świadczenia społeczne (zasiłki), w tym samym roku na zasiłku było 3 proc. Niemców.
Ostatni raport z tej serii ukazał się w 2021 r. i liczył już nie 306 stron, a 607. Liczba obcokrajowców lub osób z pochodzeniem cudzoziemskim była w tym raporcie szacowana na 21,2 mln, co oznacza, że co czwarty mieszkaniec Niemiec zaliczał się do tej grupy, ale niestety odstąpiono od szczegółowego podziału na narodowość przybyszów. Jeżeli w tym roku wyjdzie kolejny raport, znajdzie się w nim prawdopodobnie informacja, że wg mikro cenzusu z 2024 r. w Niemczech żyło 25,2 mln osób o pochodzeniu cudzoziemskim, co odpowiada 30,4 proc. społeczeństwa Niemiec. Byłoby dobrze, gdyby autorzy wrócili do porzuconej koncepcji tabelki z zawodami wykonywanymi przez cudzoziemców, porównanie ich do realiów z 1998 r. sporo by powiedziało o zmianach, jakie nastąpiły w tym zakresie.
Syn przegonił ojca; Skok o 4 tys. euro
W 2018 r. Koloński Instytut Gospodarki (IW) opublikował wyniki badań świadczące o tym, że ok. 90 proc. synów, których ojcowie mieli najniższe dochody, osiągnęło wyższe zarobki od swoich rodzicieli. A w przeliczeniu na wszystkie grupy dochodowe poprawa na tym odcinku wyniosła wtedy wg. IW 63 proc. „Wynik ten stawia Niemcy jeszcze w tyle za państwami skandynawskimi, ale wyprzedziliśmy USA” – brzmiał ówczesny werdykt.
W 2018 r. ekonomiści wskazywali, że wynosząca 6.8 proc. stopa bezrobocia jest najniższą notowaną od początku lat 90. XX w. a liczba pracowników podlegających składkom na ubezpieczenie stale rosła. Rosły również realne płace wśród najniżej uposażonych. Mimo tych dobrych wieści, politycy SPD i Lewicy utyskiwali na „problem ze sprawiedliwością społeczną” wskazując na pogłębiającą się przepaść między bogatymi i biednymi.
Ówczesny dyrektor IW, Michael Hüther skwitował wtedy te narzekania zdaniem: „Nie ma empirycznie przekonujących badań dla Niemiec, które dowodziłyby, że przepaść między bogatymi a biednymi się pogłębia”.
IW wziął wtedy na swój warsztat pokolenie ojców urodzonych między rokiem 1928 a 1954 i pokolenie synów narodzonych między rokiem 1955 a 1975. I porównując zarobki jednych i drugich eksperci doszli do wniosku, że 90 proc. synów swoimi dochodami przebiło ojców.
„Podczas gdy ojcowie mieli realny średni dochód w wysokości 41 000 euro rocznie, synowie mieli nieco poniżej 45 000 euro. Odpowiada to wzrostowi o 9,4 procent”. Jednocześnie analitycy podkreślili, że w przypadku najniżej zarabiających, szanse na to by syn przegonił zarobkowo ojca wynosiły zaledwie 40 procent.
Klasa średnia od 1850 euro miesięcznie netto
W marcu 2025 r. Niemiecki Instytut Gospodarczy (IW) w Kolonii określił widełki,od których można w Niemczech uchodzić za przedstawiciela klasy średniej (niem. Mittelschicht). Według ekspertów IW „klaso- średniość” zaczyna się od 1850 euro miesięcznego dochodu netto na osobę prowadzącą jednoosobowe gospodarstwo domowe. Jeżeli zaś osoba żyjąca w pojedynkę osiąga dochód od 5780 euro miesięcznie wzwyż spełnia kryterium przynależności do klasy wyższej (niem. Oberschicht). W przypadku pary z dwójką dzieci klasa średnia zaczyna się od 3880 euro miesięcznie dochodu netto.
Autorzy tamtej analizy wyszli z założenia, że skoro w kampanii wyborczej do Bundestagu partie centrum, prawicy i szeroko pojętego bloku konserwatywnego zabiegały o głosy klasy średniej, to wypadałoby sprawdzić, kto nominalnie się do tej grupy zalicza. Zgodnie z definicją IW do klasy średniej zalicza się osoba, której dochód netto gospodarstwa domowego ważony potrzebami wynosi od 80 do 150 procent mediany dochodów. Ci, którzy mają do dyspozycji ponad 250 procent mediany miesięcznie, należą do grupy osób o stosunkowo wysokich dochodach. W skali całych Niemiec w przedziale z etykietką „Oberschicht” podróżuje dziś zaledwie 4 proc. osób.
W 2017 r. wg tego samego instytutu co drugi mieszkaniec Niemiec zaliczał się do klasy średniej, wtedy za przepustkę do tej grupy uznawano 1760 euro dochodu miesięcznego netto na singla i 3990 euro na parę z dwójką dzieci poniżej 14 roku życia. W 2017 r. kryteria dochodowe klasy średniej spełniało 48 proc. niemieckiego społeczeństwa, w 2005 r. było to 50 proc. Co się tyczy grupy najlepiej zarabiających – zarówno w roku 2025 jak i w 2017 – ich odsetek utrzymywał się na tym samym poziomie 4 procent.
Majętni seniorzy kontra młodzi bez zaskórniaków
W 2017 r. wg. IW do klasy średniej zaliczało się 37,6 proc. osób z wykształceniem określanym jako „niskie” (podstawowe i inne), 53,1 osób z wykształceniem średnim i 42,1 osób z dyplomem uczelni wyższej. Do klasy średniej zaliczało się też 50,3 proc. rdzennych Niemców i 40,5 osób o korzeniach imigranckich. W 2023 r. w jednej z analiz monachijskiego Instytutu Ifo, padło stwierdzenie, że w 2019 r. 80 proc. niemieckich gospodarstw domowych w Niemczech postrzegało się jako klasa średnia, ale już wedle kryteriów OECD, było to prawdą tylko w przypadku 62 proc.
Ta skłonność do samodefiniowania się powyżej możliwości i zasobów nie uszła uwadze analityków, tak samo, jak dane wskazujące na faktyczne kurczenie się klasy średniej, co wtedy uznano za sygnał alarmujący i mogący mieć w dalszej perspektywie przełożenie na erozję stabilnego systemu demokratycznego państwa (w myśl zasady, że niezadowoleni i zagrożeni degradacją socjalną są skłonni głosować na partie skrajne, w 2023 r. to nawiązanie tyczyło się przede wszystkim AfD). Wg. najnowszych danych IW, 15 proc. mieszkańców Niemiec jest zagrożona biedą, 27 proc. tej grupy to emeryci, którzy nad „biednymi młodymi” mają tę przewagę, że w obliczu niespodziewanych wydatków rujnujących niejeden budżet domowy, mogą jeszcze sięgnąć do oszczędności. W 2023 r. (i tu znowu dane IW, tym razem z lipca 2025 r.)
W grupie wiekowej od 55 do 64 lat średnia wysokość zgromadzonych oszczędności wynosiła 241 100 euro, to najwyższa średnia spośród wszystkich grup wiekowych w Niemczech – dla porównania – osoby poniżej 35 roku życia miały w 2023 r. średnio 17 300 euro oszczędności. W lutym 2025 r. dziennik „Handelsblatt” powołując się na badanie Direktbank ING, podał, że co czwarte gospodarstwo domowe w Niemczech nie ma żadnych oszczędności na tzw. czarną godzinę. A w kwietniu tego roku Bundesbank opublikował wyniki ankiet przeprowadzonych w 2023 r. w gospodarstwach domowych. Ankieterzy pytali m.in. o zadłużenie, kredyty konsumpcyjne itd. W 2023 r. takie kredyty posiadało ok. 26 proc. gospodarstw domowych. Kolejne badanie Bundesbanku zaplanowano na przyszły rok.
Dziedziczenie biedy
W roku 2013 prof. Johannes Schütte, wykładowca Wyższej Uczelni Technicznej w Kolonii pisał o „dziedziczeniu biedy”. Dwanaście lat później katolickie stowarzyszenie BAG KJS opublikowało raport o biedzie wśród młodych. Wynikało z niego, że co czwarty młody człowiek w Niemczech jest zagrożony biedą lub w niej żyje, w tej grupie są też studenci – 35 proc. z nich – jak się okazuje-boryka się z brakiem środków na podstawowe potrzeby. Studenci w Niemczech wydają średnio 54 proc. swojego miesięcznego budżetu na opłacenie pokoju w mieszkaniu wynajmowanym z innymi kolegami, czy miejsca w akademiku, w skali ogólnoniemieckiej ta średnia wynosi 23 proc. Niemcy od wielu lat narzekają na brak mieszkań a lokale socjalne znikają, wynajęcie mieszkania to niezła przeprawa, nie mówiąc już o wysokich kosztach. W przypadku studentów o miejsce w jednym pokoju walczy czasem i 11 osób.
Połowa studentów ma średnio na swoje utrzymanie poniżej 867 euro miesięcznie, podczas gdy ustalone przez rząd federalny minimum egzystencjalne to 995 euro. Studenci mogą oczywiście skorzystać z Bafög, czyli stypendium socjalnego dla studentów i uczących się, które jest częściowo zwracane po zakończeniu nauki, ale bywa i tak, że jedno z rodziców minimalnie przekracza dochód wymagany w dokumentach i wtedy ze stypendium nici. Kłodą na drodze do wyjścia z pułapki biedy jest niski poziom wykształcenia rodziców i brak możliwości wygenerowania odpowiedniego dochodu, by np. zapewnić dziecku komputer i inne narzędzia technologiczne niezbędne dziś do funkcjonowania w szkole i w grupie rówieśniczej.
Wg. raportu BAG KJS 73,1 proc. młodych z biednych rodzin nie ma dostępu do komputera, internetu, laptopa, co nie tylko uniemożliwia zdobywanie doświadczenia cyfrowego, ale i blokuje dostęp do informacji się o przysługujących tym ludziom zasiłkach, czy innych formach wsparcia np. na szkolenia, czy korepetycje. Brak wykształcenia napędza brak środków, brak środków prowadzi do wykluczenia cyfrowego, wycofania się z życia. Tacy ludzie rzadko kiedy mają aspiracje. W ubiegłym roku publiczny nadawca ZDF (format “37 Grad”) wyemitował materiał dokumentalny „Dziedziczona bieda” pokazujący codzienność trzech rodzin. Przez rok ludziom tym towarzyszyła ekipa telewizyjna, a widzowie mogli się przekonać jak się wiedzie samotnej matce z Nigerii z czwórką dzieci i dwóm samotnie wychowującym po kilkoro dzieci Niemkom. Jednym z bohaterów był dwunastoletni Hektor, który z matką i rodzeństwem kilka lat temu przybył z Nigerii. Chłopiec był łącznikiem matki z niemieckimi urzędami – tłumaczył korespondencję, pomagał w opiece nad młodszym rodzeństwem. Co niedzielę służył do mszy, jako katolik znalazł bowiem spokojną przystań w jednej z parafii, a proboszcz chcąc pomóc mu zasymilować się w społeczności zapisał go do klubu piłkarskiego. Porządne korki do biegania po boisku dostał z opóźnieniem, matka dwa miesiące oszczędzała na innych zakupach, ale buty w końcu kupiła.
W przypadku samotnie wychowujących dzieci Niemek problemem były niskie zarobki (ok. 1550 euro brutto) wynikające z braku wykształcenia. Obie kobiety pracowały na pełen etat, w tym czasie dzieci były w szkole, następnie w świetlicy. Kiedy jedno z dzieci – dziewięcioletni chłopiec — sprawiało kłopoty wychowawcze, świetlica odmówiła opieki. Matka musiała zostawać częściej w domu, straciła pracę a następna okazja do zarobku pojawiła się dopiero dwa miesiące później. To zaledwie wątły szkic, ale pokazuje inne Niemcy. Niemcy, w których 43 proc. gospodarstw domowych z jednym rodzicem samotnie wychowującym dzieci jest uznawane za biedne. I są to zarówno rodziny niemieckie, jak i te z tzw. pochodzeniem imigranckim. Rodziny, w których brak perspektyw miesza się z bezradnością i wycofaniem społecznym i które mimo szerokiej oferty państwa opiekuńczego nie są w stanie wyrwać się ze stagnacji. O awansie społecznym nie mówiąc. Permanentny brak pieniędzy paraliżuje dzieci i młodzież wzrastającą w takich rodzinach, zamiast koncentrować się na nauce, myślą o tym, czego nie mają, a na co stać ich rówieśników. I wtedy każdy egzamin, kartkówka, jakiekolwiek wyzwanie urasta do rangi niemożliwości. Pragnienie zmiany ulega poczuciu beznadziei i umiera śmiercią naturalną. A za rogiem już tylko powielanie ścieżki rodziców i niekończący się maraton od zasiłku do zasiłku.
180 lat nie tylko na dopasowanie fraka
W lipcu 2022 r. wykładowca Uniwersytetu Nauk Stosowanych w Magdeburgu, prof. Michael Klundt, w stanowisku przedstawionym w jednej z komisji Bundestagu zacytował wyniki raportu OECD z 2018 r. („A Broken Elevator? How to Promote Social Mobility”) dotyczącego oceny możliwości awansu społecznego w różnych państwach świata.
„Według średniej OECD z 2018 r. człowiek potrzebował pięciu pokoleń, aby wdrapać się po drabinie z samego jej dołu do środka, podczas gdy w krajach skandynawskich potrzebne są „tylko” dwa, trzy pokolenia, dla Niemiec wartość ta wynosi sześć pokoleń, czyli 180 lat” – pisał Klundt. „I w przypadku Niemiec wcale nie chodzi o to, że w 180 lat ktoś zrobi karierę od pomywacza talerzy do milionera, tylko od pomywacza talerzy do kucharza”.
Michael Klundt w swoim stanowisku zwracał uwagę na marnowanie zasobów ludzkich poprzez ich wykluczanie z możliwości zdobycia lepszego wykształcenia już na poziomie szkoły podstawowej. Dwanaście lat wcześniej (zielona) Fundacja Heinricha Bölla zleciła sporządzenie analizy pokazującej hermetyzm niemieckiego społeczeństwa i tego, jak trudno zrobić w Niemczech karierę od pucybuta do milionera. Z analizy wynikało, że ok. dwie trzecie dzieci z rodzin pracowników wyższego szczebla obejmuje stanowiska kierownicze, w przypadku rodzin, w których ojciec jest robotnikiem niewykwalifikowanym szanse na stanowisko kierownicze miał niecały procent populacji. Ówczesny prezes fundacji, Ralf Fücks skwitował wyniki raportu słowami: „Jesteśmy na drodze do zamkniętego społeczeństwa, w którym pochodzenie społeczne decyduje o sukcesie zawodowym i statusie […] Niemcy nie oferują młodym ludziom z ”. „Społeczeństwo imigracyjne może przetrwać tylko wtedy, gdy każdy ma szansę na awans poprzez edukację i pracę” – dodał Fücks.
Konkluzja raportu była niemniej trzeźwa. „Sama pracowitość i inicjatywa rzadko wystarczają do awansu. Ważną rolę odgrywa też pochodzenie, dom rodzinny. Wynika to nie tylko ze specyfiki niemieckiego systemu edukacji, który już po 4 klasie podstawówki nadaje dalszy kurs rozwoju ucznia”. Do takich wniosków eksperci zatrudnieni przez Fundację Bölla doszli już w 2010 roku. Ekspertom Ifo potwierdzenie tej tezy zajęło kolejne 15 lat.
Olga Doleśniak-Harczuk



