Były prezydent Czech, Václav Klaus, przewodniczący Czeskiej Izby Deputowanych Tomio Okamura, redaktor naczelny „Weltwoche” Roger Köppel i inni, przemawiali w ostatni weekend Berlinie, jako goście specjalni „Kongresu na rzecz Demokracji”. Dwudniowe wydarzenie zostało zorganizowane przez klub parlamentarny AfD w Bundestagu pod hasłem „Wolność słowa – media – prawa człowieka”. Dzień przed kongresem organizacja pozarządowa „Stowarzyszenie na rzecz Praw Wolnościowych” (niem. „Gesellschaft für Freiheitsrechte”, GFF) upubliczniła obszerny raport, którego najważniejszą konkluzją było to, że gdyby Bundestag, Bundesrat lub rząd federalny, złożył w Federalnym Trybunale Konstytucyjnym wniosek o zbadanie możliwości zdelegalizowania AfD, to wyrok sędziów w Karlsruhe mógłby wypaść po myśli zwolenników zakazu. Mówiąc wprost – autorzy raportu uznają na podstawie zebranych materiałów delegalizację AfD za możliwą. I tu jak bumerang wraca pytanie o ewentualne następstwa debaty o zakazie partii, która – wedle najnowszych sondaży – rośnie w siłę nawet w najludniejszym (i bynajmniej nie wschodnim) landzie Niemiec, Nadrenii- Północnej Westfalii osiągając ex aequo z SPD wynik 17 proc. poparcia i to na 10 miesięcy przed wyborami krajowymi. To spory wyczyn, pamiętając, że jeszcze w 2023 r. AfD mogło liczyć w NRW co najwyżej na 8 proc. głosów, a SPD na 22 proc.
Na ponad 3 tysiącach stron, eksperci „Stowarzyszenia na rzecz Praw Wolnościowych” (GFF), wyliczyli i przeanalizowali: 2,9 miliona tyczących się AfD wpisów w mediach społecznościowych, 77 tys. dokumentów parlamentarnych (z Bundestagu i landtagów) i 55 tys. doniesień medialnych – i na tej podstawie doszli do wniosku, że AfD dopuszcza się „naruszeń zasad demokracji i godności ludzkiej”, co świadczy o sprzecznym z duchem konstytucji charakterem jej poczynań. Tym samym temat delegalizacji AfD wraca i to w momencie szczytowej formy tej partii i na półtora tygodnia przed zjazdem delegatów AfD w Erfurcie. Reakcje? Zieloni domagają się złożenia stosownego wniosku w Trybunale, za uruchomieniem procedury zmierzającej do delegalizacji AfD opowiedziało się też Stowarzyszenie Socjaldemokratycznych Prawników (ASJ) zaś czołowi politycy SPD, tacy jak Bärbel Bas i Lars Klingbeil podkreślają wagę raportu GFF jako narzędzia w „w walce o ochronę demokracji”. Nowe otwarcie debaty delegalizacyjnej może doprowadzić do tarć w koalicji rządowej. Chadecy nie są entuzjastami tego typu dyskusji, widząc w nich potencjał do wzmocnienia — a nie osłabienia AfD. Dała to również do zrozumienia w wywiadzie dla rozgłośni Deutschlandfunk, Annegret Kramp-Karrenbauer, była szefowa CDU i była federalna minister obrony, obecnie zawiadująca Fundacją Konrada Adenauera.
13 miesięcy pracy i datki od ponad 20 tysięcy darczyńców
Raport GFF został przedstawiony w czwartek, 25 czerwca na konferencji prasowej zorganizowanej w ramach Bundespressekonferenz w Berlinie. Jak tłumaczyła prof. Dana-Sophia Valentiner, reprezentująca zarząd stowarzyszenia, ośmiu autorów raportu – specjalistów w zakresie analizy danych, prawa i konstytucji, wzięło pod lupę dostępne źródła i dokumenty i na tej kanwie powstał 1500-stronicowy dokument, drugie tyle liczyły źródła, przypisy, wykresy etc.
Praca nad raportem zajęła 13 miesięcy. Koszt powstania dokumentu wyniósł ponad milion euro, a środki zebrano z dobrowolnych wpłat od ok. 20 tys. darczyńców. Kierujący projektem dr Bijan Moini, wśród przykładów zachowań i wypowiedzi uznanych przez autorów dokumentu za niepożądane i godzące w porządek demokratyczny państwa, podał m.in. groźby polityków AfD wobec byłej kanclerz Angeli Merkel, że „jeszcze zostanie rozliczona za swoje decyzje”, przy czym rzecz dotyczyła kwestii związanych z polityką migracyjną rządu Merkel, obostrzeniami w czasie pandemii koronawirusa, polityki względem Ukrainy i transformacją energetyczną z rezygnacją z energetyki jądrowej na czele. „Politycznie motywowane ściganie za przestępstwa, narusza zasady demokracji” – oświadczył Bijan Moini. Wśród zarzutów postawionych AfD znalazł się też taki, że partia „popiera przyrost naturalny w określonych grupach”, dyskryminując tym samym inne. Jako przykład podano propozycję klubu parlamentarnego AfD z 2025 r., by przyznawać nieoprocentowane kredyty do 10 tys. euro na jedno nowonarodzone dziecko w rodzinie, i by matki co najmniej trójki dzieci nie musiałyby tych środków zwracać. Warunkiem udzielenia takiego wsparcia byłoby posiadanie niemieckiego obywatelstwa przez obojga rodziców. „To jest symboliczne wykluczenie innych dzieci z »niedostatecznie niemieckich rodzin«, co jest nie do pogodzenia z zasadą równości wszystkich obywateli wobec prawa” – zaznaczył Moini.
AfD zarzucono również, że domaga się zakazu noszenia przez muzułmanki chust w miejscach publicznych, „co dla wielu z nich byłoby równoznaczne z zakazem wstępu do szkół, urzędów, publicznych szpitali i na dworce”. Zdaniem Moiniego, ogólną tendencję AfD do „wykluczania muzułmanów i islamu z przestrzeni publicznej potwierdza też chęć wprowadzenia zakazu budowy minaretów i zwoływania na modlitwę przez muezina”. Zdaniem eksperta, postulaty AfD pokrywają się często z dawnymi postulatami NPD, tyle tyle że „AfD jest bardziej konkretna” (w raporcie znajdziemy tabelkę z porównaniem haseł głoszonych przez NPD i AfD).
Ponadto zdaniem eksperta, „Afd jest przesiąknięta strukturalnym antysemityzmem, wielu jej funkcjonariuszy głosi antysemickie teorie spiskowe, co jednak nie przekłada się tak jak w przypadku muzułmanów na prawnie wiążące postulaty”. Autorom raportu nie udało się – co też przyznał Moini, dowieść, że AfD zamierza zlikwidować parlamentaryzm jako taki. „To ustalenie nie zmienia jednak nic w ocenie. AfD jest sprzeczna z konstytucją, ponieważ jej polityczna koncepcja jest wymierzona w podstawy demokracji i gwarancje godności ludzkiej”.
Prof. Dana-Sophia Valentiner dodała, że raport GFF w przeciwieństwie do raportu Urzędu Ochrony Konstytucji (kontrwywiadu), jest pełniejszy, ponieważ ocenie poddano również dokumenty z landtagów, co sprawia, że jest to pierwsza tak obszerna ekspertyza dotycząca AfD, dająca jednocześnie czytelnikowi do ręki „naukowo uzasadnione” dowody na niekompatybilność przynajmniej części postulatów AfD z zapisami ustawy zasadniczej. Prof. Valentiner wyraziła przy tym nadzieję, że do raportu ustosunkują się politycy i samo społeczeństwo, ponieważ wynika z niego, że kursujący od lat w przestrzeni publicznej argument, że wniosek o delegalizację AfD przepadłby w Trybunale, jest już nieaktualny. I to jest clue najnowszej ekspertyzy. Do tej pory powstawały co prawda raporty tego typu, ale żaden z nich nie był aż tak obszerny i wielowątkowy. Znajdziemy w nim zarówno kwestie związane z tzw. postulatem reemigracji, stosunkiem AfD do imigrantów spoza UE, jak i krótki przegląd polityki AfD względem Rosji i USA, przy czym autorzy zaznaczają, że i jedna, i druga uległa pewnym zmianom i partia już nie jest de facto ani w pełni prorosyjska, ani w pełni antyamerykańska.
Polacy w raporcie – obecni i nieobecni
Patrząc na sam raport z perspektywy polskiej, warto zauważyć wątki dotyczące naszych obywateli w Niemczech (i to, w jaki sposób są przedstawiani w narracji AfD), a następnie jak te wątki są interpretowane przez autorów raportu. I bynajmniej nie chodzi o to, czy Polacy i Polska jako państwo bywają przedmiotem ataków polityków AfD, co przecież się zdarzało (vide: komentarze Markusa Frohmaiera, nie tylko te dotyczące niemieckiego długu reparacyjnego względem Polski), ale dlatego, że nagle Polacy są de facto odbierani jako „obcokrajowcy traktowani w przekazie AfD lepiej od innych”, ponieważ są stawiani w pewnej opozycji do imigrantów z Syrii czy Afganistanu. Jak inaczej bowiem rozumieć taki fragment:
„Badacz mediów Thomas Hestermann i prawniczka Elisa Hoven (2019) wykazują na podstawie analizy treści komunikatów prasowych partii AfD dotyczących przestępczości z 2018 r., że partia ta systematycznie nadmiernie przedstawiała imigrantów jako podejrzanych o popełnienie przestępstw, kreując w ten sposób obraz sytuacji przestępczości, który znacznie odbiegał od danych policyjnej statystyki kryminalnej. [W 2028 r. – red.] Przestępstwa z użyciem przemocy stanowiły 72 procent wszystkich opisanych przestępstw, mimo że w policyjnej statystyce kryminalnej mają one znacznie mniejszy udział. Jeśli chodzi o profil sprawców, rzuca się w oczy fakt, że 95 procent podejrzanych wymienionych z imienia i nazwiska w komunikatach prasowych to osoby niebędące obywatelami Niemiec, mimo że według policyjnej statystyki kryminalnej 65,5 procent wszystkich podejrzanych to Niemcy. Szczególnie często wymieniano osoby z Afganistanu, Syrii i Iraku, podczas gdy pomijano osoby pochodzące np. z Polski czy Włoch”.
W raporcie Polska pojawia się też w kontekście państwa, które politycy AfD wskazują jako to, które [w przeciwieństwie do Niemiec] „dobrze sobie radzi w polityce imigracyjnej”. Podkreśla się też, że Polska jest państwem bezpiecznym. Nie ma natomiast wzmianek o wypowiedziach polityków AfD, w których odnosiliby się do historii II wojny światowej w kontekście Polski, nie ma relatywizowania historii.
W Bundestagu o niemieckich wysiedlonych
Zresztą, jeżeli ktoś z Państwa miał okazję wysłuchać debaty w Bundestagu z czwartku, 25 czerwca (czyli z dnia opublikowania raportu) poświęconej niemieckim wysiedlonym to np. występujący z ramienia klubu parlamentarnego AfD, poseł Götz Frömming daleki był od zinstrumentalizowania tego drażliwego dla stosunków polsko-niemieckich tematu. Zamiast opowieści o „zbrodni na wypędzonych” i odseparowania skutku i przyczyny, Frömming nie skupił się wyłącznie na cierpieniu niemieckiej ludności, ale przypomniał o niemieckich zbrodniach w okupowanej Polsce. Frömming nie jest jednak typowym posłem AfD (typowym w sensie skłonności do relatywizowania historii), jako członek Komisji ds. Mediów i Kultury Bundestagu, bywał wielokrotnie w Warszawie, jest świadom skali zbrodni nazistowskich Niemiec dokonanych na terenach Polski, ta wiedza powstrzymuje go (a może zwykła, ludzka przyzwoitość) przed arogancją, z którą część jego kolegów potrafi w pewnego rodzaju amnezyjnym trybie, mówić o cierpieniach swoich rodaków zupełnie tracąc z oczu źródło tego cierpienia. Można spekulować, że Frömming w swojej wypowiedzi odniósł się do wrażliwości bardziej umiarkowanych wyborców AfD, a występujący kilkanaście minut po nim, inny poseł AfD, Matthias Helferich już do tych bardziej radykalnych. Helferich w swoim przemówieniu skupił się bowiem na krytyce konstektualizacji historii niemieckich wysiedlonych, którą uznał za niesprawiedliwą i świadczącą o „braku empatii”.
„Symbolem tego braku empatii jest centrum »Ucieczka, wysiedlenie, pojednanie« w Berlinie. Tam próbuje się osadzić masową zbrodnię popełnioną na Niemcach we współczesnych opowieściach o ucieczce z Syrii i Ukrainy. Na równi z oknem z zatopionego statku z uchodźcami „Gustloff” stoi rower arabskiego migranta. Niemieckie cierpienie jest obsesyjnie kontekstualizowane, a nawet relatywizowane. Niemieckie cierpienie nie może po prostu istnieć samo w sobie, jeśli chodzi o elity Republiki Federalnej Niemiec. Zawsze podąża ono za prostacką narracją o sprawcach i ofiarach. Jednak ta narracja o winie ulega erozji. Młodzi Niemcy zgłębiają historię swoich dziadków, którzy zostali wysiedleni. Niemieckie mniejszości bronią swoich praw pomimo braku wsparcia ze strony Berlina. A nawet coraz więcej Niemców zdaje sobie sprawę: Mamy prawo do ojczyzny [tu: niem. Heimat] – zarówno wtedy, jak i dziś” – mówił Matthias Helferich.

AfD nie ma monopolu na narrację o “wypędzonych”
Nazajutrz po tej debacie, już podczas pierwszego dnia kongresu orgaznizowanego przez klub parlamentarny AfD w Bundestagu, wśród gości honorowych wydarzenia pojawiła się Erika Steinbach. Nie dostała mikrofonu, nie wystąpiła na scenie tak jak były czeski prezydent i inni, ale wymieniono ją z nazwiska podczas oficjalnego powitania. Temat „wypędzonych” jest dla AfD i jej elektoratu istotny, tak jak kiedyś by on istotny dla Republikanów i tak jak ważny pozostaje wciąż dla innych partii. Klaus-Peter Willsch, poseł CDU/CSU w swoim wystąpieniu z 25 czerwca, wspominając własną historię rodzinną z zapisaną kartą wysiedleńczą po II wojnie światowej, zacytował fragment najnowszej książki byłego szefa niemieckiego MSZ-u, Joschki Fischera (Zieloni) zatytułowanej „Kim Jesteśmy? Niemcy w poszukiwaniu swojej tożsamości” (Wer sind wir? Deutschland auf der Suche nach seiner Identität“, Kiepenheuer&Witsch, maj 2026.):
„Jestem przedstawicielem pokolenia urodzonego tuż po zakończeniu II wojny światowej i dlatego Niemcy, ich tożsamość, były i są dla mnie tematem politycznym na całe życie, choć nie zawsze było to widoczne publicznie, to jednak zawsze tam było i napędzało mnie i nadal mnie napędza”.
Po tym cytacie Klaus-Peter Willsch, wyjaśnił: „Przedwczoraj Fischer opowiedział w naszej grupie, grupie wysiedleńców, repatriantów i niemieckich mniejszości we frakcji CDU/CSU, poruszającą historię swojej rodziny, z perspektywy dziecka rodziców wysiedlonych z Węgier w 1946 roku. Należeli oni do tamtejszej mniejszości niemieckiej i na własnej skórze doświadczyli wkroczenia Armii Czerwonej. Było to pamiętne spotkanie. Chrześcijańskich demokratów i dawnego lidera lewicowego środowiska „Sponti” […] nie łączy szczególnie wiele. A jednak zgodziliśmy się, że ucieczka i wysiedlenie Niemców nie jest byle jaką historią migracji, ale ważną częścią naszej niemieckiej tożsamości”.
Wypowiedź chadeckiego posła, który przy temacie niemieckich wysiedleńców, posiłkuje się swoimi wrażeniami ze spotkania z Joschką Fischerem pokazuje, jak ten temat rezonuje w niemieckim społeczeństwie i że jest on obecny ponad podziałami partyjnymi. Nawet jeżeli Erika Steinbach po sporze z Angelą Merkel przeniosła się z całym swoim „dorobkiem” do AfD, nie oznacza to, że partia ta zmonopolizowała temat. Ona się stała być może kustoszem pamięci od tej najbardziej radykalnej, „steinbachowskiej” strony, ale sama kwestia nie przestała być istotna dla innych, a z pewnością nie dla chadeków oraz sporej części socjaldemokratów i Zielonych.
Wracając jednak do raportu i wątków polskich – w ekspertyzie GFF jest ich niewiele i występują pobocznie. Widać, że autorzy skoncentrowali się na tych postulatach i działaniach AfD, które doprowadziły do faktycznego wzrostu tej partii, czyli do spraw związanych z polityką migracyjną państwa i całą podgrupą problemów, które z nią utożsamiają.
Tak czy inaczej, eksperci skupili się na analizie stosunku AfD do imigrantów gównie muzułmańskich, następnie do polityków niemieckich, których AfD obwinia gremialnie za lata zaniedbań i prowadzenie „błędnej polityki” (vide: Merkel), Polacy ewidentnie znaleźli się poza spektrum zainteresowania autorów ekspertyzy, a jak już w niej przemknęli, to nie jako grupa znajdująca się na werbalnym celowniku AfD.
Retoryczne odwrócenie ról. Alternatywa przejmuje narrację „starych partii”
26 i 27 czerwca klub parlamentarny AfD w Bundestagu zwołał w Berlinie pierwszy „Kongres na rzecz Demokracji”. Jak na partię, której zarzuca się podkopywanie porządku konstytucyjnego, sprytny manewr. Co się działo podczas kongresu? Przemawiał Václav Klaus, którego sekretarz klubu AfD, Stephan Brandner zaanonsował jako tego polityka, który już w 2015 r. miał powiedzieć, że „gdyby był Niemcem, zostałby członkiem AfD”, co wywołało spory aplauz zgromadzonych na sali. Były prezydent Czech przemawiał po niemiecku. Żartował, że kiedy „po raz pierwszy usłyszał słowo »Brandmauer«, sądził, że to jakieś pojęcie ze średniowiecznej terminologii obronnej”, życzył AfD wszystkiego dobrego i zaznaczył swoją dezaprobatę dla kierunku, w którym zmierza Unia Europejska. Wcześniej głos zabrali Alice Weidel i Tino Chrupalla. W tym duecie to Weidel jest „tą błyskotliwą”, to ona nadaje ton każdemu zjazdowi. I tak było również tym razem. I chociaż współprzewodnicząca AfD nie uroniła ani słowa o upublicznionym co dopiero raporcie GFF, to jej słowa nie pozostawiały wątpliwości co do tego, że istnienie ekspertyzy odnotowała.
„Bywają takie wydarzenia, których już sama konieczność [zorganizowania – red.] budzi niepokój. Nasz pierwszy kongres na rzecz demokracji jest właśnie takim wydarzeniem. Niezwykle się cieszę, że mogę dziś powitać Państwa tutaj. A jednocześnie chyba nikt z nas nie wierzył ani nie miał nadziei, że pewnego dnia będziemy musieli zorganizować kongres, aby porozmawiać o stanie samej demokracji” – zaczęła Weidel.
I dalej:
„Francuski mąż stanu Robert Schumann napisał kiedyś, że demokracja jest warta tyle, ile ci, którzy przemawiają w jej imieniu. W tym zdaniu kryje się ponadczasowa prawda. Demokracje rzadko bowiem giną od jednego ciosu. Nie są likwidowane z dnia na dzień. Znacznie częściej stopniowo tracą swoją żywotność, otwartość i ducha. Jako pierwsze nie znikają instytucje, lecz zaufanie do nich. Nie kruszą się fasady, lecz zasady, na których zostały zbudowane. Kluczowe pytanie zaś brzmi: Jak traktuje się odmienne opinie? Ile miejsca pozostaje na krytykę, sprzeciw i swobodną wymianę poglądów? Żywa demokracja potrzebuje opozycji. Potrzebuje ludzi, którzy mają odwagę kwestionować działania rządów, krytykować decyzje i wskazywać alternatywne rozwiązania. Potrzebuje dziennikarzy, którzy ujawniają nadużycia, zamiast służyć władzy. Potrzebuje obywateli, którzy mogą swobodnie wyrażać swoje przekonania, nie obawiając się sankcji społecznych, zawodowych ani państwowych. Tam jednak, gdzie krytyka jest coraz częściej postrzegana jako zagrożenie, gdzie sprzeciw nie jest już uważany za niezbędny element kultury demokratycznej, lecz za powód do podejrzeń, tam zaczyna się coś zmieniać. Tam debata demokratyczna stopniowo przekształca się w walkę o dominację interpretacyjną. I tam pojawia się pokusa, by przeciwników politycznych nie obalać, lecz pozbawiać ich legitymizacji. Historia pokazuje, że demokracja nie jest zagrożona wyłącznie przez swoich deklarowanych wrogów. Często znajduje się ona pod presją ze strony tych, którzy uważają się za jej wyłącznych obrońców. Kto bowiem wierzy, że tylko on sam jest w posiadaniu prawdy, ten prędzej czy później traci gotowość do otwartej wymiany argumentów. Sytuacja staje się szczególnie problematyczna, gdy rywalizacja polityczna nie jest już postrzegana jako uzasadniona konkurencja, lecz jako moralna skaza. Gdy zasady demokratyczne są zmieniane w taki sposób, by zapewnić utrzymanie własnej władzy, gdy kontrola ze strony opozycji jest postrzegana jako przeszkoda, wówczas istnieje ryzyko, że spór polityczny przerodzi się w polityczną izolację. Demokratyczne państwo prawa opiera się na zaufaniu swoich obywateli, a nie na ich traktowaniu z góry. Zaufanie to nie rodzi się poprzez pouczanie, lecz poprzez neutralność, przejrzystość i jednakowe standardy dla wszystkich. W ostatnich latach wiele miało wrażenie, że pewne opinie są co prawda formalnie dozwolone, ale w praktyce niepożądane. Doświadczają presji społecznej, wykluczenia lub publicznego zniesławienia. Ta tendencja zasługuje nie tylko na naszą uwagę, ale także na nasz aktywny sprzeciw. Demokracje bowiem opierają się nie tylko na gwarancjach prawnych, ale także na kulturze wolności. Społeczeństwo, które zaczyna kontrolować myśli, katalogować poglądy i klasyfikować obywateli według ich przekonań politycznych, oddala się od tego liberalnego ideału, który niegdyś uczynił Europę wielką. Wolność nie oznacza bowiem jedynie ochrony zgodności. Wolność przejawia się przede wszystkim w radzeniu sobie ze sprzecznościami. Demokracja nie jest stanem, który się raz osiąga, a następnie nim zarządza. To jest codzienne zadanie. Wymaga czujności, samokrytyki i gotowości do znoszenia nawet tych niewygodnych debat…” – powiedziała Weidel.
AfD jako “produkt demokracji w postzjednoczeniowych Niemczech”
Spore emocje wzbudziło wystąpienie redaktora naczelnego szwajcarskiego magazynu „Weltwoche” Rogera Köppela. „Demokracja to ciekawy temat, ponieważ przyszło nam żyć w czasach, w których bardzo często mówi się o demokracji, ale coraz mniej ludzi rozumie czym demokracja jest. […] A im częściej rzekomi demokraci mówią o demokracji, tym czujniej trzeba się im przyglądać. […] To jest trochę jak z tymi rysunkami z dzieciństwa. Jak w przedszkolu musiałem narysować jakieś konkretne zwierzę, to pamiętam, że trudno było gołym okiem rozpoznać, o jakie zwierzę chodzi, więc podpisywałem konia dodatkowo „koń”, czy rysując dom, pod spodem dodawałem „dom”, żeby w ogóle było wiadomo co to jest. I to jest ten nasz dzisiejszy problem z demokracją, że zawsze trzeba ją jeszcze nazywać, by było wiadomo, że to demokracja właśnie” – mówił Köppel, by na końcu swojego wystąpienia stwierdzić, że dla niego, jako dla Szwajcara obserwującego politykę niemiecką „AfD jest fascynująca, ponieważ jest jednocześnie wyrazem i produktem demokracji w Niemczech, oddolnym tworem zrodzonym z niezadowolenia po zjednoczeniu kraju […] AfD jest nie tylko produktem demokracji, ale i łącznikiem między dwiema niemieckimi połówkami, które jeszcze się ze sobą na dobre nie zrosły”. Köppel dodał, że z niepokojem przygląda się sytuacji w Europie i obawia się „wybuchu wojny światowej na kontynencie europejskim […] wojny, do której Zachód nie dorósł”. „Czy jesteśmy gotowi unieść konsekwencje naszych decyzji?” „Czy będziemy lunatykami, którzy po raz trzeci już w naszej historii najnowszej zmierzają do przepaści?” – pytał Köppel.
Wystąpienie byłego szefa kontrwywiadu, Hansa Georga Maassena, który po nieudanym epizodzie w partii Werteunion, na dobre przylgnął do środowiska AfD, nie było już tak oklaskiwane, jak to Rogera Köppela, ale i nie odbiegało specjalnie od tego, co Maassen zazwyczaj powtarza na wiecach i kongresach. Pojawiły się więc żarty z „byłych kolegów z kontrwywiadu, którzy teraz nasłuchują”, kpiny z Merkel „jako jednego z najgorszych przywódców Niemiec od czasu wojny 30-letniej”, wezwanie do Friedricha Merza, by ustąpił z urzędu, ponieważ „jest na dobrej drodze, by wyprzedzić Angelę Merkel” [w rankingu na „najgorszego przywódcę od czasu nie tylko wojny 30-letniej, ale i bitwy w lesie Teutoburskim…”].
Wagenknecht kusi Weidel?
W czasie, gdy Sahra Wagenknecht w 2022 r. odcinała się od Linke i była na dobrej drodze do założenia swojej własnej partii (Sojuszu Sahry Wagenknecht, BSW), część radykalnych środowisk medialnych sprzyjających AfD (magazyn „Compact”, chociażby), wieszczyło bliski sojusz obu „żelaznych dam polityki niemieckiej”. Do sojuszu ostatecznie nie doszło, panie miały inne koncepcje zagospodarowania niemieckiej sceny politycznej, a gwiazda BSW zaczęła w przyspieszonym tempie tracić efekt świeżości i partia znalazła się poniżej progu wyborczego. A jednak 29 czerwca, za sprawą listu wysłanego do Alice Weidel i Tino Chrupalli przez Sahrę Wagenknecht i upublicznionego przez tabloid „Bild”, temat możliwej współpracy BSW z AfD znów odżył. W liście do władz AfD Wagenknecht krytykuje „Brandmauer” jako niedemokratyczny, wylicza wspólne cele AfD i BSW (np. dążenie obu partii do odwołania rządów krajowych w Saksonii-Anhalt i Meklemburgii-Pomorzu Przednim, zainteresowanie wznowieniem współpracy energetycznej z Rosją etc.), ale i nie zapomina o różnicach między partiami (m.in. o jak to ujęto w liście: „usprawiedliwianiu przez niektórych prominentnych polityków AfD wojen prowadzonych przez USA i Izrael”). Szefowa BSW proponuje Weidel i Chrupalli zorganizowanie wspólnych debat w kampanii wyborczej tuż przed wyborami do landtagów w Magdeburgu i Schwerinie, czyli coś à la alians dwóch politycznych wyrzutków niemieckiej sceny politycznej, którzy nie godzą się na stawianie żadnych „zapór ogniowych” i chcą się zmierzyć w pojedynku na argumenty.
Według ostatnich sondaży (INSA z 13 maja 2026.) w Saksonii-Anhalt BSW może liczyć na 4 proc. poparcia, czyli są poniżej progu, AfD jest zaś liderem z 42 proc. poparciem. W Meklemburgii z kolei notowania BSW (również INSA, z 22 czerwca 2026.) wynoszą 6 proc., a AfD – 35 proc. Z jednej strony mamy więc miażdżącą przewagę AfD nad BSW, więc można zadać pytanie, czy AfD opłaca się przyjmować zaproszenie Wagenknecht i debatować z ludźmi, którzy albo są pod progiem wyborczym, albo lekko ponad nim, z drugiej jednak strony debaty AfD i BSW przyciągnęłyby uwagę nie tylko wyborców i sympatyków obu stron, ale przede wszystkim uwagę mediów, co zwłaszcza dla żalącej się na wykluczanie z medialnego obiegu BSW, Wagenknecht byłoby korzystne. Kolejną korzyścią ze wspólnych debat byłoby udowodnienie pozostałym partiom, a zwłaszcza ich wyborcom, że taktyka „Brandmauer” się zużyła a AfD i BSW są jedynymi aktorami w teatrze niemieckiej polityki, umiejącymi zasiąść do merytorycznej rozmowy. Tak można by to rozegrać PR-owo. Co zrobią władze AfD? Najbliższe dni pokażą. Na razie partia przygotowuje się do zjazdu w Erfurcie i na zapowiedziane już protesty ze strony organizacji liberalno-lewicowych. Policja szacuje, że w demonstracjach może wziąć udział nawet 50 tys. osób, w tym ok. 2,5 tys. lewicowych ekstremistów uznawanych za szczególnie skłonnych do aktów przemocy. Jeżeli te przewidywania się potwierdzą, to Erfurt może się stać areną jeszcze bardziej gwałtownych starć niż te, które rozegrały się pół roku temu podczas zjazdu AfD w Giessen. I zapewne, tak jak po wydarzeniach w Giessen, na forum Bundestagu ktoś z AfD zapyta, czy aby postulaty delegalizacyjne nie powinny dotyczyć innych niż AfD podmiotów.
Olga Doleśniak-Harczuk
Czytelnikom zainteresowanym tematem debaty wokół delegalizacji AfD, polecamy artykuł Antoniego Opalińskiego i Olgi Doleśniak-Harczuk, opublikowany w Roczniku Polsko-Niemieckim Polskiej Akademii Nauk, nr 32 (2024):



